Wybitny dominikanin w obronie ks. Jacka Międlara !

ks jacek 2.jpg

Ojciec Andrzej Potocki – dominikanin o wielkim dorobku naukowym, profesor socjologii, zakonnik, ostro skrytykował niekryjących lewicowych poglądów dwóch współbraci – prowincjała o. Pawła Kozackiego oraz o. Pawła Gużyńskiego, który księdza Międlara oskarżał o to, że jest „obłąkany” – napisała Warszawska Gazeta. – Ks. Jacek Międlar wie, na czym mu zależy. Zależy mu na Chrystusie. Zależy mu na Ewangelii. Zależy mu na Ojczyźnie. Czy wolno mu to brać za złe? – Napisał dominikanin.

Dominikanin zauważa, że słynne kazanie ks. Jacka Międlara, wygłoszone 16 kwietnia w Białymstoku, było adresowane do wyspecjalizowanej grupy i jak zapewne słusznie przypuszcza, ks. Jacek nie wygłosiłby go do ogółu parafian:

– Kazanie było krytykowane – co widać po wpisach internautów – jako przykład kazania mającego mieć uniwersalny charakter i przeznaczenie. To oczywiste nieporozumienie. Bowiem kazanie ks. Jacka Międlara było adresowane do określonego – i w istocie dość wąskiego – kręgu. Jeśli chcemy je komentować, a tym bardziej oceniać, wypada przyjrzeć się kompatybilności owego kazania z doświadczeniami i oczekiwaniami tego właśnie środowiska – pokreśla.

„Warszawska” przytacza fragemnty listu ojca Andrzeja Potockiego.

– Sytuacja staje się delikatna. Nasi księża biskupi w liście do kapłanów na Wielki Czwartek tego roku zaznaczyli, że „każda publiczna aktywność księdza wymaga roztropnego odróżnienia polityki jako troski o dobro wspólne od zaangażowania w konkretne polityczne projekty. Rezygnujemy z tej ostatniej aktywności w imię pierwszeństwa naszej kościelnej misji. Bezpośredni udział w bieżącej polityce pozostaje domeną katolików świeckich”. Oczywiście trudno tego wskazania nie dostrzec i nie respektować. Skoro jednak mamy modlitewne spotkanie określonego środowiska, to w kazaniu – mającym wówczas charakter klasycznego kazania okolicznościowego – trudno nie mówić o tym środowisku. (…) Tak jak na Mszy św. z udziałem dzieci pierwszokomunijnych mówi się o ich pierwszym spotkaniu z Chrystusem w Eucharystii. Odpowiednio podczas Mszy św. z udziałem narodowców, świętujących rocznicę powstania ich organizacji, mówi się o tej właśnie organizacji, o aktualności jej ideałów, jej historycznych liderach. Doprawdy trudno inaczej.

– Jeśli mierzyć wielkość kaznodziejskiej miłości intensywnością mizdrzenia się do klienta spod ambony, przymilania się słowem i mimiką, słodko-obleśnymi uśmiechami (znamy takie), to faktycznie ks. J. Międlar przegrywa. Jednak nie na tym – to wiemy –ma polegać miłość. Jej sensem jest stawianie wymagań, ale i pomoc w realizacji tych wymagań. Ksiądz Jacek stawia i pomaga.

– Kaznodzieja wypełnił oczywistą lukę w polskim kaznodziejstwie, faktycznie wypranym dziś z wyraźniejszych odniesień społecznych. W naszych kazaniach zbyt wiele utrzymanego w teologicznym żargonie psychologizowania, często mętnego. Zbyt wiele duchowej papki, nieraz usypiającej. Na takim tle ks. Jacka Międlara słucha się z przejęciem. I z wdzięcznością.

 

Dominikanin nawiązał również do Marszu Niepodległości z 2015 roku.

– To odrodzenie warto brać pod uwagę, przypominając sobie również pamiętne przemówienie ks. J. Międlara na Błoniach Stadionu Narodowego 11 listopada ubiegłego roku. Co wówczas mogło urzec? Obok walorów treściowych tamtej mowy także stylistyczna zręczność mówcy, umiejętność dostosowania retorycznego stylu wypowiedzi do okoliczności głoszenia. Było jasne, że przyjęta przez mówcę retoryka nie mogłaby znaleźć miejsca w świątyni. Jednak na przystadionowych błoniach, w spotkaniu z tysiącami słuchaczy mentalnie „podgrzanymi” ideowym klimatem Marszu Niepodległości nie mogła, nie powinna być inna. Już podczas marszu dojrzewały Bogo-Ojczyźniane nastroje. Przemawiając na owych błoniach, nie można było ich wyciszać. Wręcz przeciwnie: należało wkomponować się w nastrój. Retoryczny program minimum: podtrzymać ów nastrój. Retoryczny program maksimum: ów nastrój podnieść na wyższy poziom. Owszem, nie było to łatwe, jednak ks. J. Międlarowi znakomicie się udało. Publiczność była poniekąd rozpięta między doświadczeniem patriotycznym a doświadczeniem artystycznym – oczekiwania na koncert. Swoją mową mówca potrafił znakomicie wkomponować się w sytuację. Widać tu było umiejętność inkulturacji. W tym świadomość miejsca głoszenia: przystadionowych błoń, nie poświęconej świątyni.

 

źródło: Warszawska Gazeta

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ