Od nas zależy stan naszego języka. Wywiad z prof. Janem Miodkiem

O genezie, historii i rozwoju języka polskiego z prof. Janem Miodkiem,
emerytowanym profesorem zwyczajnym Uniwersytetu Wrocławskiego,
rozmawia  KS. ŁUKASZ ROMAŃCZUK

Ks. Łukasz Romańczuk: „Polacy nie gęsi, swój język mają”, napisał Mikołaj Rej. Minęły już wieki, ale czy możemy dziś powiedzieć, że słowa te są aktualne? Posiadanie jako naród własnego języka to wciąż powód do dumy czy może utrudnienie ze względu na coraz bardziej wchodzącą w nasze życie globalizację?

Prof. Jan Miodek: Tak, Polacy mają swój język, a nie gęsi (dopowiem przy okazji: gęsi to przymiotnik od rzeczownika gęś, a nie jego mianownik liczby mnogiej). I ten stan trwa od wieków. Nie jest on ani powodem do dumy, ani utrudnieniem z powodu globalizacji, ale naturalną sytuacją komunikacyjną każdej podobnej, otwartej na świat etnicznej wspólnoty, która zamieszkuje tę czy inną jego część. Wykształciła ta społeczność swój sprawny język i swoją kulturę, a dzięki kontaktom ze światem wzbogacane są one stale elementami pochodzącymi z innych kultur i innych języków. Pamiętajmy, że w wypadku tych drugich są to w większości zapożyczenia z języków nam bliskich, bo praindoeuropejskich – greki, łaciny, niemieckiego, włoskiego, francuskiego, angielskiego, a praindoeuropejszczyzna to przecież kolebka kulturowo-językowa wszystkich Europejczyków (tylko węgierski, fiński i estoński pochodzą z ugrofińskiej grupy językowej).

Pomyślmy: jak wyglądałaby chociażby terminologia chrześcijańska bez takich słów, jak kościół, ołtarz, msza, nieszpory, komunia, ewangelia, lekcja, pacierz, eucharystia, sakrament, kolęda, papież, biskup, diakon? Wszystkie one przyszły do nas z greki i łaciny – za pośrednictwem staro-wysoko-niemieckiego i za bezpośrednim pośrednictwem czeszczyzny – tak jak szło do nas chrześcijaństwo.

Powstanie państwa polskiego datujemy na rok 966, na wiele sposobów jest to zaznaczane i wyróżniane, a jak od strony historycznej kształtuje się powstanie języka polskiego? Czy powstające państwo polskie miało już swój język, którym się komunikowano, czy może nastąpiło to w późniejszym czasie?

Chrzest, który przyjął Mieszko I w roku 966, i powstanie w roku 1000 arcybiskupstwa gnieźnieńskiego z biskupstwami w Kołobrzegu, we Wrocławiu i w Krakowie (wcześniej funkcjonowało już biskupstwo misyjne w Poznaniu) to wydarzenia, które z pewnością przyspieszyły proces integracji państwowo-językowo-kulturowej plemion zamieszkujących tę część obszaru słowiańskiego. Najsilniejsi okazali się Polanie, więc niejako wokół nich tenże proces się dokonywał.
Proces kształtowania się zrębów Polski – państwa Polan i języka polskiego. Jaki był stan samoświadomości językowo-państwowej?

To bardzo trudno określić. Nasi przodkowie żyli u siebie, mówili po swojemu – tak pewnie wtedy o sobie by powiedzieli.

Pierwsze zapisane zdanie w języku polskim „day ut ia pobrusa a ti poziwai” pochodzi z XIII w. i zostało zanotowane w Księdze Henrykowskiej. Czytając to zdanie, współczesny Polak ma wiele trudności z jego zrozumieniem, często zastanawiając się, czy to na pewno jest zdanie w naszym języku ojczystym. Jak zmieniał się język polski w ciągu wieków i co było powodem tych zmian?

Na ziemi śląskiej koegzystowały języki, z których ostatecznie ukształtowały się polszczyzna i czeszczyzna, a od XIII w. – wraz z osadnictwem niemieckim – do tego pejzażu językowego dołączyła niemczyzna.

Powstała około roku 1270 Księga Henrykowska – śląski zabytek językowy – jest modelowym wręcz przykładem wielokulturowości tej krainy: napisana przez opata Niemca po łacinie, a był to ówczesny uniwersalny język chrześcijańskiej Europy, zawiera zdanie wypowiedziane przez Czecha do jego śląskiej-polskiej żony – daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj (= daj, niech ja pobruszę „pomielę”, a ty odpoczywaj). Dodajmy, że spółgłoski „sz” i „cz” były wtedy miękkie, więc bliższe oryginałowi są brzmienia pobrusz’ę i pocziwaj.
Językowa forma tego zdania jest polska, co – oczywiście – nie znaczy, że jest ono obce dla Czecha (czasownik brusić np. znany jest do dziś zarówno w języku czeskim, jak i w gwarach śląskich).

Mimo że język polski przeszedł pewne transformacje, występuje w nim wiele pozostałości z poprzednich wieków, np. podczas modlitwy Zdrowaś Maryjo wiele osób wypowiada „łaskiś pełna” albo funkcjonujące powszechnie „błogosławionaś Ty między niewiastami”. Stanowi to pewnego rodzaju urozmaicenie naszego języka, choć uważa się je za błędne, a może język modlitwy czy liturgii jest traktowany odrębnie i rządzi się swoimi prawami?
W modlitewnych konstrukcjach łaskiś pełna i błogosławionaś Ty, których nauczyli mnie Rodzice i których będę używał do końca życia, nie ma żadnego błędu! Przylegają one gramatycznie do inicjalnego Zdrowaś, Mario, a wszystkie trzy są pełnoprawnymi wariantami zdań jesteś pełna łaski, jesteś błogosławiona, jesteś zdrowa, Mario (zdrowa w znaczeniu „pozdrowiona”).
Przecież nie zawsze musimy powiedzieć: ty to zrobiłeś czy ładnie to zaśpiewałeś; równie poprawne są składniowe warianty tyś to zrobił, toś ty zrobił, ładnieś to zaśpiewał, toś ładnie zaśpiewał. Faktem jednak jest, że rodacy coraz rzadziej odrywają końcówki „-m”, „-ś”, „-śmy”, „-ście” od czasowników i dlatego modlitewne formuły łaskiś pełna i błogosławionaś Ty zaczynają odbierać jako dziwnie brzmiące. Wariant łaski pełna właściwie już wygrał z łaskiś pełna, którym ja i tak – powtórzę – będę się posługiwał.

Język polski mający pochodzenie słowiańskie bardzo przypomina języki naszych południowych sąsiadów, Czechów i Słowaków. Dlaczego mimo tak zbliżonej wymowy inne są znaczenia poszczególnych słów w tych językach?

Identyczność brzmieniowa słów w językach należących do tej samej rodziny, które przy owym podobieństwie fonetycznym różnią się znaczeniowo, to zjawisko typowe. Świat słowiański nie jest pod tym względem żadnym wyjątkiem! Przykładów zaś jest bardzo wiele. I tak np. gody w naszym języku to określenie „czasu uroczystego” (gody weselne, srebrne, złote, diamentowe gody), w rosyjskim natomiast to „miara czasu” (1 god, 2, 3, 4 goda – „rok, dwa, trzy, cztery lata”). Nasz czas z kolei w liczbie mnogiej – czasy – to w rosyjskim odpowiednik naszego zegara, zegarka pochodzącego z języka niemieckiego.
Człowiek obżarty to potoczne określenie „człowieka najedzonego, przejedzonego”, w polszczyźnie śląskiej natomiast – pod wpływem języka czeskiego – człowiek ożarty, ożarciuch to „pijany”. Zachód to u nas „strona świata”, a czeski zachod to „wychodek”, czyli niedoborowe nazwanie „ubikacji, toalety”. Przykłady można mnożyć.

Do języka polskiego wkrada się coraz więcej zapożyczeń z innych języków. Już dziś nikogo nie dziwi, gdy wypowiada się np. słowa weekend, sorry. Jest to pomocne w rozwoju języka polskiego, czy może przyspiesza proces zanikania wielu polskich słów w mowie codziennej?

Od roku 1989 nasiliła się obecność anglicyzmów w naszym języku. Wiele spośród nich stało się obiegowymi formami codziennej komunikacji, zwłaszcza młodego pokolenia, że przywołam takie chociażby konstrukcje, jak było full ludzi, full time, ale boss, ale men, dzięki za help, sorry, wow, cool, no comments, number one, the best, happy, power, deal, standing ovation, face to face. To na pewno przełom stylistyczny w dziejach polszczyzny. Do anglicyzmów w ogóle natomiast mam stosunek niezmienny, a mianowicie nie wypowiem marnego słowa przeciwko tym z nich, które wypełniły istotne luki w systemie leksykalnym naszego języka, będąc przy tym cywilizacyjnymi znakami czasu. Dotyczy to całej sfery słownictwa elektronicznego i ekonomiczno-gospodarczego, typu komputer, mail, esemes, skype, skaner, dżojstik, (spółka) joint venture, diler, holding, lokaut, briefing, monitoring, sponsoring.

Jeśli natomiast ktoś bezmyślnie kalkuje formy angielskie, zastępując nimi słowa, które przez lata doskonale spełniały swą komunikatywną funkcję, to takie zachowanie będę zawsze uważał za naganne i będę je piętnował.

Przykłady? Bardzo proszę: dokładnie (kalka ang. exactly) – w miejsce tradycyjnych tak, tak jest, owszem, agenda – zamiast porządek, plan, program, aplikować – zamiast ubiegać się, starać się, prosić o coś, dedykować – zamiast przeznaczać (dostałem kiedyś pismo urzędowe zawiadamiające mnie, że do kontaktów ze mną „została dedykowana pani…”), kondycja – zamiast stan, sytuacja. Ostatecznie zatem to od nas, użytkowników polszczyzny, zależy stan (nie kondycja!) naszego języka – stan obecny i przyszły. Od nas, a nie od jakichś wyimaginowanych wrogich a obcych sił, tylko czyhających na naszą polskość!

źródło: „Nowe Życie”

PODZIEL SIĘ