Wezwał karetkę do szpitala i tak uratował życie swojej żonie. Prokurator umorzył sprawę [LIST]

niepelnosprawni.png

Napisał kolejny list do prezydenta Bronisława Komorowskiego. Żąda sprawiedliwości. Jego żona przyjechała na prosty zabieg, wyszła niepełnosprawna. Uratował jej życie, prosząc pogotowie o przyjazd do szpitala. Przejmująca historia Małgosi i Kazimierza – małżeństwa z Wrocławia, które walczy o sprawiedliwość.

-Na Pana ręce jako Prezydenta strzegącego praw KONSTYTUCYJNYCH naszego Kraju składam tę skargę, jednocześnie prosząc o pomoc. Prawa mojej żony zostały naruszone, powiem więcej – została tych pozbawiona. Tak ze strony prokuratury jak i szpitali w których to dopuszczono się wielu przestępstw – czytamy w liście do prezydenta autorstwa Kazimierza Króla. – Przestępstwa te to nie błędy lecz IGNORANCJA. Błędów nie popełniają ci, którzy nic nie robią, lecz w porę zdiagnozowane są do zminimalizowania lub naprawienia. W przypadku mojej żony niestety tak się nie stało. Doszło również do ZANIECHAŃ DIAGNOSTYCZNYCH kolejnych szpitali. Prokuratura w sprawie mojej małżonki dopuściła się matactwa, a jest to przestępstwem. Żona została pozbawiona niezbywalnego źródła godności, wolności, bezprawnie została uwięziona w czterech ścianach .W wyniku tych działań, została osobą niepełnosprawną wymagającą opieki. Pozbawioną specjalistycznego leczenia. Jesteśmy zmuszeni do korzystania z prywatnych wizyt lekarskich.

Tak to się stało

Ktoś mi napisał że sprawiedliwość sama nie przyjdzie trzeba o nią walczyć , nie siedzieć, więc walczę od chwili odkąd moja żona po rocznym pobycie w różnych szpitalach wróciła do domu. Przez okres pobytu cały czas byłem ja, jak również córki przy żonie, pilnowaliśmy ażeby już jej więcej krzywdy nie zrobiono. Niestety nie upilnowaliśmy, życie uratowaliśmy lecz została kaleką na całe swoje życie. Przez okres około trzech lat była osobą leżącą. Wyrok brzmi: stopień niepełnosprawności znaczny, wymaga opieki osoby drugiej, niepełnosprawność istnieje od 14 września 2009 roku. A przygoda ze służbą NIEzdrowia zaczęła się 10 dni wcześniej. W tym to dniu żona ze skierowaniem oraz wymaganymi badaniami, a był to rezonans odcinka lędźwiowego kręgosłupa. Zgłosiła się na planowany nowoczesny mało inwazyjny zabieg tzw. IDET do szpitala DCR Kamienna Góra. Do szpitala przyjechała samodzielnie swoim samochodem. Zabieg, jak została poinformowana przez lekarzy z tego ośrodka miał być zabiegiem bezpiecznym, o żadnych zagrożeniach nie było mowy, miał żonie przynieść ulgę, ponieważ miewała bóle z powodu trzypoziomowej dyskopatii. Według twierdzeń lekarzy zabieg tego typu mógł być zabiegiem korzystnym lecz nie musiał, jeśliby nie przyniósł korzyści, nie dyskwalifikował do tradycyjnej operacji kręgosłupa. Zabieg tego typu polega na wkłuciu w przepuklinę specjalnej sondy oraz jej rozgrzanie do wysokiej temperatury, a tym samym ma to doprowadzić do obkurczenia chorego krążka.

Podczas zabiegu z największym prawdopodobieństwem doszło do zakażenia – tak stwierdził biegły sądowy. W tym okresie Sanepid w wyniku kontroli prowadził postępowanie administracyjne w stosunku do szpitala. Po tego typu zabiegach pacjent w szpitalu leży całą dobę, w drugiej dobie jeśli nie wystąpią żadne komplikacje jest wypisywany. Niestety u żony doszło do komplikacji. W drugiej dobie podczas wizyty lekarskiej pozwolono żonie wstać. Ostatnie w swoim życiu kroki skierowała do toalety, kilkadziesiąt metrów bez asekuracji. Przeszła zadowolona bez żadnych dolegliwości, podczas siadania na toaletę nastąpił potworny ból kręgosłupa, siłą woli wyszła na korytarz, powracający z wizyty lekarze pomogli żonie dostać się do swojej sali. W tym to dniu żonie zaczęła opadać prawa stopa. Interweniowałem u lekarza, który poinformował mnie że nie wie, co się stało, że wstrzyknęli jakiś zastrzyk, aby zablokować jakiś nerw w pachwinie i określić miejsce bólu, że w przyszłym tygodniu spróbują załatwić badanie w Wałbrzychu.

Tak się nie stało, w następnych dniach rzeczywistość okazała tragiczna. 10 września czwartek żona miała torsje, wymioty, silne dreszcze. Nic nie jadła. Stan ten zgłosiłem do lekarza, lekarz w bardzo spokojny sposób mi odpowiedział, że widocznie żona coś nieświeżego zjadła, a dreszcze są spowodowane tym, że chyba gdzieś żonę zawiało. A poza tym, to on też się źle czuje, to chyba taka pogoda. Sposób w jaki lekarz mi odpowiedział uspokoił nas, mieliśmy pełne zaufanie do lekarzy tam zatrudnionych. W tym dniu również zaczął żonę boleć prawy staw barkowy o tym fakcie również powiadomiliśmy lekarza. Stwierdził że to od podciągania ponieważ żona się nie poruszała z powodu silnego bólu kręgosłupa – korzystała z trójkąta żeby zmienić pozycję w łóżku. Było coraz gorzej wzmogły się dreszcze, całe ciało było zlane zimnym potem, interwencja u lekarza była taka, że lekarz przyszedł ujął lewą dłoń żeby zmierzyć puls i stwierdził, że wszystko w porządku, powiesili jakąś kroplówkę z płynami. 11 września w piątek przyjechałem do żony po południu, po skończonej pracy. Od rana z żoną przebywała córka, która rozmawiała z panią lekarz prowadzącą, która poinformowała, że chcieliby podać żonie sterydy, lecz żona ma cukrzycę i się boją ażeby jej nie rozregulować. Mimo to wkrótce podano bardzo silny steryd. Udałem się do lekarza poinformować go o moich zastrzeżeniach, ale odpowiedział, że odstawić już nie mogą, może jedynie zmniejszyć dawkę, co odnotował w jakimś dokumencie szpitalnym. Po powrocie na salę, stan żony mnie przeraził. Żona płakała, to już nie były dreszcze to już były drgawki. Stan ten został odnotowany w karcie chorego przez pielęgniarki.

Stan żony pogarszał się, a my oprócz interwencji u lekarzy dyżurnych nic zrobić nie mogliśmy. Przez czas pobytu w szpitalu w takim stanie żony nie leczono, bez osłony antybiotykowej podano żonie tak silny steryd, który jeszcze spowodował osłabienie układu odpornościowego. Stan żony był tak zły że zdecydowaliśmy się wynająć pokój w okolicy i do domu nie wracać, ażeby być z nią jak najdłużej. 12 oraz 13 września z żoną była cała nasza rodzina. Miała bóle całego ciała – prawego stawu, lewego ramienia jak również nóg. Żona płakała z bólu,o poruszeniu szyją nie było mowy. Czy w tym przypadku nie były to objawy zapalenia opon rdzeniowo mózgowych a była to sobota 12 września?. Córki interweniowały u lekarza. Pielęgniarki podały jakieś leki przeciwbólowe oraz uspokajające. Ja natomiast dzwoniłem do znajomych ażeby sprowadzić prywatnie jakiegoś lekarza z zewnątrz.

Dzień później, bezskutecznie próbowałem dodzwonić się do żony. Około godz. 8 rano odebrałem telefon – w słuchawce usłyszałem nieznajomy głos – „niech pan szybko przyjeżdża do pielęgniarek, bo z żoną jest bardzo źle, że pielęgniarki całą noc latały”. Do szpitala dojechałem w niespełna godzinę, przy żonie były już córki. Od nich dowiedziałem się, że lekarze kazali im załatwić jakiś szpital neurologiczny i że karetka jest już zamówiona. Podjęliśmy ostrą interwencję, bo czas leciał, a nikt nas o niczym nie informował. W końcu przyszedł lekarz, który wskazał na monitor i stwierdził, że przecież parametry życiowe są w normie. Zapytałem, co z tym pogotowiem. Opowiedział, że sami czekają i próbują żonie załatwić jakiś szpital, tylko nikt żony nie chce.

Z interwencją poszedłem również do ordynatora, który odpowiedział, że żona mu tu jakąś chorobę przywlekłą. Ja natomiast nie mogąc otrzymać żadnej informacji od ordynatora, zadzwoniłem pod nr 112 i prosiłem o interwencję – przyjazd karetki. Była to godz. 12:28 dyspozytor zapytał, czy tam nie ma lekarzy, odpowiedziałem, że żona umiera. Za moment oddzwoniono do mnie i poinformowano mnie, że karetka z lekarzem już jedzie. Prokuratura jeśliby rzetelnie prowadziła postępowanie do takiej informacji by dotarła, wszak rozmowy oraz interwencje z nr 112 są nagrywane.

Pytam więc, gdzie byli lekarze pomiędzy godz. 7.00 a godz. 12.20, cały czas okłamując nas, że pogotowie jest już w drodze, że czekają już od trzech godzin. Przez ten czas żona oczekiwała w pustej sali bez żadnego lekarza, oczekiwała na śmierć. Podczas pobytu w szpitalu Latawiec w Świdnicy na oddziale OIOM uratowano żonie życie i tam też wykonano posiewy, z posiewów wyhodowano gronkowca, o czym dowiedzieliśmy się następnego dnia. Jak nas poinformował ordynator tego oddziału, do czasu określenia bakterii podawano antybiotyki o szerokim spektrum działania.

Prokuratura kończy sprawę

11 stycznia 2010 roku do prokuratury rejonowej w Kamiennej Górze zostało złożone zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez Dolnośląskie Centrum Rehabilitacji. Według nas, prokurator rejonowy nie zebrał materiału dowodowego w sposób umożliwiający prawidłową ocenę zdarzeń – nie przesłuchał najważniejszych świadków czyli rodziny pokrzywdzonej, która przez cały okres hospitalizacji przebywała przy żonie. Oparł się jedynie na jednostronnych zeznaniach lekarzy z tego ośrodka.

Prokuratora w stosunku do lekarzy tam zatrudnionych stała się adwokaturą. Prokurator prowadzący dochodzenie nawet nie zadał sobie najmniejszego trudu w celu ustalenia, do jakich zdarzeń doszło w trakcie pobytu mojej żony w tym ośrodku od 4 do 14 września, kiedy to do leżącej na oddziale w szpitalu żony musiałem wezwać karetkę pogotowia.

Nie wiemy również, na jakiej podstawie powstała opinia biegłych Zakładu Medycyny Sądowej we Wrocławiu, którą prokurator uważa za zasadną, a zarazem negując opinie biegłych sądowych niekorzystną dla lekarzy z DCR Kamienna Góra.

W opinii Zakładu Medycyny Sądowej jest również informacja, że opinia została sporządzona m.in. w oparciu o zeznania pokrzywdzonej i świadków. Nie wiemy tylko, o jakich świadków chodzi, bo nikt z rodziny nie był przesłuchiwany. Natomiast opinie biegłych sądowych (jest ich trzy), zostały sporządzone po m.in. wnikliwej analizie dokumentacji medycznej, jak również przeprowadzonych przesłuchań lekarzy z DCR przez lekarzy biegłych oraz analizie badań żony z lat poprzednich. Czyżby prokurator posiadał aż taką wiedzę z zakresu medycyny?

Podanie nieodpowiednich leków z największym prawdopodobieństwem doprowadziło do stanu, w jakim żona się znalazła, a mianowicie zapalenia opon rdzeniowo-mózgowych oraz wstrząsu septycznego. W stanie tym przebywała do 14 września 2009 roku, bez żadnej pomocy. Bo był to weekend. Tylko dzięki energicznemu działaniu lekarza z pogotowia moja żona uniknęła śmierci. To ja spowodowałem, że pogotowie do tego szpitala w końcu przyjechało, na tę okoliczność posiadam dokument w postaci bilingu telefonicznego.

Nie rozumiem również, co miał na myśli prokurator przesyłając mi pismo w sprawie, które miedzy innymi informuje mnie o terminie przedawnienia karalności. Więc po co ta cała zabawa w sprawiedliwość? Więc nawet nie mamy prawa się przeciwstawić i bronić? W końcu to żona jest osobą poszkodowaną, a nie oskarżoną. Jestem zmuszony zadać również pytanie, dlaczego po przewiezieniu żony w stanie agonalnym do szpitala Latawiec, szpital nie powiadomił prokuratury o całym zdarzeniu w celu zabezpieczenia dokumentacji medycznej. Przez okres dziewięciu miesięcy żaden ze szpitali nie zdiagnozował kręgosłupa, tam też znajdowało się źródło zakażenia. W sprawie trwają jeszcze dwa postępowania karne w stosunku do dwóch szpitali, na okoliczność ZANIECHAŃ DIAGNOSTYCZNYCH. Przez okres dziewięciu miesięcy żaden ze szpitali nie wykonał żadnego badania kręgosłupa, choćby RTG. Przez dziesięć miesięcy bakteria doprowadziła do poważnych zniszczeń wielu narządów.

W marcu tego roku otrzymaliśmy informację o umorzeniu śledztwa. Wobec stwierdzenia że nastąpiło przedawnienie karalności. Pytam czy pacjenci w polskich szpitalach w weekendy powinni umierać?

W opisanych zdarzeniach które nie są scenariuszem filmowym, pokrótce opisałem i przedstawiłem tak działania prokuratury, jak i służby zdrowia. Moja żona nie uczestniczyła w żadnym konflikcie zbrojnym , po prostu podjęła leczenie w polskim szpitalu, do którego zgłosiła się jako pacjentka pełnosprawna. A w którym powinna być szczególnie bezpieczna. Niestety skończyło się to tragicznie. Została inwalidką uzależnioną od drugiej osoby. W sprawie tej nawet nie padło z żadnej ze stron słowo PRZEPRASZAM oraz zapewnienie ze strony służby zdrowia, że będą się starali zminimalizować skutki tej IGNORANCJI. Zostaliśmy pozostawieni sami sobie.

Kazimierz Król, mąż Małgosi

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ