Wezwał karetkę do szpitala ratując swojej żonie życie. Prokurator umorzył, ale nie zgadza się z nim sąd

niepelnosprawni.png

Trwa dramat pana Kazimierza i jego żony Małgosi. Kobieta przyjechała na prosty zabieg do szpitala, a wyszła niepełnosprawna. Kiedy lekarze nie podejmowali interwencji zapewniając, że wszystko jest w porządku, jej mąż wezwał pogotowie ze szpitalnej sali. W ten sposób uratował jej życie. Chociaż od zdarzenia minęło już 7 lat, to stan zdrowia pani Małgosi wciąż jest bardzo zły. W dodatku, prokurator z Kamiennej Góry umorzył postępowanie. Ale później decyzję o umorzeniu uchylił sąd. Jednak część sprawy dotycząca zaniedbań lekarzy w sprawie leczenia kobiety już się przedawniła – oceniła Prokuratura Okręgowa we Wrocławiu, po tym, jak pan Kazimierz zwrócił się o pomoc do Kancelarii Prezydenta RP. Wcześniej śledczy nie byli zainteresowani tą sprawą. Co dalej? Walka trwa, ale pani Małgosi nikt zdrowia już nie wróci. A szanse na choć trochę pozytywny finał tej sprawy – czyli ukaranie winnych, oddalają się z dnia na dzień.

 

– Wyrok brzmi: stopień niepełnosprawności znaczny, wymaga opieki osoby drugiej,  a niepełnosprawność istnieje od 14 września 2009 roku. Nasz dramat rozpoczął się 10 dni wcześniej. W tym dniu żona ze skierowaniem oraz wymaganymi badaniami czyli rezonansem odcinka lędźwiowego kręgosłupa zgłosiła się na planowany nowoczesny mało inwazyjny zabieg tzw. IDET do szpitala DCR Kamienna Góra – relacjonuje pan Kazimierz. – Do szpitala przyjechała samodzielnie swoim samochodem. Zabieg, jak została poinformowana przez lekarzy z tego ośrodka, miał być zabiegiem bezpiecznym, o żadnych zagrożeniach nie było mowy, miał żonie przynieść ulgę, ponieważ miewała bóle z powodu trzypoziomowej dyskopatii . Zabieg tego typu polega na wkłuciu w przepuklinę specjalnej sondy oraz jej rozgrzanie do wysokiej temperatury, a tym samym ma to doprowadzić do obkurczenia chorego krążka.  Podczas zabiegu z największym prawdopodobieństwem doszło do zakażenia – tak stwierdził biegły sądowy – relacjonuje pan Kazimierz. – Stan żony pogarszał się, a my oprócz interwencji u lekarzy dyżurnych nic zrobić nie mogliśmy. Przez czas pobytu w szpitalu w takim stanie żony nie leczono, bez osłony antybiotykowej podano żonie tak silny steryd, który jeszcze spowodował osłabienie układu odpornościowego. Stan żony był tak zły, że zdecydowaliśmy się wynająć pokój w okolicy i do domu nie wracać, by być z nią jak najdłużej. 12 i13 września z żoną była cała nasza rodzina. Miała bóle całego ciała – prawego stawu, lewego ramienia jak również nóg. Żona płakała z bólu, o poruszeniu szyją nie było mowy. Czy w tym przypadku nie były to objawy zapalenia opon rdzeniowo – mózgowych? – Pyta. – Córki interweniowały u lekarza. Pielęgniarki podały jakieś leki przeciwbólowe oraz uspokajające. Ja natomiast dzwoniłem do znajomych żeby sprowadzić prywatnie jakiegoś lekarza z zewnątrz. Dzień później, bezskutecznie próbowałem dodzwonić się do żony. Około godz. 8 rano odebrałem telefon – w słuchawce usłyszałem nieznajomy głos – „niech pan szybko przyjeżdża do pielęgniarek, bo z żoną jest bardzo źle, że pielęgniarki całą noc latały”. Do szpitala dojechałem w niespełna godzinę, przy żonie były już córki. Od nich dowiedziałem się, że lekarze kazali im załatwić jakiś szpital neurologiczny i że karetka jest już zamówiona. Podjęliśmy ostrą interwencję, bo czas leciał, a nikt nas o niczym nie informował. W końcu przyszedł lekarz, który wskazał na monitor i stwierdził, że przecież parametry życiowe są w normie. Zapytałem, co z tym pogotowiem. Opowiedział, że sami czekają i próbują żonie załatwić jakiś szpital, tylko nikt żony nie chce.  Z interwencją poszedłem również do ordynatora, który odpowiedział, że żona mu tu jakąś chorobę przewlekłą. Ja natomiast nie mogąc otrzymać żadnej informacji od ordynatora, zadzwoniłem pod nr 112 i prosiłem o interwencję – przyjazd karetki.

Przeczytaj całą historię:

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ