Adamski: Porażka frakcji „żydów” i narodziny postkomunistycznych dysydentów

W rywalizacji o rządzenie „chamy” permanentnie ścierały się z „żydami”. Do jednego z większych starć doszło w kryzysowym roku 1956. Porażka „żydów” wydarzyła się dekadę później. Kiedy Związek Sowiecki ostatecznie przekonał się o przejściu Izraela na stronę państw świata zachodniego, w całym obozie socjalistycznym dygnitarze narodowości żydowskiej popadli w niełaskę.

Po dwudziestu latach sowieccy nadzorcy mieli też już alternatywę – frakcje „chamów” dorobiły się już kadr, jakimi można było zastąpić „żydów”. Sygnałem do wewnątrzpartyjnej rozprawy była wojna sześciodniowa z 1967 roku. Wielu polskich komunistów żydowskiego pochodzenia zachowało jednak stanowiska. Część nie chciała żyć w Polsce po utracie przywilejów. Często wyjeżdżali jednak wraz z towarowymi wagonami pełnymi cennych ruchomości. Część pozostała w kraju, licząc na powrót koniunktury, która znów przyniesie przywileje ich środowiskom i wyniesie je do władzy. Wielu ludzi, którzy z aparatem władzy rozstali się w okolicach roku 1967, zaczęli formować dysydenckie środowiska, zwane „lewicą laicką”. W roku 1980 włączyły się one w ruch Solidarności. Kręgi, nawet jeśli miały za sobą przeszłość opozycyjną, ale wywodziły się z komunistycznej nomenklatury, były ruchowi Solidarności organicznie obce. Klimat panujący w polskim społeczeństwie po triumfie Sierpnia sprawił jednak, że niegdysiejszych stalinowskich fundamentalistów czy funkcjonariuszy wysokiego szczebla, odtrąconych przez swych partyjnych towarzyszy – Solidarność przyjmowała z otwartymi ramionami.

Powszechnie uważano, że „nieważne, że kiedyś służyli interesom sowieckim – dziś są po naszej stronie!” Ich pozyskiwanie Solidarność poczytywała sobie za przejaw własnego sukcesu, historycznego przełomu, owoc narodowego pojednania. Zaprawionym we frakcyjnych rozgrywkach, przebiegłym aparatczykom taka dobroduszność umożliwiła zdobycie dość znaczącej pozycji w rodzącym się niezależnym ruchu społecznym. A komunistyczna propaganda kreowała swych niedawnych komunistycznych towarzyszy na rzekomych radykałów. To oczywiście zwielokrotniało sympatię dla „solidarnościowców z odzysku” i umacniało ich pozycję w związku. W rzeczywistości byli to ludzie często rodzinnie i towarzysko bardzo blisko związani z osobami ciągle sprawującymi władzę z sowieckiego nadania. Kiedy więc pozostająca przy władzy konkurencyjna frakcja komunistów doszła do wniosku, że nie jest w stanie zapobiec ostatecznej katastrofie gospodarki – partnerów do porozumienia znalazła przede wszystkim w swoich niegdysiejszych towarzyszach. Dzielącym się władzą zapewniło to bezpieczeństwo przed odpowiedzialnością za niezliczone zbrodnie, przywilej uwłaszczenia się na narodowym majątku, a także perspektywę powrotu do pełni władzy już z mandatem demokratycznego wyboru.

Porozumienie swoich ze swoimi, dzięki przytłaczającej przewadze medialnej wykreowane na rzekomy historyczny przełom, pozostawiło nietkniętymi najbardziej strategiczne obszary życia państwa i społeczeństwa. Finansową elitą kraju stali się komunistyczni funkcjonariusze. Bezkarność zbrodniarzy i grabieżców narodowego majątku zagwarantowały sądy od czasów komunistycznych nie muśnięte choćby śladową zmianą. Nietknięty lustracją i dekomunizacją pozostał świat mediów, kultury, wyższych uczelni. Nawet w służbach, „zasłużonych” tylko i wyłącznie terroryzowaniem narodu, przez kilkanaście lat, poza nazwą, nie zmieniło się prawie nic.

Eksterminacja prawdziwych polskich elit w latach czterdziestych i pięćdziesiątych oraz kilkadziesiąt lat propagandy nie pozostały bez skutków w świadomości milionów Polaków. Od zainstalowania w Polsce obcego jej reżimu minęły pokolenia, ale kolejne generacje właścicieli Polski Ludowej miały przecież następców, dziedziczących majątki, wpływy, miejsce w sitwie gwarantującej przywileje. Dzieci i wnuki odziedziczyły nie tylko zasoby, ale też mentalność kasty, do której przynależą.

Dzisiejszą sytuację polityczną definiuje się często jako „walkę trzeciego pokolenia UB z trzecim pokoleniem AK”. Rzadko jakieś uproszczenie tak trafnie oddaje prawdę, równie dokładnie definiuje istotę rzeczywistości.

autor: Artur Adamski

źródło: gazeta Obywatelska

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ