Łowczy Okręgowy: Gdy choroba dotrze do wielkich hodowli w pasie zachodnim czy w mazowieckim, będziemy mieli jedną wielką spalarnię dzików i świń

pixabay.com/pl/dzik-zima-las-wildlife-park-262242/

Zgodnie z decyzjami Ministerstwa Środowiska i służb Weterynaryjnych ustalono rozrzedzenie populacji dzika na terenie Polski do poziomu 0,1 na km². W związku z tym po zatwierdzeniu planów łowieckich od 1 kwietnia 2018 roku realizowany jest odstrzał dzików.

Zgodnie z nim do odstrzału przeznaczono na terenie Polski 200-210 tys. dzików. Odstrzały odbywają się zgodnie z łowieckim kalendarzem a polowania wielkoobszarowe, które polegają na tym, że sąsiadujące ze sobą Koła Łowieckie koordynują działania mają zmniejszyć populację dzika. Tak sytuację przedstawiają myśliwi i leśnicy.

Zrealizowano już ponad 90% zadania. Trzy ostanie weekendy stycznia mają doprowadzić do rozrzedzenia populacji dzików do poziomu jednego dzika na hektar, na terenie całego kraju. Ciekawe wydaje się być zainteresowanie przeciwników planowych odstrzałów w ostatnich dniach a także argumentacja stron. Dlaczego nie dostrzeżono depopulacji w ciągu ostatnich ośmiu miesięcy?

Zdezorientowane społeczeństwo słyszy głosy poszkodowanych rolników i hodowców świń, którzy nie otrzymują rekompensat za szkody w uprawach i hodowli trzody chlewnej. Z kolei myśliwi odstrzały uzasadniają realizacją planów łowieckich. Mamy też wypowiedzi naukowców, ci w większości – podobnie jak obrońcy zwierząt – uważają, że depopulacja dzików przyniesie odwrotny skutek od zamierzonego.

Za naszą wschodnią granicą wskaźnik ujawnionych chorych osobników rośnie, nie wiadomo o jakichkolwiek działaniach eliminujących rozprzestrzenianie się wirusa w lasach, u hodowców i rolników. A to ważne, bowiem Polska ciągle sprowadza od nich  mięso. Sąsiedzi zza zachodniej ściany już przeprowadzili depopulację, czterokrotnie większą od zaplanowanej w Polsce. My do końca stycznia mamy do zrealizowania plan łowiecki, który spotkał się z krytyką podobną do Lex Szyszko.

W okręgu wrocławskim, jesteśmy wolni od ASF, mówi Roman Rycombel Łowczy Okręgowy Zarządu Okręgowego PZŁ we Wrocławiu.

Teren na którym gospodarujemy, ma powierzchnię 540 tys. ha i bytowało na nim w okresie inwentaryzacyjny (luty-marzec) około 6 tys. dzików.  Przyrost zrealizowany u dzików kształtuje się na poziomie 80 a nawet 150%, zatem reprodukcyjność jest duża. Zakładając, że na wiosnę było 6 tys. dzików, to na jesień możemy spodziewać się populacji około 12 tys/szt. Dla utrzymania tak dużego stada dzików obszar ten jest za mały, dlatego też musi być prowadzony odstrzał ograniczający przyrost. Dobrze by było osiągnąć stan populacji dzika sprzed dwudziestu lat, kiedy wynosił on około 2000 tyś osobników. Dzik przebywał głównie w zwartych kompleksach leśnych a szkody wyrządzane w uprawach i płodach rolnych były gospodarczo znośne.

Jednak nie mówi się ważnej rzeczy. Zarażona ASF populacja dzików w 80% pada, zanim nastąpią upadki, dziki chowają się w trudnodostępne miejsca i dopóki ich szczątki będą dostępne dla zwierząt, tak długo będzie źródłem kolejnych zarażeń ASF.

Szczęśliwie u nas nie ma wirusa ale gdyby teraz dotarł na Dolny Śląsk ASF, polowań już nie będzie, tylko – za pieniądze podatnika – zbieranie po lasach i polach padłych dzików i ich utylizacja. Dlatego lepiej zachować mniejszy stan populacji a zdrowej, niż utrzymać stan obecny, który może być zdziesiątkowany przez afrykański pomór świń.

A tak drastyczna ingerencja w ekosystem, czy można przewidzieć skutki? Na razie wiemy tylko, że wyeliminowanie dzików ze środowiska rolniczego obniży szkody łowieckie.

Z pewnością mocna redukcja dzika w lesie może wpłynąć na gradację szkodników, które mogą się gwałtownie rozmnażać co spowoduje atak szkodników na drzewostan a konsekwencją będzie wprowadzenie chemii do lasu. W rezultacie narazimy zwierzęta i ptaki. Trzeba pamiętać, że to dzik jest nosicielem choroby, zatem wirus będzie tak długo, jak długo dzik będzie zarażony w środowisku.

Przyrodnicy i aktywiści stają w obronie dzików, mówią, że za roznoszenie choroby odpowiedzialny jest też człowiek.

To prawda. Wektorem roznoszenia choroby jest człowiek, może nim być rolnik, myśliwy, lekarz weterynarii czy inna osoba mająca kontakt  z zarażonym mięsem dzika lub świni i bez zachowania środków ostrożności wprowadziła je do gospodarstwa zajmującego się hodowlą świń. Sprawą najważniejszą w tym wypadkiu jest bioasekuracja i przestrzeganie reżimów z nią związanych. Jej brak może prowadzić do ogromnych strat finansowych w rolnictwie. Ofiarą ASF jest dzik i myśliwy. Dzik dlatego, że jest nosicielem ASF w środowisku a myśliwy, bo realizuje stosowne wytyczne dotyczące ograniczenia jego populacji. Gdy choroba dotrze do wielkich hodowli w pasie zachodnim czy w mazowieckim, będziemy mieli jedną wielką spalarnię dzików i świń. Będą miliardowe straty.

PODZIEL SIĘ