Maria WANKE-JERIE: Książki na wakacje

ksiazki.jpg

Koniec roku szkolnego. Czas pomyśleć o książkach na wakacje, bo co to za wakacje bez czytania. Tak było u mnie od najwcześniejszego dzieciństwa. Do tego przyzwyczaiłam moich synów. Dziś można czytać tradycyjnie, na czytniku e-booka, można też słuchać książki z audiobooka. Zachęcam do czytania.

Urlop czy wakacje oznaczają więcej czasu, także i na czytanie. Przed wyjazdem zawsze staram się zaopatrzyć w książki, które będą mi towarzyszyć. Nie wyobrażam sobie wypoczynku bez czytania. Teraz książka towarzyszy mi także w drodze na urlop. Jazda samochodem sprzyja czytaniu, a ostatnio zamiast męczyć oczy, gdy auto pokonując przeszkody trochę trzęsie, korzystam z audiobooka. Książka czytana przez lektora pozwala łączyć lekturę z możliwością podziwiania uroków mijanego krajobrazu. Audiobook sprawdza się także na plaży, gdy razi słońce. Siedzimy sobie z mężem w koszu, między nami mały głośniczek, podłączony przez Bluetooth ze smart fonem, lektor czyta, a my słuchamy i opalamy się. W tle szum fal i gwar plażowiczów. Polecam to rozwiązanie.

Gdy wspominam wakacje spędzane z rodzicami, zawsze towarzyszyły nam książki. Po przyjeździe na miejsce wypoczynku zawsze pierwsze kroki kierowaliśmy do miejscowej biblioteki i wychodziliśmy z książkami dla każdego, to znaczy dla rodziców i dla nas. Ja i siostra od wczesnego dzieciństwa lubiłyśmy czytać i rozmawiać o książkach. Dlatego też czasem czytałyśmy tę samą książkę głośno, zmieniając się co jakiś czas w roli lektora. Nasza mama pilnowała też, żeby na wakacje zabrać obowiązkowe lektury szkolne, zwłaszcza te większe pozycje, żeby podczas roku szkolnego nie zdarzyło nam się nie zdążyć na czas omawiania ich w szkole. Zachęcała nas też do robienia notatek, czyli prowadzenia dzienniczka lektur. Bardzo tego nie lubiłyśmy. Szybko odkryłyśmy, że ta sama książka, przeczytana wcześniej, bez szkolnego obowiązku, sprawia bez porównania większą przyjemność. Dlatego sięgałyśmy po nie wcześniej. W pierwszych latach szkoły podstawowej przeczytałyśmy Krzyżaków i Trylogię Sienkiewicza, a także zachwycałyśmy się „Panem Tadeuszem”, zanim twórczość Adama Mickiewicza była tematem lekcji.

Dziś młodzież, nawet ta czytająca, niechętnie sięga po tę literaturę. Niedawno zdałam sobie sprawę, że barierą jest język, dla współczesnych dzieci mniej zrozumiały, niż dla pokolenia ich rodziców, a tym bardziej dziadków. A może by tak uwspółcześnić język Trylogii? Adaptacja książek dla młodego czytelnika to nie taki zupełnie nowy pomysł, przykładem może być choćby książka  Daniela Defoe „Przypadki Robinsona Crusoe” (mówił o tym dr Piotr Szetelnicki podczas #TwittupTTwins). Zgłaszam więc w roku Henryka Sienkiewicza, kiedy to przypada 100. rocznica śmierci noblisty i 170-lecie jego urodzin, postulat adaptacji dla młodzieży jego najsłynniejszych powieści.

Kiedyś usłyszałam od polonistki i jednocześnie matki dziewczynek w wieku dziewięciu i jedenastu lat, opinię, że może by zrezygnować z powieści Sienkiewicza jako lektur szkolnych, bo dzieci zraża język, którego nie rozumieją. Uważam, że obserwacja jest słuszna, nie zgadzam się z wnioskiem. Byłoby to moim zdaniem, zubożenie zarówno wychowania patriotycznego, jak i pozbawienie dzieci ważnego kodu kulturowego. Mój postulat adaptacji powieści Henryka Sienkiewicza uwzględnia zarówno zastrzeżenia mojej znajomej, jak przekonanie, że twórczość naszego noblisty jest ważną częścią polskiej literatury, który powinien znać każdy chciałby uchodzić za inteligenta.

Nie polecam zestawu lektur na wakacje, bo każdy ma swoje ulubione książki, ale wspomnę o niektórych. Zachęcam do różnorodności, aby sięgać i do pozycji poważniejszych z gatunku literatury faktu, i lżejszych, czytając je zamiennie. Tak właśnie robię, co sprawia, że nie nuży mnie żadna z tych lektur.

Tym, którzy jeszcze nie czytali książki Piotra Semki „My reakcja”, serdecznie polecam tę pozycję. To obszerna, ale wartko napisana książka, którą bardzo przyjemnie się czyta. Znakomity opis dramatu niepodległościowej elity, gęsty od faktów i relacji, powiązanych ciekawą narracją autora. Czytając tę książkę zarywałam noce, bo trudno mi było się od niej oderwać. Miłośnikom Wrocławia polecam natomiast pozycję z kategorii lektur lżejszych książkę Piotra Adamczyka „Dom tęsknot”. To opowieść o wrocławianach, którzy zaakceptowali niemiecką przeszłość miasta i odnaleźli swoją własną, nową tożsamość. Piotruś, bohater „Domu tęsknot”, jest dzieckiem, które odkrywa historię, legendy i tajemnice Wrocławia, dorasta do bycia wrocławianinem, a w tle toczy się historia – mija okres stalinowski i lata sześćdziesiąte, marzec 1968, strajki robotników, powstaje „Solidarność”, nadchodzi stan wojenny i wreszcie czas transformacji.  „Dom tęsknot” czyta się jednym tchem. Niesamowite ciekawostki i anegdoty z historii Wrocławia, doprawione subtelnym humorem i uzupełnione o własne doświadczenia autora. Jednym słowem pożyteczna rozrywka. Gorąco polecam.

autor: Maria WANKE-JERIE

 Absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego, z wykształcenia matematyk teoretyk, specjalista PR, od 25 lat pracownik Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. Współtworzyła pierwszy „Raport o stanie nauki w Polsce”. Współautorka biografii Romana Niegosza „Potrzeba ludzi przyzwoitych. Roman Niegosz – życie dla Polski” oraz „Zobowiązywała mnie przysięga. Proces Władysława Frasyniuka 1982”. Odznaczona Medalem „Niezłomni” (2013).

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ