Jerzy Pawlas: Chore państwo w ruinie

Donald Tusk nowy i ładny.jpg

Sprawców blisko bilionowego długu publicznego (56% w rękach inwestorów zagranicznych) rozliczyli już wyborcy. Teraz czas na Trybunał Stanu i prokuraturę. Wreszcie quasi-demokracja grubokreskowa może stać się cywilizowaną demokracją odpowiedzialnych wyborców i polityków.

Bartłomiej Sienkiewicz, jako jeden z nielicznych ministrów rządu PO-PSL, mówił prawdę. Inwestycje polskie, które miały rozruszać gospodarkę, to „ch…, d… i kamieni kupa”. Potwierdza to raport NIK. Reklamowane przez Donalda Tuska przedsięwzięcie – źle przygotowane i niedoinwestowane – zwiększyło dług publiczny o 3 mld zł.

Tworzyły go zarówno niefrasobliwość (200 mln zł na projektowanie elektrowni atomowej rozpłynęły się bez śladu) jak również indolencja (tylko w jednym roku zagraniczne banki zgarnęły 115 mln zł za projekty prywatyzacyjne). Były też pieniądze na „złotego mercedesa”, horoskop dla psa i powiększenie biustu.

Tuszowanie „śmierdzących” spraw

Nic więc dziwnego, że byli szefowie MON, którzy konsekwentnie rozbrajali armię, domagają się teraz dymisji Antoniego Macierewicza, bo nie będą mogli – po znajomości – chałturzyć. Zapomnieli, jak sabotowali powstanie tarczy antyrakietowej, a jeden z wiceministrów gawędził po mediach, że wojska rosyjskie w trzy dni dotrą do Warszawy.

Za Jacka Rostowskiego nieszczelność w CIT sięgała 40 mld zł rocznie i tyle samo w VAT. Szefowi resortu finansów nie przeszkadzała tzw. optymalizacja podatkowa, realizowana przez zagraniczne firmy, skutecznie niszcząca polską konkurencję. Zadowalał się produkcją papierów dłużnych.

Nie bez przyczyny rząd PO-PSL zatrudniał kancelarie prawne do tuszowania „śmierdzących” spraw. Za „pijarowaną” administrację płacili podatnicy.

W budowie czy w ruinie?

Trafne spostrzeżenie PiS, że państwo polskie jest w ruinie, PO-litycy podmienili na „Polska w ruinie”, co stało się pretekstem dla reklamowania osiągnięć PO-rządu. Przecież za jego kadencji była „Polska w budowie”, chociaż nie uchwalono nawet kodeksu urbanistyczno-budowlanego. Prywatyzowano majątek państwowy dla doraźnych potrzeb budżetowych, zamiast zwiększać jego wartość.

Powstawała infrastruktura drogowa z korzyścią dla zagranicznych firm, gdy polscy przedsiębiorcy bankrutowali (ich roszczenia sięgają 10 mld zł). Budownictwo mieszkaniowe rozwijało się pod dyktando deweloperów. Kraj zalewało bezvatowe paliwo, dumpingowa stal i chińskie ciuchy jednorazowego użytku. Nawet w urzędach centralnych zatrudniono na śmieciówkach (a w resorcie kultury – 20% pracowników).

Pasożytnictwo niereformowalne

Każdy z 17 dyrektorów (co było rekordem wszechczasów) zarabiał więcej niż minister, premier czy prezydent (15-24 tys. zł miesięczne). Jeden z doradców w gabinecie politycznym „wytelefonował” w ciągu roku 147 tys. zł. Urzędnikom odsprzedawano sprzęt elektroniczny nawet z danymi służbowymi. W kancelarii premiera – żyć, nie umierać. Nic więc dziwnego, że nikt nie korzystał z urzędowego telefonu zaufania, zainstalowanego za kilkanaście tysięcy złotych.

Minister infrastruktury, znany jako kolekcjoner drogich zegarków, wyremontował swój gabinet za 1,2 mln zł. Resort sportu śmiało mógł konkurować z biurem podróży (wydatkowano 0,5 mln zł na wyjazdy osób spoza tego resortu). Zaś resort spraw zagranicznych promował swego szefa, który nie realizował polskich interesów, na wysokiego funkcjonariusza jakiejś międzynarodowej organizacji.

Jakby tego było mało, biurokratyczna klasa próżniacza lekce sobie ważyła powierzony jej majątek państwowy. Resort kultury za symboliczną stawkę wydzierżawił zabytkowe pomieszczenia w Pałacu pod Blachą byłemu prezydentowi, by mógł składować tam wyszabrowane sprzęty. Resort skarbu „prywatyzuje” z korzyścią dla nabywców, m.in. zaniżone ceny „Ruchu”, Ciechu (strata 1 mld zł). Niemniej PO-rząd ani myślał rezygnować z pasożytniczego szkodnictwa. Przed wyborami resort edukacji organizuje kongres (2 mln zł), reklamujący swoje osiągnięcia.

Nieudacznictwo systemowe

Tanie państwo na luzie realizowali domorośli neoliberałowie zadziwiająco konsekwentnie. Zlikwidowali resort gospodarki morskiej i przemysł okrętowy. Zamknęli 18 ambasad i tyleż konsulatów. Ubyła prawie połowa posterunków policji. Nawet popierający PO-rząd tzw. obywatele kultury, nie wywalczyli 1% PKB na kulturę. Komercjalizacja i prywatyzacja służby zdrowia (przysłowiowe „kręcenie lodów”) doprowadziła do zadłużenia szpitali na 14 mld zł. Chociaż trudno posądzać liberałów, by formułowali pojęcia dobra wspólnego, to jednak przedwyborcze obietnice Donalda Tuska (by wszystkim żyło się lepiej), skutkowały wzrostem skrajnego ubóstwa (w 2008 – 6,6% społeczeństwa, w 2014 – 7,4%).

Neoliberalne złudzenia szybko rozwiały się, gdy niewidzialna ręka rynku okazała się ręką aferzysty, zaś kapitał ujawnił narodowość. W jego rękach znalazła się połowa polskiego przemysłu i handlu, 65% banków, a 2/3 eksportu pochodzi z firm zagranicznych. Gdy polityką gospodarczą jest brak polityki, osiągnięciem stał się eksport taniej siły roboczej (2-3 mln ludzi).

Nieodpowiedzialność

ABW nie podjęła działań po katastrofie smoleńskiej, a zakłamywanie prawdy o jej przyczynach kosztowało podatników 265 tys. zł (tzw. komisja Laska).

Agencja rolna umożliwiła „wysłupowanie” 200 tys. ha polskiej ziemi. Mimo to – przed wyborami – resort rolnictwa rozpowszechnia spoty reklamujące żywność (czyli peeselowskich aparatczyków). Określone jako teoretyczne, państwo służyło interesom rządzących i ich partiom. Nie chcą odpowiadać za czyny i zaniechania, zgodnie z tradycją grubokreskową. Skierowano już jednak pierwsze zawiadomienia do prokuratury.

Taśmy prawdy nie wyrugowały PO ze sceny politycznej. Biesiadnicy na koszt podatnika nie uregulowali nawet swych rachunków. A tzw. obrońcy demokracji, manifestujący jako malownicza grupa rekonstrukcyjna PRL i Polskiej Rzeczpospolitej Grubokreskowej, chcą żeby było, jak było. Chcą nieodpowiedzialnej demokracji, ożywianej przez „zaprzyjaźnione media”. W konsekwencji zmierzają do rozbrojenia elektoratu, bo nic tak nie powoduje bezsilności, nie zniechęca jak bezkarność rządzących.

Jak na razie społeczeństwo absorbowane przez prezesa TK i „wycieki” z KE nie manifestuje na ulicach, by ukarać 8-letnie PO-rządy, zaś funkcjonariusze PO zachowują się tak, jakby to ich nie dotyczyło i nadal straszą „autorytaryzmem” PiS.

źródlo: gazeta Obywatelska

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ