Robić mniej za mniej – czy niskie płace są przyczyną niskiej produktywności ?

0ebf4e45d642fec18a1062991e45d64e.jpg

Niskie płace są zarówno przyczyną, jak i skutkiem niskiej produktywności.

Kraje zwiększają swoje bogactwo wtedy, gdy uczą się produkować więcej wartościowych dóbr w przeliczeniu na liczbę obywateli. Niestety wiele rozwiniętych gospodarek zdaje się tracić ten talent. Z wyjątkiem krótkiego zrywu w okolicach milenium, w ciągu ostatnich czterech dekad wzrost produktywności bogatych państw boleśnie zmalał, co według ekonomistów przyczyniło się do stagnacji płac.

Wydajność pracy w Ameryce spadła w czwartym kwartale 2015 roku o zdumiewające 2,2 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim, notując przy tym zaledwie 0,6 proc. wzrostu za cały rok.

Spadek wydajności

Typowe próby wyjaśnienia tego zjawiska wpisują się najczęściej w jedną z trzech teorii.

Pierwsza z nich dowodzi, że ludzkość najzwyczajniej wyczerpała tymczasowo limit wielkich odkryć i rewolucyjnych pomysłów. Obecnym zmianom technologicznym brakuje rozmachu, jaki przyniosły XIX i początki XX wieku.

Według tej idei rozpowszechnienie elektryczność czy instalacji wodno-kanalizacyjnej odcisnęły większe piętno na rozwoju cywilizacji niż trwająca rewolucja cyfrowa, która zamiast spodziewanych niegdyś latających samochodów przyniosła sieci społecznościowe, takie jak facebook czy twitter.

Tymczasem ostatnie osiągnięcia w rozwoju robotyki i sztucznej inteligencji mogą w najbliższej przyszłości przynieść wzrost produktywności podobny do tego z końca lat dziewięćdziesiątych, kiedy obserwowano szybki rozwój komputerów i oprogramowania.

Warto zwrócić uwagę, że spadek produktywności nastąpił nie tylko w krajach bogatych, ale również w tych rozwijających się jak Turcja czy Meksyk, którym teoretycznie do wzrostu efektywności gospodarczej potrzebna jest tylko adaptacja rozwiązań i narzędzi sprawdzonych wcześniej w bogatszych krajach.

Niektórzy optymiści twierdzą, że rozwój technologiczny zwiększa produktywność na tak wiele sposobów, że same agencje statystyczne mają problem z ich wykryciem i identyfikacją. Przykładem jest powszechny i darmowy dostęp do ogromnych zasobów mediów cyfrowych, a co za tym idzie szybszy i łatwiejszy przepływ wiedzy i informacji.

Również polepszenie jakości i możliwości towarów takich jak smartfony może być trudne do uchwycenia przez wspomniane agencje.

Błędy w pomiarach odgrywają mimo wszystko raczej nieznaczną rolę. Ocenia się, że spadek wydajności kosztował Amerykę około 2,7 biliona dolarów od 2004 roku, co daje 8 400 dolarów na każdego obywatela. Straty te z pewnością znacznie przewyższają niemierzalne zyski płynące z rozwoju technologii.

Ograniczony przepływ ludzi

Trzecia, bardziej niepokojąca możliwość jest taka, że skostniałe bogate gospodarki coraz gorzej radzą sobie z transferem zasobów ludzkich z przestarzałych i dotkniętych stagnacją miast i firm w kierunku odpowiedników cechujących się większą produktywnością i dynamizmem.

Przykładowo w Ameryce od 1980 systematycznie spada liczba tworzonych start-upów. W amerykańskiej gospodarce wciąż pojawia się mnóstwo potrzebnych firm o wysokim potencjale wzrostu, ale już zdecydowanie mniejszy ich odsetek niż kiedyś ma szanse dostać się do globalnej czołówki.

Zaledwie niewielka część nowych dynamicznie rozwijających się firm odpowiada za powstawanie większości nowych miejsc pracy w sektorze prywatnym. W ciągu ostatnich 15 lat największe amerykańskie firmy nie rozwijały się wcale szybciej niż ich odpowiedniki z reszty świata, coraz bardziej konkurencyjne.

Rentowne firmy wykazują coraz wyższą skłonność do umieszczania swoich zysków na rachunkach bankowych, aniżeli reinwestowania ich z powrotem w biznes.

Problemem są też regulacje. Potencjał przedsiębiorczości w miejscach takich jak San Francisco i jego okolicach jest znacznie wyższy niż w miastach takich jak Detroit. Jednak przepisy budowlane znacznie ograniczają przepływ ludzi z miejsc pogrążonych w stagnacji do tych o lepszym warunkach dla rozwoju. Niektóre badania wykazują, że w przypadku zniesienia tych regulacji niektóre miasta zwiększyłyby swoją powierzchnie nawet o 500%, podczas gdy życie w innych całkowicie by zniknęło.

Obfitość taniej siły roboczej

Ekonomiści sugerują mnóstwo sposobów pielęgnowania wzrostu produktywności, takich jak przeznaczanie większych środków na badania czy ukrócenie biurokracji, za czym przy odrobinie szczęścia powinien iść również wzrost płac. Niektórzy zdają się jednak powątpiewać, że korelacja między niską produktywnością i niskimi zarobkami działa w obydwu kierunkach.

W niektórych marginalnych sektorach niska płaca pozwala bowiem firmom osiągać zyski dzięki zatrudnianiu pracowników, których mogłyby zastąpić maszyny i programy. Przy czym inwestowanie w automaty jest droższe, kiedy do dyspozycji są tańsi ludzie. Niskie płace pomagają też odbudować się firmom w czasie niskiego wzrostu produktywności czy recesji zmniejszając na nich ekonomiczna presję oszczędzania.

To właśnie liczna i tania siła robocza wyjaśnia jak gospodarka USA zdołała stworzyć w ostatnich latach rzadką kombinację szybko rosnącego zatrudnienia i wolno rosnących płac.

Swoboda w kształtowaniu rynku pracy, oparta na obniżaniu wynagrodzeń w celu zwiększenia konkurencyjności, pozwala na beztroskie operowanie pracownikami o najniższych zarobkach. Poprzez uznanie powrotu do pełnych form zatrudnienia politycy mogliby dać impuls zarówno do zwiększenia płac, jak i produktywności.

Tłumaczenie z „The Economist” Michał Pawlak

źródło: gazeta Obywatelska

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ