Bosak: Jako Konfederacja nie jesteśmy prorosyjscy, ale jaka jest korzyść w pozycjonowaniu się jako najbardziej antyrosyjski kraj w UE?

fot: youtube

Jako Konfederacja nie jesteśmy prorosyjscy, ale jaka jest korzyść Polski w pozycjonowaniu się jako najbardziej antyrosyjski kraj w Unii w każdej sprawie? — mówi Krzysztof Bosak, poseł Konfederacji, w rozmowie z Marcinem Fijołkiem.

Pomysł na Konfederację w Sejmie to obejście PiS z prawej strony?

Krzysztof Bosak: Ludzie zgromadzeni w Konfederacji nie działają dlatego, że mają jakiś stosunek do PiS, ale dlatego, że wierzą w swoje przekonania. Jesteśmy ideowcami z nurtów konserwatywno-liberalnego, narodowego i tradycjonalistycznego.

Można dyskutować, ale mam na myśli poziom strategii, taktyki parlamentarnej. Ile tej przestrzeni na prawo od PiS istnieje?

Jest spore miejsce dla prawicy ideowej. Przez ostatnie 12 lat sił niepoprawnych politycznie nie było pod własnym szyldem w parlamencie, ostatnio zaś byli wybrani z list Kukiz’15. A przecież polskie społeczeństwo jest niepoprawne politycznie. Za to w Sejmie mieliśmy tylko spektrum różnych odcieni politycznej poprawności.

Co to znaczy?

Chodzi nam o zdecydowane odrzucenie całej politycznej agendy lewicy kulturowej, tzw. marksizmu kulturowego, czyli przekształcania kultury, obyczajów i prawa zgodnie z życzeniami lewicy.

To akademicki spór, który moglibyśmy prowadzić godzinami. Z całym szacunkiem, ale trochę za mało jak na wspólny mianownik w jednej partii.

To nie jest za mało. I to nie są czysto intelektualne koncepcje, ale kwestie postawy. Tacy politycy jak Jarosław Kaczyński, Mateusz Morawiecki czy Jarosław Gowin mają temperament, który uniemożliwia im sprzeciw wobec politycznej poprawności. W ich rozumieniu trzeba podkreślać tolerancję i dbać o opinię w inteligenckich kręgach.

Zarzuca pan  Jarosławowi  Kaczyńskiemu jakąś formę uległości?

Tak

Gdzie?

W braku reakcji PiS na wiele spraw i w szkodliwych działaniach, jak np. zakaz polowań ojców z nastoletnimi synami. Brak wyśmiania absurdów politycznej poprawności, gdy jest na to szansa. Takiej reakcji nie było, a nasi posłowie w Parlamencie Europejskim kwestionowali tę poprawność.

Jednym się to podoba, innym nie, ale przecież tych wypowiedzi w europarlamencie było wiele – od ostatnich wystąpień Jakiego czy Kempy, przez wcześniejsze Legutki czy Krasnodębskiego. Także na poziomie imponderabiliów.

Widzę to inaczej – Ryszard Legutko jest chyba jedynym politykiem z eurodelegacji PiS, który miał lepsze wypowiedzi. Większość polityków PiS milczała.

A postawa rządu w sprawie obowiązkowych kwot relokacji imigrantów?

Rząd PiS początkowo zamierzał dotrzymać zobowiązań rządu PO. Zmiana została wymuszona przez Ruch Narodowy i manifestacje społeczne z 2014 i 2015 r.

Przecenia pan  swoje środowisko. Ale nawet niezależnie od oceny, to PiS potrafiło się postawić establishmentowi z Brukseli.

Tak, ale równolegle do tamtej dyskusji przyjęto setki tysięcy imigrantów, w tym także z krajów muzułmańskich, już bez narzuconych pomysłów z Brukseli. Idźmy dalej – bierność PiS to także brak wsparcia dla inicjatyw wzmacniających prawnie rodzinę czy brak wypowiedzenia konwencji stambulskiej, brak sprzeciwu wobec międzynarodowych paktów migracyjnych, zanim tego nie nagłośniliśmy.

I nie widzi pan przestawienia wajchy po roku 2015?

PiS przestawiło wajchę na swoje zaplecze – to fakt. I fakt, że część tego zaplecza to kulturowi konserwatyści. Ale kultury nie zmienia się za pomocą zmiany kierunku strumienia pieniędzy publicznych. A przynajmniej nie tylko –   vide ostatnia wypowiedź wicepremiera Gowina, który chce się kłaść Rejtanem w obronie zwolenników ideologii gender na uczelniach.

Powiedział to w  wywiadzie dla „Sieci”, tłumacząc, że chodzi mu o wolność prowadzenia badań na uniwersytetach. 

Ale takie słowa nigdy nie padły w obronie środowisk tradycyjnych, bo pan Gowin jest liberałem. Chodzi o temperament i determinację do walki z lewicą. Tego brak.

To czego oczekiwałby pan od rządu PiS?

Na przykład zablokowania finansowania z zagranicy fundacji, które działają w Polsce. Mamy duży napływ pieniędzy z Zachodu i Wschodu – całkowicie legalny, a rząd tylko monitoruje te przepływy i nic z tego nie wynika.

Zakazałby pan takiego finansowania?

Tak. Sytuacja, w której ruch feministyczny czy środowiska LGBT są wspierane z zagranicy, wypacza sens demokracji i tworzy teatr w jej miejsce. De facto fundacje, o których mówimy, są czasem po prostu politycznymi organizacjami. A jakoś przy partiach zakazujemy finansowania z zagranicy, co – nawiasem mówiąc – utrudnia wsparcie, także dla nas, od Polaków za granicą. Większość polityków PiS nie potrafi się temu przeciwstawić, bo jest mentalnymi globalistami.

Tu wraca inny zarzut wobec Konfederacji: że traktujecie układanki międzynarodowe jak grę na komputerze: jeden, drugi sojusz, zwroty o 180 stopni, wszystko proste i łatwe. A praktyka jest o wiele bardziej skomplikowana, wymusza ustępstwa, kompromisy.

Problem z debatą o polityce zagranicznej jest taki, że ona się nie toczy – przez cztery lata w Sejmie nie odbyły się żadne dyskusje.

A coroczne exposé ministra spraw zagranicznych?

Nie towarzyszy temu niestety żadna realna debata – to raczej zbiór ogólników, po którym następuje wymiana krótkich przemówień.

A komisje do spraw zagranicznych, do spraw europejskich?

Komisja do spraw zagranicznych zajmuje się głównie zatwierdzaniem ambasadorów, a komisja do spraw europejskich zatwierdzaniem prawa UE.

Nie tylko,  proszę zajrzeć, tam naprawdę wybrzmiewają postulaty, o których pan mówi.

Uważam, że ta dyskusja powinna się toczyć intensywniej. I zgadzam się, że dyplomacja to obszar wielopiętrowej gry – to jasne, ale polski rząd unika tej gry. Rząd PO obstawiał kartę Berlina, względnie osi francusko-niemiecko-rosyjskiej. A rząd PiS obstawia Waszyngton w pakiecie z Izraelem. My postulujemy politykę wielowektorową, tak jak Węgry, które gdy coś jest dla nich niekorzystne u jednego sojusznika, próbują zagrać z innymi partnerami. Węgry nie chciały się stać kolonią. A my stajemy się kolonią Waszyngtonu.

Kolonią? Nie za mocne słowa? 

Nikt z nas nie jest przeciwnikiem współpracy z USA, ale trzeba nam pragmatyzmu, bo inaczej zaczyna się podległość. A tu mamy tylko zmianę wektora: Waszyngton zamiast Berlina i tyle.

A Trójmorze, Wyszehrad, współpraca w UE choćby z Niemcami?

Od Niemiec to jesteśmy uzależnieni gospodarczo. Tak czy inaczej wobec silnych jesteśmy przesadnie ustępliwi, lizusowscy, a wobec innych buńczuczni: jak wobec Francji czy Rosji.

Z Francją ma pan na myśli zerwany kontrakt na caracale?

Kontrakt można zerwać, mam na myśli wypowiedź ministra Kownackiego, która była polityczną prowokacją wobec Paryża.

To faktycznie był głupi żart, ale ciekawi mnie bardziej ta postawa wobec Rosji.

Jako Konfederacja nie jesteśmy prorosyjscy, ale jaka jest korzyść Polski w pozycjonowaniu się jako najbardziej antyrosyjski kraj w Unii Europejskiej w każdej sprawie?

Bo to nasze główne zagrożenie, jeśli chodzi o bezpieczeństwo? Bo musimy zarażać tym przeświadczeniem naszych partnerów z Unii?

Nie ma przesłanek, by sądzić, że publiczne głoszenie buńczucznych wobec Rosji tez zwiększa nasze bezpieczeństwo.

Niech się pan tylko później nie dziwi, że mówią o was „rusofile”. Tym bardziej że raz po raz pojawiają się wypowiedzi Janusza Korwin-Mikkego.

Z prorosyjskimi wypowiedziami się nie zgadzam. Nasza współpraca trwa od około roku i pracujemy nad tym, by w tych sprawach prezentować odpowiedzialny i spójny przekaz, zgodny z polską racją stanu.

Pięknie brzmi. Ale potem wychodzi Korwin cały na biało…

Budując szeroką, wielonurtową formację, trzeba trafiać do różnych grup wyborców. W mojej ocenie mniejszość wyborców w Polsce oczekuje umiarkowanego języka. Przypadek PiS pokazuje, że można wygrać wybory, mając jednocześnie na pokładzie mówiących i ostro, i łagodnie.

Wróćmy do polityki zagranicznej. Tezy o podległości nie są przesadą?

My traktujemy niepodległość na serio: a dziś jesteśmy podlegli trybunałom międzynarodowym, więc to nie jest niepodległość. To częściowa podległość polityczna. Z każdym kolejnym wyrokiem zakres tej suwerenności jest pomniejszany. Sądownictwo czy migracje jeszcze niedawno wydawały się obszarami, w których kraje mają wolną rękę. Dziś widzimy, że tak nie jest.

Wraca pan do Sejmu po 12 latach, trochę na stare śmieci.

Wracam do służby publicznej na forum parlamentarnym. To chyba bardziej adekwatne określenie [śmiech].

I też się to skończy udziałem w„Tańcu z gwiazdami”?

Nie, taka okazja i eksperyment z rozrywkowym formatem w telewizji to sprawa, którą robi się raz. To pasuje do młodego wieku. Dziś myślę o innych sprawach niż próba udowodnienia, że odnajdę się w luźniejszej formule.

Przywołuję tamten przykład, bo pojawiają się tezy, że macie jako Konfederacja deal z ludźmi III RP. 

Żaden deal nie był mi proponowany. TVN, zapraszając mnie do programu, dał mi wtedy prezent, ale nikt nigdy nie żądał ode mnie czegokolwiek w zamian.

Może po prostu jesteście rozgrywani.

Nas się tak prosto nie da rozegrać.

W kampanii wyborczej, gdy trzeba było uderzyć w PiS, to nawet wy staliście się akceptowalni dla ludzi III RP.

Mylna diagnoza. Nie gościliśmy ani razu w najbardziej oglądanych programach TVN do samego końca kampanii.

A laurka w „Faktach”?

Mówię o programach publicystycznych.

Trudno tak nie odbierać „Faktów”.

Byliśmy w „Faktach” raz. Wcześniej w pierwszej instancji wygraliśmy proces z „Faktami” o pomijanie nas. A szersze dane pokazują, że w kampanii byliśmy pomijani zupełnie. Statystyki jasno wskazują, że i w TVP, i w TVN byliśmy zupełnie nieobecni w najpopularniejszych programach, niezapraszani. W Polsacie w zasadzie też.

Rozumiem. Ale skądś się wzięły te zapowiedzi ludzi PO o koalicji z Konfederacją.

To bzdury, które były natychmiast dementowane.

Wiadomo, bo była chryja. Ale to jest pewien kurs ludzi III RP: nawet zBraunem iBosakiem w koalicji, byle obalić PiS.

U wielu ludzi establishmentu jest niezwykle silny resentyment antypisowski. Oni potrafią przyjmować wobec nas dwie postawy. Pierwsza to: nie jesteście tacy źli, bo rozsądnie krytykujecie PiS, ale jest i druga: duża agresja, przewyższająca tę wobec PiS, z obawą, że będziemy gorsi niż obóz Kaczyńskiego. Prosiłbym, by nie upraszczać tego podejścia elit III RP do nas. Nasza sytuacja nie jest prosta: nie mamy żadnego miejsca w naszym państwie, gdzie jesteśmy poklepywani po plecach. Mamy wiele trudności. Nie żyjemy w kraju w pełni wolnym, a na pewno nie faworyzującym takie ruchy jak nasz.

Kraj nie jest wolny, niepodległości nie ma, to jak pan śpiewa znane słowa w „Boże coś, Polskę”? Ojczyznę wolną „pobłogosław” czy „racz nam zwrócić”?

To zależy od dnia, miesiąca i mojego nastroju [śmiech].

Rozmawiał Marcin Fijołek

Wywiad ukazał się w tygodniku „Sieci” nr 46/2019

PODZIEL SIĘ