Piotr Sutowicz w polemice z Adrianem Zandbergiem : Brygada Świętokrzyska, czyli o ciągłym podporządkowaniu historii polityce

Piotr Sutowicz.jpg

Lider lewicowej partii Razem, Adrian Zandberg, 17 sierpnia na swym profilu na jednym z portali społecznościowych napisał: „W Kielcach uczczono wywieszeniem flag hitlerowskich kolaborantów z Brygady Świętokrzyskiej. Co dalej? Ulica hauptsturmfuhrera Paula Fuchsa?”

g

 

 

 

 

 

Pomijając kłopoty z interpunkcją, które powodują, iż nie wiadomo, czy w Kielcach wywieszono flagi hitlerowskie, czy jakieś inne, tekst pokazuje jasno: kłopoty z naszymi sporami historycznymi cały czas przenoszą się na politykę, która pożera każdy dyskurs o przeszłości. Tego typu uwagi, czynione przez polityka, mogłyby wywołać chichot propagandzistów sowieckich i PRL-owskich spowodowany zadowoleniem z dobrze wykonanej pracy, która ciągle, zdaje się, przynosi owoce, gdyby nie to, że ci ostatni jako ateiści w większości poumierali, a jako niewierzący w życie pozagrobowe nie mogą się obecnie ujawniać. Ale żarty na bok, bo sprawa wydaje się poważna.

Brygada Świętokrzyska, która tak bardzo zbija się w głowie lewicowego lidera, jak i wielu innych jemu podobnych, była formacją zbrojną stworzoną latem 1944 roku w ramach Narodowych Sił Zbrojnych, a więc nacjonalistyczną i, jeżeli musielibyśmy jakoś określić ją dzisiejszym językiem, prawicową. Czy wszyscy zgrupowani w niej żołnierze aktywnie wyrażali poglądy polityczne obozu, którego byli ramieniem zbrojnym? Pewnie niekoniecznie. Wiadomo, że przynależność partyzanta do takiego czy innego oddziału często była wynikiem chwilowych decyzji lub jakichś okoliczności zewnętrznych. Tak było i z Brygadą. Służył w niej np. Julian Kamiński lekarz, Żyd z pochodzenia,  Richard Tullet „Harry” por. armii brytyjskiej, lotnik angielski, który po zestrzeleniu nad Niemcami znalazł się w obozie jenieckim, zbiegł i jakoś tam trafił właśnie do Brygady.

Takie historie można by mnożyć, nie o to jednak tu chodzi. Jak rozumiem, krytycy pamięci historycznej, w której Brygada zajmuje pewne ważne miejsce, chcą odnieść się do czegoś innego. Nie jest tajemnicą, że polscy narodowcy najwcześniej podnieśli kwestię dwóch wrogów Polski. Tak się składa, że były to dwa totalitaryzmy – sowiecki i niemiecki. NSZ-owcy nie wartościowali, który z nich jest lepszy, a który gorszy. Walczyli z obydwoma, nie przyjmując do wiadomości propagandowego stwierdzenia o aliantach naszych aliantów. Nie wierzyli też w możliwą skuteczność  Akcji „Burza”, która polegać miała na wyzwoleniu naszych Kresów Wschodnich przed nacierającymi bolszewikami i powitaniu ich jako prawowierni gospodarze. Chcieli walczyć o Polskę i przy okazji, co nie jest tu bez znaczenia, chronić również ludność cywilną, która często padała ofiarą oddziałów o proweniencji komunistycznej bądź też zwykłych band, które za partyzantów chciały uchodzić. Kiedy się broni czyjegoś gospodarstwa, nie patrzy się z jakiej formacji zbrojnej jest napadający.

Lato roku ‘44 na ziemiach polskich było czasem przełomowym. Obszary wschodnie już poddane były sowieckiemu terrorowi, o którym wieści docierały również na zachód od Wisły, gdzie nie było jeszcze Rosjan, ale ludobójstwo w wydaniu niemieckim nie ustawało. Sierpniowa i wrześniowa hekatomba Warszawy była tego najlepszym dowodem. Poza tym, walki z infiltrującymi te ziemie oddziałami sowieckimi i prosowieckimi komplikowały życie na prowincji. Tymczasem na zachodzie trwała ofensywa aliantów, którzy po wyzwoleniu Francji i zajęciu części Włoch zbliżali się do granic Niemiec. W tej sytuacji kierownictwo NSZ podjęło decyzję o próbie przedarcia się na obszary kontrolowane przez aliantów, gdzie przecież walczyło legalne wojsko polskie. Nie była to więc decyzja o kolaboracji, a o niepoddaniu się żadnemu z pozostających na razie w stanie wojny okupantów.

Dla narodowców było jasne, że w ramach nowej sowieckiej Europy miejsca dla nich nie będzie. Z drugiej strony, pewnie decyzję o wymarszu wzmacniało przekonanie o możliwym wybuchu wojny pomiędzy krajami zachodu a Związkiem Sowieckim, która być może przyniosłaby Polsce upragnioną wolność. To, że nadzieje te nie zrealizowały się nigdy i być może były mrzonką, nie sposób było wiedzieć z perspektywy polskiego partyzanta walczącego w lesie gdzieś na południe od Warszawy.

Brygada Świętokrzyska była jedyną tak dużą formacją partyzancką, która tego typu plan zrealizowała, nie dając się wymordować. Jej żołnierze z bronią w ręku między styczniem a majem 1945 roku przeszli z Polski na zachód, przy okazji nie dając się wciągnąć w kolaborację, którą tak ochoczo przypisuje jej Zandberg, a przed nim wielu innych. Uczciwie trzeba napisać, że przy Brygadzie działał niejaki Hubert Jura, który wraz z tworzoną przez siebie Organizacją Toma prowadził działalność, o której najprawdopodobniej można powiedzieć, że była czymś w rodzaju kolaboracji. To w tym kontekście pojawia się nazwisko wymienionego przez Zandberga hauptsturmfuhrera Paula Fuchsa. Nad tym, jak i wszystkimi innymi, kontrowersyjnymi stronami historii Brygady zagadnieniami powinni jednak przede wszystkim pochylić się badacze, a nie politycy. Oczywiście trudno też byłoby Brygadzie przejść całą jej epopeję, nie pozorując na różnych etapach marszu różnych rozmów, co do których Niemcy mogli myśleć, że doprowadzą Polaków do militarnej i politycznej kolaboracji, ale tej nie udowodniono w żadnym momencie.  Przy okazji, żołnierze tej formacji uratowali życie kilkuset kobietom w obozie w Holiszowie na terenie Czech, wyzwalając go w ostatniej chwili przed jego „likwidacją”. Z pewnej perspektywy wygląda to tak, że przeżyły one „niesłusznie”.

Nie jest zadaniem tego tekstu opisywanie historii Brygady. W ostatnich latach napisano o niej nieco rzetelnych, pozbawionych elementu propagandowego studiów, a jej historia została uroczo zbeletryzowana przez Elżbietę Cherezińską. Nie ma po co otwierać drzwi, które są już otwarte. Dziwi jednak fakt, że ktoś próbuje ponownie wracać do zamierzchłej propagandy w imię prowadzonej przez siebie polityki. Świadczy to o jednym: obóz polityczny pana Adriana Zandberga ciągle odwołuje się do tych, którzy w sporze o to, po stronie którego z dwóch ludobójczych totalitaryzmów należy się opowiedzieć, takiego wyboru dokonali i swym politycznym wnukom kazali robić tak samo, a ci ostatni trzymają się tego kurczowo, nawet jeśli dla potrzeb bieżącego dyskursu mówią co innego.

autor: Piotr Sutowicz

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ