Rozbicie zjednoczonej opozycji to klęska nie tylko Schetyny, ale i Tuska. A może przede wszystkim je

fot: youtube.com

To naturalne, że rozpad Koalicji Europejskiej na kilka wyborczych bloków jest oceniany i interpretowany jako niepowodzenie Grzegorza Schetyny. Lider Platformy Obywatelskiej zrobił w ostatnich miesiącach wiele, by zjednoczyć niemal wszystkie środowiska opozycyjne na jednej liście wyborczej. Schetynie udało się do tego planu przekonać i PSL, i SLD (jeszcze przed wyborami europejskimi), przejęcie Wiosny po kiepskim wyniku w maju też wydawało się w zasięgu.

Nie udało się, bo rezultaty majowych wyborów w dużej mierze zresetowały układy na naszej scenie politycznej. Premia za jedność nie okazała się tak duża, jak marzył Schetyna („Moim celem jest wygranie w wyborach do Parlamentu Europejskiego o choćby punkt procentowy”), a w łeb wzięły opowieści o tym, że to najważniejsze wybory od 1989 roku, bo na szali demokracja, rządy prawa, i wolność. Jak bowiem poważnie traktować takie deklaracje, jeśli ważniejsze od ewentualnego sukcesu okazały się bitwy i batalie o przetrwanie takich partii jak PSL czy z drugiej strony – skrupulatne liczenie szabel jak w SLD. Ot, pragmatyka znów wygrała z wielkimi hasłami.

Niemniej jednak warto zauważyć, że rozpad opozycji na przedostatniej prostej przed wyborami nie jest tylko porażką Grzegorza Schetyny, ale także – a może i przede wszystkim – Donalda Tuska. Przewodniczący Rady Europejskiej nie wytrzymał presji i zaangażował się na całego w kampanię wyborczą przed głosowaniem w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Jego wsparcie dla opozycji nie pomogło, szklany sufit byłego premiera dał o sobie znać, a KE ten polityczny mecz przegrała – mimo, że odbywał się on na ich własnym boisku i w dużej mierze ich własnych warunkach.

 

Tusk jednak nie tylko wsparł obóz opozycyjny (czym i tak połamał szereg formalnych i nieformalnych reguł obowiązujących dotąd w UE), ale również wysyłał kolejne rady i sugestie. Odbywały się one w nieoficjalnych rozmowach z politykami (PO, PSL, SLD), ale i w oficjalnych apelach – jak choćby podczas uroczystości w Gdańsku, już po wyborach do PE -, gdzie Tusk przekonywał, że tylko zjednoczona opozycja ma szansę pokonać Prawo i Sprawiedliwość. Mało tego, kolejne sygnały wysyłane z otoczenia byłego premiera (na przykład te o ruchu 4 czerwca, o tworzeniu jakiejś politycznej masy wokół samorządowców) były wyraźne: Tusk miał stanąć na czele takiej w miarę jednolitej struktury opozycyjnej.

Efekt wszystkich ostatnich wysiłków Donalda Tuska (na polu krajowym) okazał się mizerny. Wspierana przez niego Koalicja Europejska nie tylko przegrała wybory, nie tylko nie nawiązała choćby równorzędnej walki z PiS, ale wręcz rozpadła się przy widowiskowych pokazach fajerwerków i wzajemnych pretensji (na kolejne tego rodzaju historie przyjdzie nam pewnie poczekać kilka godzin, może dni). Mało tego, sam Tusk spadł w rankingu zaufania – i to w sondażu IBRiS – za Jarosława Kaczyńskiego.

Coś bardzo wyraźnie zmieniło się w polskiej polityce w ostatnich latach, czego efektem były takie, a nie inne wyniki do majowych wyborów. Trzy (a może i więcej) bloki po stronie opozycji to dowód na przynajmniej kilka tez. Zapamiętajmy jednak główne dwie: niemal nikt po stronie obozu opozycyjnego nie wierzy w bajki o końcu demokracji (inaczej by się dogadali), a Donald Tusk nie ma w zasadzie żadnej mocy sprawczej (a może nawet jest ona przeciwskuteczna). Ciekawe to czasy.

źródło: wpolityce.pl

PODZIEL SIĘ