Polskie ślady na ulicach Breslau

"Städtische Strassenbahn Breslau", 1927; Politechnika Wrocławska Katedra Kolei H-886/1

Gdy po listopadzie 1918 r., nie bez bólu, rodziła się w nowoczesnej Europie Polska, niewielu myślało o jej usadowieniu nad Odrą. Pesymiści uważali ten posterunek za stracony, optymiści kreślili wizje granic daleko za BugiemDla rzeszy dolnośląskich Polaków ojczyzną musiała nadal zostać Republika Weimarska.

Spośród nich najwięcej miało swoje domy w okolicach Brzegu i na granicy z Wielkopolską, ale nie tworzyli już zwartych gromad. Polacy nad Odrą w dwudziestoleciu międzywojennym to także przybysze. Z Górnego Śląska przyjeżdżali zachęceni wolnymi działkami rolnymi zamożni gospodarze. Na Dolny Śląsk ściągali także nieprzerwanie robotnicy sezonowi, dość kłopotliwi, bo nie zamierzali zagrzewać tu miejsca, a chętnie zawierali bliskie znajomości z pięknymi Polkami. Wielu miejscowych, skuszonych możliwościami swobodnego życia w Rzeczpospolitej, opuszczało jednak swoją małą ojczyznę. Ci, którzy zostali, zazwyczaj nie są dla nas anonimowi. Ich dane znamy z raportów niemieckich donosicieli i członków organizacji o zabarwieniu nacjonalistycznym.Lista byłaby długa, więc ograniczę się do przypomnienia tylko kilku nazwisk.

Osoby

Wśród aktywnych postaci polskiego życia tuż po wojnie prym wiedzie ks. Teofil Bromboszcz, kanclerz kurii arcybiskupiej, dość niepokorny kapłan, duszpasterz przy kościele św. Krzyża, potem u św. Anny na Piasku. Aktywnie pomaga Korfantemu przy robocie plebiscytowej, utrzymuje żywy kontakt z Kazimierzem Malczewskim, prezesem wrocławskiego „Sokoła”, towarzystwa uznawanego przez Niemców we Wrocławiu za najbardziej niebezpieczne, bo mężczyźni są wytrenowani i mogą mieć broń. Zanim w 1920 r. inwigilowany przez władze ks. Teofil wyjedzie do Katowic, założy jeszcze Towarzystwo Kościelne Polaków Katolików, które powierzy opiece bł. Czesława. Oddanego duszpasterza zastąpi ks. Józef Matuszek. Kapłan wystara się dla Polaków o swobodny przydział kościółka św. Marcina, będzie zabierał swych podopiecznych na pielgrzymki do Trzebnicy, dla przybyszów zza Odry wystara się o metryki chrztu, miejscowym zorganizuje lekcje polskiego i naukę polskich pieśni. Potem coniedzielne msze będzie uświetniał 60-osobowy chór „Harmonia”, którego opiekunem tuż po wojnie jest krawiec Czesław Adamczewski. Przy reaktywacji chóru aktywny pozostaje inny krawiec, Franciszek Juszczak, który wrócił z wojny bez jednej nogi. Nie wyjechał do Polski, dał się namówić ks. Bolesławowi Domańskiemu z Zakrzewa na pozostanie na Dolnym Śląsku.

On też znajdzie się w pierwszych szeregach Związku Polaków w Niemczech, gdy w 1923 r. powstanie jego wrocławski oddział. Inny Polak, Maksymilian Małuszek, jest solą w oku niemieckich służb – w jego lokalu przy ul. Nowej 18 spotyka się przez kilka miesięcy Polska Rada Ludowa, organ poznańskiego rządu, Naczelnej Rady Ludowej. Tu mieści się także polska biblioteka, w której nie może zabraknąć niemieckich tytułów. Pan Małuszek sprowadził więc „Breslauer Adressbuch” i jest kwita z prawem. Szewc Żmudziński, którego imię historia niesprawiedliwie zapomniała, wynajmuje swoje zaplecze przy Enderstrasse (ul. Henryka Pobożnego) adeptom polskiej szkółki. Tu nauczają dziatwę Stefan Kuczyński i Franciszek Jankowski. Niedaleko, przy Herzogstrasse (ul. Jana Kilińskiego), mieszka praczka Anna Jasińska. Część skromnych zysków z pracy oddaje przybywającym z Górnego Śląska studentom. Wśród polskich wrocławian poznajemy też właściciela drogerii przy Bismarckstrasse (ul. Bolesława Chrobrego) – Ludwik Lewandowski prowadzi żywą agitację plebiscytową na rzecz Polski. On i jego koledzy organizują wiece, drukują we Wrocławiu antyniemieckie ulotki i dyskutują nad poszerzeniem obszaru plebiscytowego o okręg Nysy. Tropią także niemieckich przemytników broni na Górny Śląsk. Ich mieszkania i warsztaty są pod stałą obserwacją jako miejsca werbunku do polskiej armii i gniazda wrogiej aktywności politycznej. Najchętniej oskarża się ich o współpracę z… niemieckimi komunistami.

Miejsca

Trudno się dziwić, że pracę tych wszystkich, wymienionych i niewymienionych, działaczy polskich w niespokojnych latach po wojnie traktowano w państwie niemieckim jako wyjątkowo niebezpieczny element. Atmosferę antypolską podgrzewano zapowiedziami wkroczenia armii, co w obliczu utarczek granicznych z powstańcami wielkopolskimi urastało do rangi pandemonium. Kiedy bojówki niemieckie zdemolowały lokal przy ul. Nowej, trzeba było szukać nowej siedziby dla biblioteki. Na niewiele zdało się oficjalnie wypłacone z tytułu straty odszkodowanie, za które Związek Polaków nabył kamienicę przy Tauentzienstrasse 90 (ul. Tadeusza Kościuszki). Aż do 1936 r. pojawi się sterta biurokratycznych przeszkód w objęciu własności. Organizacja wynajęła więc budynek przy Heinrichstrasse 21/23 (ul. Henryka Brodatego). Towarzystwo „Biblioteka Ludowa” zorganizowało tu nie tylko liczącą kilka tysięcy pozycji czytelnię, w której nigdy nie brakuje „Katolika”, „Nowin Codziennych” czy „Dziennika Raciborskiego”, ale także szkołę dla polskich dzieci i kursy dla dorosłych.
Wkrótce miejsce to zyska sławę jako Dom Polski i znajdą w nim swoje lokum biura Związku Polaków w Niemczech. Od tej chwili działalność Polaków nabierze tempa i rozmachu. Od 1926 r. siedziba będzie tętnić życiem: tu znajdą miejsce próby i koncerty „Harmonii”, tu Polacy spotykać się będą na spektaklach teatru, towarzystwo polubi zwłaszcza „wtorkowe schadzko”, które w lecie często skończy się piknikiem nad Odrą. W latach 30. Dom Polski przeniesie się na Schweidnitzer Stadtgraben 53 (ul. Podwale). Polska społeczność we Wrocławiu zna jednak wiele innych adresów.Kupcy spotykają się przy piwie w „Artikusgarten” przy Nowej 25, a studenci, omijając knajpę z zasłoniętym szyldem „Dom wjazdny pod Złotym Berłem”, spieszą na Ostrów Tumski.

Młodzi najchętniej spędzają wieczory na burzliwych dyskusjach przy piwie w „U Fryca” przy Kościuszki 92. Interesują ich bieżące wydarzenia w Polsce i na świecie, przeżywają porażki polskich kandydatów na posłów do Landtagu. To, jak wszędzie na świecie i w każdym czasie, najbardziej niespokojna grupa społeczna. Wielu z nich jest członkami Polskiego Towarzystwa Studentów. Na kilka lat przed wojną uda się zorganizować dla nich bursę przy Kościuszki 90, której kierownikiem zostanie Władysław Wardzyński. Gości będzie witać namalowane na drzwiach czerwone „Rodło”, znak Związku Polaków w Niemczech. Pod adresem znajdzie siedzibę redakcja „Małego Polaka w Niemczech” i „Młodego Polaka w Niemczech”, a w stołówce będzie można zjeść „kołocza”, koniecznie „sztajlowanego”.

Czasy

Ze wspomnień breslauerów, to określenie przeżywa ostatnio prawdziwy renesans, przebija jakiś sentyment właściwy wydobywaniu rzeczy, które odeszły. Trzeba jednak pamiętać, że życie Polaków, miejscowych i przyjezdnych, w Breslau lat 20., choć ciekawe, toczyło się w cieniu sporu o prawo Rzeczpospolitej do niepodległości. Im bliżej hekatomby wojennej, tym mocniej odczuwali na plecach oddech nieskrywanej wrogości. Przestano już ograniczać się do zwykłego bojkotu polskich sklepikarzy czy sztubackiego obśmiewania polskojęzycznej młodzieży.

Władze puściły się tropem wszelkich przejawów aktywności „Polactwa”, uwrażliwiały na nią społeczeństwo niemieckie, strasząc możliwością oderwania Dolnego Śląska od Niemiec.W kręgach „Ostmarkervereinu” głoszono zagrożenie północnych rubieży prowincji śląskiej, snuto nawet wizje połączenia sił Łużyczan, Polaków i Czechów, co wróżyło Niemcom zepchnięcie za Łabę. Z przekonania czy dla wzbudzenia psychozy opowiadano sobie o naporze polskich chłopów wykupujących niemiecką ziemię. Te deklaracje zaczęły się coraz gwałtowniej przekładać na posunięcia polityczne i prawne uderzenie w polskie organizacje, ale także przyzwolenie na działanie niemieckich bojówek. Usuwanie polskich napisów na nagrobkach czy utrudnianie odprawiania mszy z kazaniami polskich duszpasterzy stało się uciążliwym elementem codzienności. W 1933 r. pobicie przez NSDAP rozmawiających po polsku studentów rozpoczęło serię brutalnych ataków. Broniący praw adwokat Tadeusz Kania, wykształcony na Uniwersytecie Wrocławskim, podejmował nierówną walkę w tej i wielu innych sprawach.

autor: ANNA SUTOWICZ

źródło: Nowe Życie

PODZIEL SIĘ