Adamski: Gdzie jest „złoto wrocławia”?

MP most

Dolny Śląsk słynie jako kraina ukrytych skarbów, których najwięcej miało się rozmnożyć się miało w ostatnim roku II wojny światowej. Duża część opowieści na ten temat to plotki i legendy, ale – nie wszystko.

Skąd się biorą skarby?

Pakunki pełne cennych przedmiotów najczęściej mają bardzo podobną historię. Jacyś posiadacze kosztownych walorów zmuszeni byli do porzucenia swych siedzib w realiach, w których zabranie ze sobą części ruchomego majątku było niemożliwe lub niebezpieczne. W późniejszym czasie po ukryte przedmioty zamierzali wrócić lub informację o miejscu, w którym się one znajdują, przekazać jakiejś bliskiej osobie. Zdarza się, że właściciel skarbu umiera, całą wiedzę na jego temat zabierając ze sobą do grobu. A wtedy bywa, że nawet wielka fortuna przez całe wieki może czekać na przypadkowego znalazcę.

Znamienny jest przypadek skarbów, wykopanych w roku 1985 i 1988 w Środzie Śląskiej, pochodzących z połowy XIV w., składających się blisko z ośmiu tysięcy monet, biżuterii oraz unikatu na skalę europejską – złotej korony, prawdopodobnie należącej do Blanki de Valois, żony cesarza Karola IV Luksemburskiego. Przedmioty te mają przede wszystkim wartość historyczną, ale wiadomo, że można by za nie dziś otrzymać łączną zapłatę rzędu stu milionów USD. Trudno, by nie działało na wyobraźnię to, że szczególnie w przypadku pierwszego znaleziska mieliśmy do czynienia z ukryciem bardzo prowizorycznym. Przez grubo ponad sześć wieków fortuna była ukryta w miejscu intensywnie uczęszczanym, na głębokości nie większej, niż pół metra. Z różnych przyczyn (stawiania budynków, układania instalacji, sadzenia roślin) niezliczoną ilość razy w tym miejscu kopano. Wszystko wskazuje na to, że wiele razy dosłownie centymetry obok.

Po raz pierwszy łopata uderzyła w garniec ze skarbem blisko 640 lat po jego zakopaniu. Okoliczności ukrycia skarbu możemy zrekonstruować z dość dużym prawdopodobieństwem. W XIV w. rozbity na kilka dzielnic Śląsk znajdował się w rękach książąt piastowskich, w części jednoznacznie deklarujących przynależność swych ziem do Królestwa Polskiego, w części dążących do zachowania niezależności lub ciążący ku Królestwu Czech. Rządy Piastów oznaczały m.in. pełne prawa dla Żydów. Ich fortuny kwitły, niektórzy dysponowali majątkami, czyniącymi z nich partnerów finansowych najpierwszych władców Europy. Jednym z nich był wrocławski bankier Mojżesz, udzielający pod zastaw pożyczek nawet cesarzowi. Wszystko zmieniło się pod koniec roku 1335, wraz ze śmiercią Henryka VI Dobrego, ostatniego z Piastów wrocławskich. Wielką część Śląska zajęli wtedy Czesi, których król, Jan Luksemburski natychmiast przystąpił do rozprawy z Żydami. Nie tylko ograbiono ich z majątku, wypędzono z wielu miast, np. Wrocławia (w ich rękach znajdowała się jego północno-wschodnia część), ale nawet zlikwidowano ich cmentarz (w okolicach dzisiejszego Muzeum Poczty), wszystkie nagrobki wykorzystując do budowy murów i brukowania ulic. Prawdopodobnie wtedy bankier Mojżesz, wraz z najcenniejszą częścią znajdujących się w jego rękach ruchomości, znalazł się w nieodległej Środzie. Tam musiała go dopaść kolejna fala prześladowań. Nagłych, gdyż przedmioty warte fortunę zakopane zostały płytko, zapewne pospiesznie. Napaść musiała być też brutalna, bo ani on ani nikt inny po skarb już nie wrócił.

Sejf Trzeciej Rzeszy

Kiedy latem 1944 roku Armia Czerwona doszła do Wisły, coraz większa część mieszkańców Dolnego Śląska zaczęła się liczyć z koniecznością ucieczki. Mało kto brał natomiast pod uwagę zmianę granic i trwałą utratę swych nieruchomości. Opuszczenie domu uważano za jedynie przejściowe, stąd logiczne wydawało się ukrycie części cennych przedmiotów, by wydobyć je po spodziewanym powrocie. A w piątym roku grabieżczej wojny Niemcy mieli co ukrywać. Zasoby znajdujące się w rękach prywatnych były jednak tylko częścią tego, co na Dolny Śląsk zwieziono z wielu okupowanych krajów i z różnych stron hitlerowskiego państwa.

W roku 1942 główny wrocławski konserwator zabytków Gunter Grundmann otrzymał polecenie przygotowania miejsc, w których można by zmagazynować zasoby muzeów z niemieckich miast, coraz bardziej narażonych na bombardowania. Dolny Śląsk, jako składowisko ogromnych, cennych zasobów, był dla takiego celu idealnym regionem. Znajdował się niemal poza zasięgiem alianckich samolotów, na jego terenie mieszczą się największe w Europie górskie twierdze, wyposażone w wielokondygnacyjne piwnice i dziesiątki kilometrów tuneli minerskich. Region pełen jest też zamków z głębokimi podziemiami, niezliczonych górniczych sztolni czy wydrążonych w skałach tajnych pomieszczeń o wielkiej kubaturze. Znana jest lista osiemdziesięciu obiektów, wskazanych w roku 1942 przez Grundmanna jako miejsca ukrycia zasobów muzealnych. Dwa lata później wyznaczył on sto kolejnych miejsc – skrytek, których lista znana była już tylko wąskiemu gronu wtajemniczonych. To głównie z nimi wiążą się opowieści o konwojach ciężarówek, wyjeżdżających z Wrocławia zamienianego w twierdzę. Transporty te znikały w górach, bezpośredni świadkowie ich ukrywania ginęli z rąk SS. W relacjach mieszkańców i robotników przymusowych Walimia, Jugowic czy Rzeczki powtarzają się informacje o zakazie opuszczania domów, przejeździe kolumny pojazdów i parę godzin późniejszych odgłosach eksplozji. Dobrze zamaskowane dolnośląskie magazyny kojarzyć też trzeba z niemieckimi przygotowaniami na wypadek okupacji ich terytorium. W takim właśnie celu w 1943 roku zaczął powstawać Werwolf, dywersyjno-partyzancka formacja (nieudolnie wzorowana na naszej Armii Krajowej) mająca działać na obszarach Trzeciej Rzeszy, opanowanych przez jej wrogów. Ta sama okoliczność wymagała ukrycia przed nimi wszystkiego, co cenne, a możliwe do zmagazynowania – rezerw złota, depozytów ze skrytek bankowych czy wojennych łupów. A tych w rękach Niemców było bez liku. W krajach okupowanych codzienną grabieżą zajmowały się nie tylko oddziały wojskowe, policyjne i instytucje niemieckiego państwa, ale na własną rękę też niemal każdy niemiecki żołnierz. Kilkaset tysięcy zabytkowych obrazów wyniesiono z polskich domów i wysłano w paczkach do Niemiec nie w ramach działań służbowych, ale jako rabunek prowadzony indywidualnie. Większość tych łupów zapewne do dziś zdobi ściany siedzib mieszkańców RFN. W niewielu przypadkach los ukradzionych w Polsce dzieł potoczył się dla nas tak szczęśliwie, jak płócien Jana Matejki, krótko po wojnie cudem odnalezionych w karkonoskiej Przesiece czy skarbów Muzeum Czartoryskich i warszawskiego Muzeum Narodowego, wydobytych z sudeckich podziemi.

Brygady trofiejne

Armia Czerwona, sprawnie demontująca i wywożąca do ojczyzny proletariatu fabryki, mosty, trakcję kolejową (np. całej linii Wrocław – Jelenia Góra) była dobrze przygotowana do wynajdywania tego, co najcenniejsze. Sejfy każdego banku na ziemi śląskiej czy pomorskiej były wysadzane materiałami wybuchowymi. W kwietniu i maju 1945 roku na kapitulację Festung Breslau, w podwrocławskich przedmieściach oczekiwały liczne polskie zespoły inicjatywne, mające w zdobytym mieście uruchomić administrację, służbę zdrowia i inne dziedziny życia. Był wśród nich także zespół specjalistów Narodowego Banku Polskiego, mający przejąć wszystkie obiekty bankowe. Od 6 maja 1945 w każdym z wrocławskich banków prowadził on rozmowy z okupującymi je dowódcami sowieckich oddziałów. Ich przebieg zawsze był identyczny. Polacy argumentowali, że mają ze sobą fachowców, potrafiących w krótkim czasie otworzyć każdy sejf. Rosjanie odpowiadali, że przekażą Polakom budynek następnego dnia, po czym każda z kas pancernych wylatywała w powietrze. Co było ich zawartością – nikt z Polaków nigdy się nie dowiedział.

Armia Czerwona była doskonale przygotowana do przejmowania cennych dóbr kultury. W każdym jej oddziale służył przynajmniej jeden człowiek, w zajmowanych dworach, pałacach, willach burżuazji potrafiący wskazać wartościowe obrazy, rzeźby, meble czy księgi. Do zadań takich skierowano niemal wszystkich sowieckich muzealników, konserwatorów zabytków, studentów historii sztuki i jeszcze większą liczbę absolwentów kursów na oficera „brygad trofiejnych”. W efekcie większość tego, co wartościowe a nie ukryte, natychmiast transportowane było w kierunku Rosji. Sowieci mieli też nieograniczone możliwości eksplorowania miejsc wymienionych w Liście Grundmanna. Tajemnicą pozostaje jedynie to, jak dużą część ukrytych skarbów zdołali odkryć, co zarazem znaczy – wywieźć do ZSRS.

Eksploracje polskich komunistów

Oprócz Sowietów na dużą skalę poszukiwania prowadziły też rządzące Polską komunistyczne władze. Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego wraz z Ministerstwem Obrony Narodowej utworzyły np. Przedsiębiorstwo Poszukiwań Terenowych, zajmujące się wyłącznie szukaniem wywiezionego z Wrocławia złota i innych skarbów. Dysponując ciężkim sprzętem oraz wsparciem wojska, milicji i bezpieki penetrowało ono miejsca, w których można się było ich spodziewać. Wiarygodne informacje na temat osiągnięć tego przedsiębiorstwa nie są znane. Wiedząc jednak, jaki był los wracającego w 1947 roku do kraju zbiórkowego złota Funduszu Obrony Narodowej (już na lotnisku ubecy napychali kieszenie pierścionkami, którymi potem płacili prostytutkom) trudno się spodziewać, by Polska na pracach tych cokolwiek uzyskała. Jedną z kolejnych akcji poszukiwawczych w 1981 roku podjęto z polecenia ministra spraw wewnętrznych Czesława Kiszczaka. W okresie stanu wojennego dokonano wielkich wykopów m.in. w bezpośrednim sąsiedztwie klasztoru w Lubiążu. Nie wiadomo, czy udało się wówczas natrafić na jakieś znaleziska z czasów III Rzeszy. Wiadomo natomiast, że odkryto pochodzący sprzed stuleci zbiór złotych i srebrnych monet. Wg oficjalnych danych miało ich być 1352. Tylko niewielka ich część trafiła do muzeów, większość władze PRL sprzedały nabywcy austriackiemu. Druga relacja z eksploracji, prowadzonych w stanie wojennym mówi o odkryciu wielkiego kompleksu podziemi, pochodzących z lat II wojny światowej. Miały one zostać spenetrowane przez dowódców operacji, którzy nie wynosząc z nich niczego rozkazali zasypanie wielkiego wykopu. Istnieje domniemanie, że jedynym, co znaleziono w podziemiach, były kości zamordowanych tam ofiar III Rzeszy. Pamiętać trzeba, że w latach wojny samych jeńców sowieckich w okolicach Wrocławia zniknęło bez śladu paręset tysięcy. Część zapewne zginęła właśnie przy budowach podziemnych kompleksów. Zgodnie z Konwencją Genewską każdemu zabitemu żołnierzowi w państwie, będącym miejscem jego śmierci, przysługuje oznaczony grób o powierzchni jednego metra. Odkrycie dużej liczby zwłok oznacza więc obowiązek poniesienia niebagatelnych kosztów. Często więc fakty takie nie są ujawniane i prawdopodobnie z czymś takim mieliśmy do czynienia w 1982 roku w Lubiążu.

Wierzyć, nie wierzyć?

Część współczesnych poszukiwaczy skarbów zwraca uwagę na liczne zakazy wstępu na teren obiektów, wymienionych w Liście Grundmanna. Utworzenie tam np. ścisłych rezerwatów przyrody miałoby być uzasadnione nie ochroną rzadkich gatunków, które tam nie występują, lecz uniemożliwieniem jakiejkolwiek formy badania terenu. Eksploratorzy wymieniają też listę osób zabitych w czasie prac poszukiwawczych. Wypadki te wiążą z tzw. „wiecznymi strażnikami” – agentami niemieckich służb, mającymi czuwać nad miejscami nadal niewydobytych skarbów i rozprawiającymi się ze znajdującymi się na ich tropie poszukiwaczami. Najgłośniejszą z osób, podejrzewanych o pełnienie roli „wiecznego strażnika”, był Herbert Klose – Niemiec, który po wojnie nie tylko uparł się, by pozostać na Dolnym Śląsku, ale zamieszkał tuż obok miejsca, w którym w roku 1945 zniknął bez śladu najsłynniejszy z „wrocławskich złotych konwojów”. Faktem jest, że dolnośląskich Niemców, którzy postąpili analogicznie jak Klose, były setki. Właśnie z powodu ich domniemanej roli wielu z nich wielokrotnie przesłuchiwało i okresowo więziło UB. Dzięki relacjom m.in. mjr. Stanisława Siorka wiemy, że PRL-owski kontrwywiad obserwował częstą obecność w miejscach kojarzonych z ukrytymi skarbami osób zatrudnionych w niemieckich placówkach dyplomatycznych. Zdaniem niektórych znawców tematu – mimo aktywności organów PRL-u część skrytek z listy Grundmanna już dawno została opróżniona sprawnymi akcjami niemieckich służb.

Nie ulega żadnej wątpliwości, że Dolny Śląsk był miejscem ukrycia ogromnej ilości wojennych łupów Trzeciej Rzeszy. Wiadomo, że z zaangażowaniem dużych środków poszukiwały ich służby sowieckie, PRL-owskie, liczne przedsięwzięcia prywatne a według wielu poszlak i opinii także służby niemieckie. Jak duża część skarbów została już wydobyta, a ile z nich nadal czeka na swoich odkrywców – możemy się tylko domyślać.

autor: Artur Adamski

źródło: gazeta Obywatelska

PODZIEL SIĘ