Janusz Sanocki: Suwerenność na dywaniku

sejm robert.jpg

Sejm podjął uchwałę „W sprawie obrony suwerenności Rzeczypospolitej Polskiej”, w której „wzywa rząd do przeciwstawienia się wszelkim działaniom przeciwko suwerenności państwa”.

No i pięknie! Obroniliśmy suwerenność! Tak jak nasi przodkowie w 1920 roku Warszawę, jak „Orlęta” Lwów w 1918 – po prostu odparliśmy atak i odtąd sami u siebie stanowić będziemy prawa i sami siebie z ich przestrzegania rozliczać. Bo tak należy rozumieć „suwerenność”.

Historyczne tło

Nasi przodkowie po I wojnie stworzyli państwo bez wątpienia suwerenne. Chcieli mieć demokrację (na wzór francuski) – przyjęli konstytucję z 1921 r. Chcieli mieć dyktaturę – (przynajmniej legioniści) – zrobili zamach majowy i zaprowadzili dyktaturę sanacji. I aż do końca II Rzeczpospolitej nikomu na świecie nie przyszło do głowy przyjeżdżać do ówczesnej Warszawy i rozliczać ministra Becka z tego, czy Polska „przestrzega standardów demokracji”.

Nie przyszło to nikomu do głowy ani w ówczesnym Londynie, ani w Paryżu – z którym mieliśmy wojskowy i polityczny sojusz, ani w Berlinie, który taki sojusz nam proponował. Ba, gdyby ktoś choćby aluzję zrobił, to Beck by go po prostu pogonił i wyśmiał.

Mniejsza w tym momencie o ocenę Becka, sanacji itd. ale suwerenność, to suwerenność. W 1939 r., kiedy suwerenność została zagrożona, nawet komunizujący poeta Broniewski pisał, że nie „obca dłoń” będzie nam robiła w Ojczyźnie porządki.

Dalsze wydarzenia są znane. Powstała po wojnie PRL miała wiele osiągnięć materialnych. Ale Polacy nie mogli wybaczyć PRL-owi widocznej gołym okiem zależności od Moskwy. Żartowano z wszechmocy rosyjskich ambasadorów, z tego, że „nasi” muszą jeździć na Kreml po wskazówki itp. suwerenność – a raczej jej brak w czasach PRL – była dla nas czymś istotnym.

Kto komu podlega?

Tymczasem do Warszawy – stolicy III RP, w kilka dni po podjęciu przez polski Sejm uchwały o obronie suwerenności – przyjeżdża wiceszef Komisji Europejskiej Frans Tiemmermans – przepytać polską premier jak to w III RP jest z tą – wicie-rozumicie – „praworządnością”. I – jak podają media – premier nie tylko nie wyrzuca tego tam Fransa – za drzwi, ale rozmawia z nim, tłumaczy, że nie jest tak źle jak smocze języki Petru i Schetyny nas pomawiają.

W świat idą uspokajające komunikaty – że „obie strony”, że „kompromis” itd. Ale Komisja Europejska zapowiada, że w czerwcu będzie na temat sytuacji w Polsce debatować, więc sprawa jeszcze nie skończona.

Ale skoro polska premier musi jakiemuś Fransowi coś tam tłumaczyć, to kto komu podlega? I co jest z tą suwerennością?

Ja rozumiem, że to dobrze, że już nie musimy ugłaskiwać jakiegoś Iwana czy Leonida i że grożą nam nie czołgami, ale „dyrektywami”. W gruncie rzeczy lepiej dostać po pysku jakąś dyrektywą niż lufą czołgu. Ale suwerenność to suwerenność. Jakby ona była, to ani Frans, ani Iwan nie miałby tu nic do szukania.

Czyżby jednak „suweren” zasiadał w Brukseli, a nie w Warszawie?

Jedyny suweren

Dotąd w błogiej nieświadomości wierzyłem naiwnie, że na straży odzyskanej w 1989 r. suwerenności stoi Rząd, Sejm, a nawet – powiedzmy otwarcie – Trybunał Konstytucyjny.

Tak, tak właśnie Trybunał Konstytucyjny, który już istniał kiedy Polska w 2003 r. podpisywała Traktat Akcesyjny. I wówczas już obowiązywała Konstytucja, którą wymachują obecnie posłowie Petru i Schetyny. A Konstytucja w artykule 4 przewiduje, że „Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu.”

Skoro zatem Trybunał Konstytucyjny pilnuje zgodności aktów prawnych z Konstytucją, to w roku 2004, kiedyśmy wmaszerowywali do Unii, powinien był zakwestionować te zapisy Traktatu Ateńskiego, które dawałyby jakimś unijnym instytucjom prawo do rozliczania polskiej premier. Bo takie zapisy byłyby sprzeczne z zasadą suwerenności Narodu zapisaną w art. 4 Konstytucji.

Jeśli natomiast takich zapisów traktatu akcesyjnego nie ma, to po co Pani Premier wpuszczała do biura tego tam Timmermansa? Po co i w jakim charakterze?

źródło: gazeta Obywatelska

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ