Lasek przyznaje: Za pierwszym razem do Warszawy omyłkowo Rosjanie nie przywieźli czarnej skrzynki ze Smoleńska. Co trafiło do badania?

Lasek.jpg

Czarna skrzynka Tu-154 wędrowała z Rosji do Polski, w tę i z powrotem. Okazało się, że to, co dostaliśmy, to nie była czarna skrzynka z polskiego samolotu. Przywieziono coś innego

  • ujawnił w środę na komisji obrony narodowej szef MON Antoni Macierewicz.

Do sprawy odniósł się na antenie TVN24 Maciej Lasek, były szef komisji badającej przyczyny katastrofy smoleńskiej. Przyznał, że za pierwszym razem doszło do pomylenia czarnej skrzynki z urządzeniem eksploatacyjnym.

Rzeczywiście odczyt czarnej skrzynki w Polsce był za drugim razem. Pierwszy raz, zaraz po wypadku, czarna skrzynka została przywieziona przez przedstawicieli rosyjskich do Instytutu Wojskowych Sił Lotniczych i tam miała być odczytana w obecności polskich prokuratorów, polskiej komisji przez producenta. Okazało się, że ponieważ jest to urządzenie eksploatacyjne, pomyłkowo zabrano inne urządzenie, które nie było czarną skrzynką.

— mówił, tłumacząc że łatwo się w tej sprawie pomylić. Zapewniał że już przy drugim podejściu zbadano właściwą czarną skrzynkę i doszło do odczytania jej zapisu.

Polska czarna skrzynka była odczytana w Polsce przez producenta tego urządzenia – firmę ATM. W naszej ekspertyzie i nie tylko w naszej, firma ATM – jedyny producenttego urządzenia, posiadająca kody umożliwiające odkodowanie zapisu – dokonały tego w Polsce. Myślę, że pan minister nie zrozumiał informacji zawarte w dokumentacji prokuratury czy komisji Millera

— mówił Maciej Lasek.

Pan minister powinien natychmiast złożyć zawiadomienie do prokuratury zamiast raczyć nas takimi informacjami

— ironizował.

Zarówno prokuratorzy jak i my nie mamy wątpliwości, że odczytaliśmy właściwe dane

— zapewnił były szef komisji badającej przyczyny katastrofy smoleńskiej.

Przy okazji powtórzył na antenie TVN24 pełną teorię „pancernej brzozy”, która miała moc, by złamać skrzydło tupolewa.

Ten samolot rozpadł się w powietrzu częściowo, ponieważ uderzył w brzozę, wskutek czego został oderwany fragment skrzydła. Samolot znalazł się na wysokości 6 metrów półtora kilometra przed pasem. Na skutek tego, że załoga nieprawidłowo wykonała odejście na drugi krąg, łamiąc wszystkie zasady bezpieczeństwa, nie stosując się do komend system, który miał ochronić przed takim wypadkiem, czyli systemu TAVS, zeszła na wysokość 6 m., zderzyła się z serią drzew i krzewów, a  w końcu z ta feralną brzozą, na skutek czego 1/3 skrzydła została oderwana a samolot w sposób niekontrolowany po kolejnych 800 metrach zderzył się z brzozą

— tłumaczył Lasek.

źródło: wpolityce.pl

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ