U podstaw superpaństwa kumulują się najgorsze cechy niemieckiej ekspansji: napór na Wschód, rasistowskie poczucie wyższości wobec Słowian i uraz do krajów anglosaskich

merkle.jpg

W dokumencie postulującym stworzenie superpaństwa kumulują się najgorsze cechy niemieckiej ekspansji: napór na Wschód, rasistowskie poczucie wyższości wobec Słowian i uraz do krajów anglosaskich. Historia więc się nie skończyła, ale znów się powtarza – pisze Jakub Augustyn Maciejewski w najnowszym numerze tygodnika „Gazeta Polska”.

Wspólna armia, służby specjalne, waluta, kodeks karny, państwa pozbawione banku centralnego, indywidualnej obronności i samodzielnej polityki zagranicznej – to tylko niektóre postulaty Berlina i Paryża, dotyczące przebudowy Unii Europejskiej w Stany Zjednoczone Europy. Jak zwykle przed szereg ideologicznej gorliwości musiała wystąpić Platforma Obywatelska – Danuta Hübner, szefowa Komisji Spraw Konstytucyjnych (AFCO), zagroziła, że język angielski przestanie być oficjalnym językiem kontynentu. Choć dyrektor Biura Prasowego Kancelarii Prezydenta RP Marek Magierowski uspokaja, że dokument Francji i Niemiec jest jedynie kolejną, epizodyczną propozycją jednego grona polityków, to patrząc na te tendencje z szerszej perspektywy, można dostrzec analogie z wielkogermańską polityką naszego zachodniego sąsiada.

Czy na wschód od Odry jest jakaś cywilizacja?

Proponowanie nowych reguł prowadzenia polityki międzynarodowej czy hierarchii regionów w Europie (Francja i Niemcy jako rdzeń Zachodu, dalej tylko peryferie) do złudzenia przypomina Kongres Mocarstw z XIX w., kiedy ponad głowami mniejszych narodów kontynentu ustalano porządek społeczny i polityczny. Wtedy rolę elit, przekonanych o swoich uprawnieniach do budowania ładu, pełniły koronowane głowy i ich ministrowie, 200 lat później w ich buty wchodzą urzędnicy zamknięci w brukselskiej wieży z kości słoniowej. Taki porządek, zwany wówczas systemem kongresowym, był ustalany na linii tylko kilku stolic, zwłaszcza Berlina, Paryża, Petersburga i Londynu, a pozostałe kraje i narody musiały się podporządkować pod groźbą ekonomicznej i militarnej pacyfikacji. Jeśli la belle epoquewydaje się komuś zbyt odległa, by przyrównywać ją do współczesności, to warto przypomnieć, że to deklaracja prezydenta USA Woodrowa Wilsona o samostanowieniu narodów wbiła do głów dyplomatom największych stolic Europy, że nad Wisłą, Wełtawą czy Dunajem są inne nacje, chcące urządzać się wedle własnych tradycji. Póki też Berlin w czasach – nie bójmy się tego powiedzieć – Adolfa Hitlera urządzał porządki na Wschodzie, póty Neville Chamberlain czy Albert Lebrun kiwali głowami w Monachium czy Abbeville (12 września 1939 r. stwierdzono, że Polsce już nie trzeba pomagać w wojnie z III Rzeszą).

Nawet podczas demontowania komunizmu przez podnoszące głowy społeczeństwa Polaków, Czechów, Węgrów czy Litwinów, dla prezydenta USA George’a Busha czy głowy państwa francuskiego François Mitterranda było jasne, że o ich dalszy los należy pytać w Moskwie. Niestety, także w dziejach Unii Europejskiej zdarzało się porozumiewanie ponad głowami Polaków, Litwinów, Łotyszy czy innych narodów regionu – wystarczy wspomnieć Nord Stream czy słowa Jacquesa Chiraca o „Polakach, którzy stracili okazję, żeby siedzieć cicho”. W głowach przywódców Zachodu Polska to nadal nieistotna biała plama. Mogło to być zbliżone do prawdy w czasach Platformy Obywatelskiej, ale nie dziś.

Powalczyć o kształt Unii

Gdy w 2003 r. odbywało się w Polsce referendum w sprawie akcesji do Unii Europejskiej, rządzący wówczas przedstawiciele lewicy postkomunistycznej prowadzili kampanię propagandową tak, jakby za Odrą rozciągał się już ekonomiczny i polityczny raj. Tymczasem członkostwo w UE okazało się dopiero początkiem drogi do uznania Polski za część cywilizacji zachodniej. Owszem, możemy się oburzać, że chrzest, Mieszko I, odsiecz wiedeńska i Cud nad Wisłą wystarczająco nas zapisały do tej wspólnoty (może bardziej niż spadkobierców Bismarcka), ale XIX w. i komunizm przysporzyły dyplomatom na światowych salonach sporych problemów z pamięcią. Nasza obecność w instytucjach UE i NATO jest tylko drogą do uzyskania statusu równorzędnego partnera w rozmowach z Berlinem czy Paryżem. Zanim Stary Kontynent będzie chciał sprostać gospodarczo Chinom czy Stanom Zjednoczonym, musi przestać się bić i poniżać na własnym podwórku.

Lewiatan contra Behemot

Żyjąc na progu epoki, gdy świat będzie oscylował wokół kilku najsilniejszych biegunów politycznych – najpewniej USA, UE, Chin, Indii iRosji – warto przestrzec przed inną złowrogą koncepcją. Nie tylko w Moskwie bowiem marzy się przywódcom podział globu nie wedle szwów kapitalizm–komunizm, ale wedle państw kontynentalnych i morskich. Tę wizję barwnie zobrazował Aleksandr Dugin, były doradca Putina, nazywając kraje Eurazji Behemotem, a Stany Zjednoczone z sojusznikami – Lewiatanem. Nie jest to jednak podział zupełnie nowatorski, bo w 1947/48 r. opisał go George Orwell w słynnej powieści „Rok 1984”, gdzie Eurazja zrodziła się z połączenia Rosji i Europy, a Oceania z symbiozy Ameryki Północnej (także Południowej) i Wielkiej Brytanii. Jeśli ten schemat nadal wydaje się komuś polityczną fikcją, niech odszuka rzeczników stworzenia osi Lizbona–Władywostok, na którą nawlecze się państwa walczące „ze zgniłym liberalizmem” Ameryki. Tacy są także w Polsce.

Potwory polityczne nie skonały wraz z nazizmem i komunizmem – totalne wizje superpaństw powracają na naszych oczach.

źródło: http://niezalezna.pl/82594-wielkogermanskie-ambicje-ponownie-daja-o-sobie-znac

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ