Będzie porozumienie ws. migracji na szczycie UE? Saryusz-Wolski: „Sądzę, że jest konsensus, że nie będzie konsensusu”

fot. twitter.com

Sądzę, że jest konsensus, że nie będzie konsensusu. Czyli jest zgoda co do tego, że nie będzie zgody. Antycypując, jest taki plan, by przyjmować rozwiązania międzyrządowe w układach dwójkowych, czy trójkowych, krótko mówiąc w podgrupach. Natomiast to, co silnie wybrzmiało i co nas dotyczy, to jest propozycja, żeby była relokacja i ci, co nie przyjmują uchodźców byli karani finansowo odbieraniem funduszy strukturalnych

—mówi o szczycie UE w rozmowie z portalem wPolityce.pl europoseł Jacek Saryusz-Wolski.

 

wPolityce.pl.: W dzisiejszej debacie z premierem Mateuszem Morawieckim nt. przyszłości Europy przewodniczący Bundestagu Wolfgang Schaeuble powiedział, że „jeśli chcemy zachować Europę, to musi to być kontynent otwartych granic”. Jak odebrał Pan te słowa w kontekście poruszanego tematu migracji?

Jacek Saryusz- Wolski: Tu jest pewne przekłamanie w tym co mówi, skądinąd bardzo mądry polityk niemiecki Schaeuble. Mianowicie powiedział, że od „otwartych granic zaczęła się integracja europejska”. Myli tutaj dwie rzeczy, bo zaczęła się ona od obalenia barier handlowych, natomiast granice otwarte dla ludzi w sensie przekraczania ich bez kontroli zaczęło się dużo później od Schengen. Czyli były dwa otwarcia granic, ale bardzo różne. Od 2015 roku, kiedy zaczął się kryzys migracyjny nastąpiło czasowe zawieszenie reguł Schengen. Na bardzo wielu granicach-o czym się nie mówi (np. niemiecko- duńskiej, niemiecko- francuskiej, czy francusko- włoskiej)- my, europarlamentarzyści wyjeżdżając ze Strasburga przechodzimy przez kontrolę graniczną. Wjeżdżając do Strasburga również, nie bardzo wiadomo dlaczego. Dziś system Schengen w dużej mierze poddany jest erozji, albo ze względu na presje migracyjne z południa, czy zjawiska terrorystyczne, albo dla wiwatu, jak to określam. Nie można więc jednym zdaniem mówić, że jest to wielka, niezbywalna wartość, a z drugiej strony igrać sobie z tym, kiedy to jest niepotrzebne. Wiele mistyfikacji było więc w tych twierdzeniach o otwartych granicach, jako fundamencie Europy.

Jakie są Pana wrażenia po mini szczycie ws. migracji? Odebrał Pan go również, jako kolejną próbę narzucenia przymusowej relokacji imigrantów?

Po pierwsze, to nie był mini szczyt, ale spotkanie robocze w niefortunnym formacie i składzie. To była próba wzmocnienia głosu tych, którzy są za dalej idącymi rozwiązaniami względem tych, którzy są temu przeciwni. Czyli przyjaciół relokacji versus nieprzyjaciół relokacji. I nie przypadkiem jako takie zostało ono odczytane przez trzech Bałtów, czy czterech Wyszehradczyków i Rumunię. Myślę, że Bułgaria, gdyby nie sprawowała prezydencji, też byłaby w tej grupie. I kraje odległe, jak Portugalia, Irlandia, Wielka Brytania. Sadzę, że skóra za wyprawkę nie byłą tego warta, nie osiągnięto efektów. Namawiali się bez konkluzji, a jedynym efektem była irytacja i podział 16:12 w UE w przededniu i tak już bardzo trudnego szczytu. Poza tym było to naruszanie zasad i kompetencji, pewnego rodzaju niewypowiedziana wojna między dwoma stronami, tzn. między KE a RE. Komisja dokonała bowiem uzurpacji nie swoich kompetencji, zresztą nie po raz pierwszy.

Jak w tym kontekście patrzy Pan na zbliżający się szczyt UE. Coś on zmieni?

Sądzę, że jest konsensus, że nie będzie konsensusu. Czyli jest zgoda co do tego, że nie będzie zgody. Antycypując, jest taki plan, by przyjmować rozwiązania międzyrządowe w układach dwójkowych, czy trójkowych, krótko mówiąc w podgrupach. Natomiast to, co silnie wybrzmiało i co nas dotyczy, to jest propozycja, żeby była relokacja i ci, co nie przyjmują uchodźców byli karani finansowo odbieraniem funduszy strukturalnych. Nota bebe w kategorii imigranci ekonomiczni, a nie uchodźcy, co jest sprzeczne z traktatem. 98 proc. migrantów tzw. trasy środkowo- śródziemnomorskiej to są bowiem imigranci ekonomiczni, a nie uchodźcy. To wszystko jest jedno wielkie nadużycie i nadinterpretacja zmierzająca do tego, żeby zatrzeć różnice między migrantami i uchodźcami. A w tle jest to, że 2 milionów imigrantów ekonomicznych, ale nie tylko, których przyjęła Polska ze Wschodu, odmawia się ujęcia w tym rachunku. Na pytanie dlaczego, odpowiedź brzmi: „nie, bo nie”.

Zatrzymajmy się przy karaniu państw członkowskich za nieprzyjmowanie uchodźców. Jak zostanie odebrane na szczycie to stanowisko prezydenta Macrona?

On powiedział to samo, co premier Włoch. Smaczku dodaje temu fakt, że to Francja jest tym krajem, który mówi głośno o przyjmowaniu imigrantów i otwarcie je popiera, natomiast sama ich nie przyjmuje. Proszę zwrócić uwagę, że statek nieprzyjęty we Włoszech musiał popłynąć do Hiszpanii, a nie do któregoś z portów francuskich. Jest w tym pełna hipokryzja. To swojego rodzaju populizm. Z jednej strony głoszenie haseł o przyjmowaniu w imię jakichś bliżej niesprecyzowanych wartości wszystkich tych, którzy proszą o pomoc, a potem wskazywanie palcem na tych innych, którzy mają to robić. Pomysł, żeby relokować, a jak ktoś się nie zgodzi karać, jest właśnie tego typu populizmem migracyjnym. Podobnym, jak pierwszy pomysł prezydenta Macrona o pracownikach delegowanych, gdzie mamy do czynienia z faktycznym protekcjonizmem ubranym w szaty ochrony praw pracowniczych. Wiadomo więc, że ta propozycja nie przejdzie, bo nie będzie na nią zgody.

Świadczy to jednak o tym, że kryzys migracyjny coraz bardziej dzieli Europę?

Jest to przeciąganie liny, pressing pod bramką krajów, które mówią „nie”, a jest ich z grubsza połowa w gronie członków UE. Jest też drugi wątek, który pojawił się na skutek wewnątrz niemieckiego sporu, mianowicie tzw. migrantów wtórnych. Chodzi o tych, którzy już przyjechali i są gdzieś zarejestrowani, ale wędrują między krajami. Jest pomysł KE, by ci migranci byli przypisani do ziemi, na której wylądowali. Dramatyczna polityka otwartych drzwi rodzi dziś konsekwencje, które naruszają fundamentalne zasady funkcjonowania UE, a próby wyjścia z tego są dosyć rozpaczliwe. Jedni więc drugich wskazują palcami. Prezydent Macron obraża premiera Włoch, ten mówi, że sobie wyprasza i żąda przeprosin. Wskazuje się też chłopca do bicia, którego grupowo stanowi Grupa Wyszehradzka, bo to bardzo wygodne. Generalnie rzecz biorąc jest pat i sytuacja bardzo chaotyczna. Na tym szczycie prawdopodobnie nic się nie da rozwiązać, poza tym, że pewne rzeczy zostaną sprecyzowane.

Jutro wysłuchanie Polski w sprawie praworządności. Czy ono cokolwiek zmieni?

Nie, to wysłuchanie to nie żaden specjalny etap, tylko element fazy 7.1, którą powinna była wdrożyć prezydencja bułgarska, lecz powstrzymywana przez Komisję długo zwlekała. W tej chwili jest próba sądu nad Polską, czy kolokwialnie mówiąc przeczołgania Polski, żeby osłabić jej wizerunek. Wtedy dużo łatwiej jest sprawy migracji czy budżetu rozstrzygać z osłabionym przeciwnikiem, który stoi na cenzurowanym, pod ścianą. Odbędzie się więc wysłuchanie, KE powtórzy płytę Timmermansa, czyli te same teksty, które znamy. Polska zreferuje swoja „Białą księgę” twierdząc, że przyjęte rozwiązania nie naruszają zasad państwa prawa i są bliźniaczo podobne do rozwiązań stosowanych w wielu krajach członkowskich UE i na tym się skończy. Być może chęć dopieczenia Polsce spowoduje, że będzie drugie wysłuchanie, oby nie. W interesie Polski leży bowiem jak najszybsze przejście do głosowania, w którym prawdopodobnie więcej niż sześć krajów będzie przeciw albo się wstrzyma, wniosek upadnie i sprawa zostanie zamknięta. W najgorszym wypadku w drugim głosowaniu, gdzie wystarczy jeden sprzeciw. Paliwo do grillowania Polski powoli się kończy.

źródło: wpolityce.pl

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ