Michał Mońko :Milcząca większość to obraz niepojęty dla kogoś, kto przed laty widział miliony idące przeciw komunie, kto szedł z milionami ogarnięty entuzjazmem po zwycięstwie rewolucji Solidarności

Jaruzelski23.jpg

Milcząca większość to obraz niepojęty dla kogoś, kto przed laty widział miliony idące przeciw komunie, kto szedł z milionami ogarnięty entuzjazmem po zwycięstwie rewolucji Solidarności.

Miliony Polaków zjednoczonych wolnością i solidarnością: dziesięć milionów stoczniowców, portowców, nauczycieli, górników, metalowców, pielęgniarek, urzędników i nawet artystów; nadto trzy i pół miniona rolników, dwa miliony rzemieślników. Tylu Polaków jak jeden mąż u schyłku PRL manifestowało, strajkowało, obalało komunę.

Milcząca większość

Pojęcie milczącej większości i rynku milczenia funkcjonuje w publicystyce od czasów prezydentury Nixona, kiedy tożsamość Amerykanów określał ich stosunek do wojny w Wietnamie. To wówczas, 3 listopada 1969 roku, Richard Nixon użył określenia: „the great silent majority”. Kim albo czym była owa większość? I czy w ogóle była? W zamyśle Nixona, milczącą większość mieli stanowić ludzie pozbawieni głosu w publicznym dyskursie, zdominowani przez krzykliwą mniejszość, wspartą przez media.

Milcząca większość znajduje się zawsze poza rynkiem politycznym, poza grą o władzę. To ludzie niezainteresowani polityką, rozczarowani, nie widzący dla siebie korzyści z polityki – eksmitowani z historii, z idei, z pracy, z perspektywy na życie godniejsze, sensowniejsze, lepsze. To ci, którzy po prostu milczą albo milczą przeciw czemuś, albo milczą za czymś. Milczenie wielu i aktywność nielicznych oddziałuje na dyskurs publiczny, na zachowania obywatelskie i wyborcze.

Milczy ten, kto nie wierzy, że na rynku politycznym będzie się liczył jego wybór, będzie ważna jego opinia. Wszak głos oddany na kandydata jest obywatelską delegacją dla sprawowania władzy przez godnego posła. Relacje na rynku cechuje wzajemność. Potencjalni uczestnicy rynku politycznego skłonni są do wymiany swoich zasobów wiary i idei tylko wówczas, gdy znajdą stawki dostatecznie adekwatne do swoich atutów i realizowanych celów oraz dostatecznie ważne, aby dla ich ewentualnego wygrania opłacało się wchodzić do gry.

Ci, którzy dzisiaj idą wybierać, to zdecydowani zwolennicy albo przeciwnicy konkretnych partii, programów, kandydatów. Grupa tych, którzy nie uczestniczą w wyborach, zwana przez jednych neutralnymi, przez drugich nie zainteresowanymi, określana jest przez media i menadżerów od PR jako niezdecydowana grupa rynku. Nic bardziej mylnego – ludzie ci znajdują się bowiem poza rynkiem i zdecydowani są milczeć.

Większość Polaków nie wchodzi do gry politycznej, lokuje swoją aktywność albo bezczynność poza rynkiem. Ta większość – to ludzie odmowy. Skąd dzisiaj w nowej Polsce ta pustka w czasie wyborów do Sejmu Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, skąd nieobecność w publicznym dyskursie o Polsce?

Dzisiaj milcząca większość nie uczestniczy, nie wybiera, nie rządzi. Podobna jest do usychającego drzewa, które jeszcze ma kilka żywych gałęzi, ma kawałek żywego pnia, ale już ptaki nie zakładają na nim gniazd. Tam, gdzie społeczeństwo milczy, tam harcują grupy, sekty i psychopatyczne jednostki, które uzurpują sobie prawo do wypowiadania się i reprezentowania milczącej większości.

Rynek polityki

Obywatel milczy, gdy nie wierzy, że na rynku politycznym będzie się liczył jego wybór, będzie ważna jego opinia. Wszak głos oddany na kandydata jest obywatelską delegacją dla sprawowania władzy, a relacje na rynku cechuje wzajemność.

Potencjalni uczestnicy rynku politycznego skłonni są do wymiany swoich zasobów wiary i idei tylko wówczas, gdy znajdą stawki dostatecznie adekwatne do swoich atutów i realizowanych celów oraz dostatecznie ważne, aby dla ich ewentualnego wygrania opłacało się wchodzić do gry. Większość Polaków nie wchodzi do gry politycznej, lokuje swoją aktywność albo bezczynność poza rynkiem. Ta większość – to ludzie odmowy.

Nie jest pewne, czy mamy społeczeństwo obywatelskie, czy funkcjonuje u nas sfera publiczna, ale jest pewność, że mamy kapitalizm i wolny rynek, na którym nabywcy i sprzedawcy dokonują transakcji wymiany. Czy rynek polityki jest rynkiem komercyjnym czy niekomercyjnym?

Praktyka polityczna rodzi wątpliwości, czy politykę w nowej Polsce należy traktować jako działalność non profit obok takich sfer jak kultura, edukacja, ochrona zdrowia, bezpieczeństwo. Często zwykły obywatel ma wrażenie, że polityka jest u nas uprawiana nie dla dobra publicznego, ale wyłącznie dla korzyści kandydatów i ich partii. I w tym również należy szukać powodów obywatelskiej ucieczki z rynku politycznego do milczącej większości poza rynkiem.

Czy polski rynek polityczny jest rynkiem konkurencyjnym? Kwestię tę wyjaśnia krótki przegląd pojęć ekonomicznych. Odrzucamy pojęcie monopolu, bo w Polsce taki rynek nie istnieje od 1989 roku zarówno w sferze gospodarki, jak i w sferze polityki. Rynek konkurencji doskonałej jest w gruncie rzeczy kategorią czysto teoretyczną, a więc w praktyce także nie występuje. Jest rynek konkurencji monopolistycznej, który zakłada wielość kupujących i sprzedających oraz zróżnicowany produkt. Produkt ten jest zbyt często pozycjonowany w umysłach odbiorców przez marketingowe i propagandowe zabiegi. Na taki rynek łatwo wejść i jeszcze łatwiej z niego wypaść każdemu nowemu uczestnikowi gry.

Wydaje się, że polski rynek polityczny spełnia kryteria rynku konkurencji monopolistycznej. Mamy bowiem kilkadziesiąt partii, dziesiątki stowarzyszeń, setki fundacji, wielość ofert, programów etc. Ale tak naprawdę to zaledwie kilka organizacji gra o władzę, bo tylko kilka partii ma swój elektorat, ma pieniądze i korzysta z dostępu do mediów. Głównymi graczami na rynku politycznym są od lat partie wyrosłe z korzeni PZPR, ZSL i służb specjalnych oraz partie o korzeniach solidarnościowych albo nawiązujące do Solidarności, naszpikowane byłymi funkcjonariuszami PZPR, ZSL i służb specjalnych.

Nie korzystają ze swoich praw

Rynek polityczny nie zabiega wcale o milczącą większość, o sprawne funkcjonowanie sfery publicznej, o zbudowanie społeczeństwa obywatelskiego, bowiem politykom chodzi jedynie o wygranie wyborów choćby na małej próbie, co pozwoli zbudować większość parlamentarną, reprezentującą cały kraj, także milczącą większość.

Sondaże identyfikują neutralnych jako tych, którzy zakreślają odpowiedź „nie wiem”. Menadżerowie PR postrzegają neutralnych jako potencjalnych zwolenników jakiejś partii i w konsekwencji lokują ich na rynku politycznym. Media przedstawiają neutralnych jako mało aktywnych, niewyrobionych politycznie, którzy nie są skłonni popierać kogokolwiek i angażować się w cokolwiek.

A kim naprawdę są neutralni? W gruncie rzeczy neutralni to nie tylko ci, którzy nic nie wiedzą o wyborach. To także ci, co mają zainteresowania, mają potrzeby i pragnienia, ale nie widzą możliwości ich spełnienia. Lokują swoją aktywność w różne sfery życia. Neutralni wobec polityki nie są neutralni wobec innych rynków.

W nowej rzeczywistości politycznej i gospodarczej Polacy bardzo dobrze odnaleźli się w roli konsumentów. Znacznie gorzej przychodzi im odnajdywać się jako obywatele i korzystać z praw obywatelskich. Na wolnym rynku nie istnieją w sposób naturalny ani konsumenci, ani obywatele. I jednych, i drugich tworzy i odtwarza przemysł perswazyjny. Prawo nie chroni obywatela tak, jak chroni konsumenta.

Obywatel staje się przedmiotem, a nie podmiotem gry politycznej. „Gdzie zaś prawa nie panują, tam zjawiają się demagogowie – pisał Arystoteles w „Polityce”. – Lud mianowicie zajmuje wówczas stanowisko monarchy, a nie kierując się prawem, staje się despotą”. Obywatel nie ma rzetelnych informacji o produkcie politycznym. Nie może dochodzić roszczeń, gdy okaże się, że produkt polityczny ma ukrytą wadę.

Zniszczone wzorce zachowań

Niezorganizowane społeczeństwo jest bezbronne na rynku politycznym. Tam bowiem, gdzie przed wojną było wiele organizacji, dzisiaj jest ich kilka albo nie ma żadnej. Aktywność obywatelska, rozwinięta w czasach II RP, zniszczona w czasach PRL, nie jest w stanie odrodzić się w III RP.

W miejscowościach Podlasia, takich jak Knyszyn, Goniądz i Sztabin funkcjonowało w międzywojniu kilkanaście organizacji politycznych, społecznych i gospodarczych: Stronnictwo Narodowe, Obóz Wielkiej Polski, Liga Morska i Rzeczna, Związek Hallerczyków, Towarzystwo Opieki nad Kresami, Stowarzyszenie Dowborczyków, Towarzystwo Legionu Ochotników WP, Federacja Polskich Związków Obrońców Ojczyzny, Zrzeszenie Kaniowszczyków, Towarzystwo Żeligowszczyków, Związek Straży Obywatelskich, Związek Pszczelarzy, Związek Hodowców Buraka Cukrowego, Związek Plantatorów Tytoniu, Związek Hodowców Koni etc.

Członkowie organizacji prenumerowali kilka tytułów gazet oraz kilkanaście tytułów pism fachowych i książek. Redagowali i wydawali skromne gazety i gazetki miejscowe o charakterze obywatelskim i gospodarczym. Organizowali wycieczki do Krakowa, do Zakopanego i do Gdyni. Uczestniczyli ze sztandarami w obchodach świąt religijnych, lokalnych i państwowych. Tworzyli wzory patriotycznych zachowań. Formowali opinię publiczną, np. w kwestii wyborów do Sejmu, w kwestii hodowli koni dla wojska, plantacji cykorii i nowej odmiany tytoniu.

Dzisiaj opinia publiczna na Podlasiu ustalana jest przez programy telewizyjne i za pośrednictwem dwu, trzech opiniotwórczych gazet. Zdecydowana większość mieszkańców miasteczek i wsi nie bierze udziału w życiu politycznym i społecznym i jest neutralna wobec partii rządzących i opozycyjnych.

Transakcje wyborcze w nowej Polsce są tak przeprowadzane, że ci, którzy rządzili albo korzystali z władzy przed 1989 rokiem, rządzą i korzystają z władzy także po 1989 roku – jeśli nie oni, to ich dzieci, a nawet wnuki. Nieobecność neutralnych w wyborach po 1991 roku daje się wyjaśnić przede wszystkim protestem przeciwko zdradzie ideałów Solidarności przez elity polityczne III RP. Znacząca część społeczeństwa wycofała się z rynku politycznego, gdy stało się jasne, że komuna wzięła wszystko, konformiści i zdrajcy chwycili kość, rzuconą im pod stół przez gen. Kiszczaka, a naród musi zadowolić się resztkami z Okrągłego Stołu.

Nie ma i nie będzie ani solidarności, ani wolności, ani sprawiedliwości, jeśli społeczeństwo będzie składało się wyłącznie z niewielu bogatych i z wielu biednych. „Toteż największym szczęściem jest, jeśli obywatele pewnego państwa mają średni a wystarczający majątek – pisał Arystoteles w „Polityce”. – Tam bowiem, gdzie jedni bardzo wiele posiadają, a drudzy nic, przychodzi do władzy w następstwie obu tych skrajności albo skrajna demokracja, albo najczystsza oligarchia, albo tyrania”.

Sfera wykluczenia i wyłączenia lokuje się w centrum sfery milczącej większości. Ci, co dwadzieścia lat temu przyczynili się do upadku komuny – miliony Polaków – dzisiaj, w nowej Polsce, przegrali walkę o zachowanie stoczni, przegrali walkę o pracę w dawnym COP-ie, przegrywają swoje plany i marzenia o Polsce wolnej i solidarnej. Ci, co dogadywali się z generałem Kiszczakiem, mieszkają dziś w strzeżonych rezydencjach, bawią się na balach w Wiśniczu, w Paryżu i w Wiedniu, swoje dzieci i wnuki kształcą w renomowanych szkołach i uczelniach w Londynie, w Paryżu i w Miami na Florydzie.

Los nierówno i niesprawiedliwie nagrodził walkę, zasługi i cierpienia. Upadły zakłady, których załogi obalały komunizm. Został wolny rynek, czyli rynek bezwzględny dla tych, którzy upadli. Na rynku liczą się tylko dwie brutalne siły: popyt i podaż. Na jakie to dobra materialne jest dzisiaj popyt? Na pewno nie na sentymenty i idee, które dwadzieścia pięć lat temu ożywiały miliony w walce o wolną Najjaśniejszą Rzeczypospolitą.

Chłopcy i dziewczyny z czasów pierwszej Solidarności, sentymentalni i romantyczni, a dziś starsze panie i panowie, nie wiedzieli, że każda zespołowa działalność społeczna, gospodarcza i polityczna jest efektem, przejawem i faktem gry biznesu i interesów politycznych.

źródło: gazeta Obywatelska

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ