Świetna chrześcijańska komedia. „Jak Bóg da” bawi, wzrusza i wbija szpilkę w napuszonych ateistów. Recenzja

komedia.jpeg

Włoski film pozbawiony jest kiczowatości i ckliwości amerykańskich „christian movies”, ale też próżno w nim szukać nieznośnego napuszenia i powagi, z jaką o wierze mówią niektórzy wierzący artyści. To lekka, zwiewna komedia wbijająca uroczo szpilę w laickie dogmaty.

Jest w filmie Eduardo Falcone fantastyczna scena błyskotliwie uderzająca w chrystofobie „oświeconych” laickich elit Europy. Oto Tommaso, znany i ceniony rzymski kardiochirurg, na każdym kroku manifestujący swój ateizm, dowiaduje się, że jego syn Andrea zamierza dokonać „coming outu”. Wyrosły z rewolucyjnego pokolenia 68 intelektualista przygotowuje resztę rodziny ( tłumiącą pod maską kobiety sukcesu depresję żonę i infantylną córkę z mężem) na własną erupcję tolerancji. Syn zamiast jednak wyznać miłość do innego mężczyzny i spełnić marzenia Tommaso o byciu nowoczesnym ojcem geja, który mógłby się pojawiać na plakatach LGBT, z radością na twarzy wyznaję miłość do…Jezusa. W tym momencie w głowie kardiochirurga przelatują wszystkie wyobrażenia o „złych katolach i klechach” z Watykanu. Widzimy więc zbitkę ujęć inkwizytorów, templariuszy, wypraw krzyżowych, złych papieży i w końcu… uśmiechniętego Don Matteo szalenie popularnego włoskiego serialu.

Ta jedna, krótka scena jest kwintesencją zabawnej komedii Falcone, który nie ukrywa, że chciał przekłuć balon napuszenia tak widoczny wśród zlaicyzowanych intelektualnych elit. Elit popisujących się własną tolerancją, dopóki obejmuje ona mniejszości seksualne czy religijne. Tommaso chce się dowiedzieć kim jest charyzmatyczny i jednocześnie wyluzowany w duchu papieża Franciszka kapłan , który „opanował umysł” jego syna. Spotkanie z ks. Pietro będzie miało przełomowe znaczenie dla życie butnego i zapatrzonego w siebie ateisty.

Falcone jest daleki od jakiegokolwiek piętnowania swoich oponentów ideologicznych. Bazuje na prawidłach klasycznej „commedia all’italiana” z silną, ale zawsze ciepłą i przepełnioną klasą satyrą oraz nieodłącznym społecznym pazurem. „Jak Bóg da” pozbawiony jest też łopatologii, niestety bardzo częstej w chrześcijańskim kinie. Dowodem na to jest otwarty finał filmu, który zadowoli zarówno chrześcijan jak i osoby poszukujące wiary. Wątpię by polubili go zacietrzewieni ateiści, rzadko będący otwarci na satyrę z ich wiary w nieistnienie Boga. No chyba, że Bóg da…

„Jak Bóg da” dowodzi jak najlepiej jest prowadzić popkulturową ewangelizacje. Oczywiście potrzebujemy głębokich teologicznych traktatów współczesnych rosyjskich filmowców, czy Terrence’a Malicka. Na pewnych płaszczyznach potrzebne jest jednak kino lżejsze. Trafiające do widza o innej wrażliwości. Uniweralny przekaz włoskiej komedii i brak nachalności mogą porwać tych, którzy mają wyobrażenie o kościele jako skostniałej, nie wychodzącej do człowieka instytucji. Z drugiej strony błyskotliwa i subtelna satyra z tolerancjonistów ma szansę trafić do ateuszy z choć trochę otwartymi horyzontami.

Chrześcijańscy filmowcy nie ukrywający swojej ewangelizacyjnej misji od lat eksploatują najróżniejsze filmowe gatunki, bawiąc się ich schematami. Jest to szczególnie popularne u amerykańskich protestantów, którzy kręcą już chrześcijańskie filmy sensacyjne, westerny czy komedie romantyczne. Niewiele z nich dobija jednak do poziomu włoskiego filmu. Filmu świetnie zagranego, dobrze wyreżyserowanego i po prostu…mądrego. Bóg ma plan dla każdego z nas. Pisze prosto po krętych liniach, ale każdemu daje szanse na zrozumienie harmonii świata.

5/6

Film pojawi się w kinach 26 sierpnia.

autor: Łukasz Adamski

źródło: http://wpolityce.pl/kultura/304327-swietna-chrzescijanska-komedia-jak-bog-da-bawi-wzrusza-i-wbija-szpilke-w-napuszonych-ateistow-recenzja

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ