Jerzy Jachowicz: Prowokacja policyjna na zlecenie?

policja2.jpg

Czy w przedostatnią sobotę maja w Gdańsku doszło do złamania prawa przez policję? Wiele wskazuje na to, że tak się stało. Bardzo trudno będzie natomiast ustalić, czy doszło do prowokacji, która miała stworzyć pozory, uzasadniające podjęcie brutalnej interwencji. Chyba, że ktoś nagrał komórką film z tych zajść i będą tam niezbite dowody, że awanturę wszczęły osoby bez wątpienia związane z policją.

Podstawowe fakty są proste. Ulicami Gdańska szedł Marsz Równości, zorganizowany przez środowisko LGBT. W tym samym czasie prawicowi działacze zorganizowali kontrmanifestację. Wtedy na prawicową młodzież, sprzeciwiającą się publicznemu promowaniu dewiacji, ruszyła policja i brutalnie spacyfikowała uczestników kontrmanifestacji.

Wśród nich była córka radnej PiS Anny Kołakowskiej, zasłużonej, znanej na Wybrzeżu obrończyni życia i rodziny. Obserwatorzy policyjnej akcji twierdzą, że 19-letnia Maria Kołakowska padła ofiarą prowokacji wymierzonej w kontrmanifestantów. Tak to przynajmniej przedstawił miejscowy portal „prawy.pl”.

Brutalne zatrzymania

Policjanci twierdzą, że zostali obrzuceni kamieniami i butelkami. Wówczas funkcjonariusze zaczęli wyłapywać najagresywniejszych uczestników zamieszek.

Według świadków, co też zarejestrowała kamera video, chwilę przed zatrzymaniem Kołakowska stała spokojnie na przystanku w towarzystwie kilku innych osób. Nic nie wskazywało na to, by mogła ona zagrażać maszerującym tyralierą funkcjonariuszom.

W chwili zatrzymania 19-letnia dziewczyna, drobna, wręcz filigranowa i zupełnie nieagresywna, została przez dwóch potężnych funkcjonariuszy powalona na ziemię. Jeden z nich klęczał obok, a drugi usiadł okrakiem na jej plecach.

Prowokacje

Policja jak za dawnych dobrych czasów PRL uważa się za królową sprawiedliwości, mającą prawo do brutalnych działań. Nawet wtedy, gdy do zaprowadzenie spokoju i porządku wystarczyłoby wezwanie i ustne upomnienie. Co gorsza, policjanci w celu zaspokojenia prymitywnej potrzeby przemocy oraz zademonstrowania własnej siły, chętnie sami uciekają się do prowokacji. Rekrutują prowokatorów z własnych szeregów i, wmieszani w tłum, działają po cywilnemu. Albo angażują do brudnej roboty tajnych współpracowników policji.

Zamierzeniem policyjnych prowokatorów jest wywołanie awantur, by obciążyć nimi swe przyszłe ofiary. Ale nie tylko. Po to też, by uzasadnić konieczność użycia – zgodnie z przepisami – środków bezpośredniej przemocy. Ataku na tłum w celu jego rozproszenia, bicia pałkami, kładzenia „na glebę”, siadania okrakiem na pojmanych ofiarach, wykręcania rąk, zakuwania w kajdanki, polewania wodą armatek, wystrzeliwania gazów łzawiących, użycia granatów hukowych, wreszcie strzelania gumowymi pociskami.

Jednakże prowokacja jest przydatna w sądzie, kiedy konkretni funkcjonariusze są oskarżeni o naruszenie prawa, bestialskie pobicia, fizyczne i psychiczne znęcanie się nad zatrzymanymi i inne przypadki przekroczenie swoich uprawnień. Bo dzięki sprawnej prowokacji mają w sądzie szanse usprawiedliwienie swojej brutalności jako działania w stanie wyższej konieczności w obronie własnej. Zaś zarzut użycia niewspółmiernie niebezpiecznych lub brutalnych środków do realnego zagrożenia, mogą usprawiedliwić stresem, a nawet szokiem, wynikającym ze strachu.

Przypadek czy zorganizowane działanie?

Z brutalną interwencją policji wiąże się wiele pytań.

Pierwszy trop prowadzi do matki dziewczyny, Anny Kołakowskiej, nauczycielki i radnej PiS, której bezkompromisowa postawa wobec lewicujących działaczy politycznych, w tym posłów jest powszechnie znana. Także jej wypowiedzi wzbudzają duże kontrowersje i mnożą jej osobistych wrogów.

Dzień przed zatrzymaniem jej córki na jednym z portali społecznościowych napisała o posłance PO Agnieszce Pomasce: „Trzeba to coś złapać i ogolić na łyso”. Była to reakcja Anny Kołakowskiej na zachowanie posłanki Platformy podczas wystąpienia w Sejmie. Stojąc na trybunie i używając mocnych słów, demonstracyjnie na oczach całej Polski, przedarła na pół druk z „Uchwałą o obronie suwerenności Polski”. Niemniej jednak wpis Anny Kołakowskiej jednoznacznie kojarzy się z traktowaniem kobiet posądzanych o nawiązywanie podczas okupacji intymnych związków z hitlerowskimi żołnierzami czy urzędnikami.

Nasuwa się więc pytanie, czy tak brutalny atak na młodą Kołakowską był przypadkowy czy była ona wskazaną ofiarą policyjnej napaści? Jeśli tak, to przez kogo? Pamiętajmy, że Wybrzeże nie bez powodów nazywane jest matecznikiem Platformy Obywatelskiej. Zaś różnymi drogami i labiryntami biegną nici powiązań między politykami i urzędnikami tej formacji.

Czy wszystko wynika z nadgorliwości policji? Czy ślepota i brutalność dwóch szarych funkcjonariuszy to przypadek? Osobiście wątpię. 

źródło: gazeta Obywatelska

h

 

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ