Widmo ostatecznej klęski zawisło nad KOD-em i jego liderem

pobrane (1).jpg

Po latach bełkotu i plecenia bzdur, które tylko wzbudzają uśmiech politowania u zdrowo myślących ludzi, Lechowi Wałęsie wreszcie udało się wyartykułować coś rozsądnego. Na wspólnej konferencji z szefem Platformy Obywatelskiej stwierdził mianowicie, że jego „układ z KOD-em dobiega końca”.

To jest koniec, trzeba na nowo zastanowić się, co dalej. Nie odchodzę od KOD, ale teraz mam tę propozycję, która jest ciekawa i niezbędna

-– dodał jak zwykle posługując się „poprawną” polszczyzną. Ale nie on był pierwszy.Sygnał dała prof. Jadwiga Staniszkis w rozmowie z dziennikiem „Polska The Times”. Wyrażając się niezbyt pochlebnie o liderze Komitetu Obrony Demokracji

Kiedyś powiedziałam brutalnie Mateuszowi Kijowskiemu, że jego największą zaletą jest to, że jest wysoki – w ten sposób wyróżnia się w tłumie. (…) Na pewno błędem było wpychanie się w obchody, uroczystości organizowane przez innych. Takie sytuacje dowodzą bezradności, pokazują słabość własnej koncepcji.

Panią profesor podobnie jak wiele Polek i Polaków zbulwersowało „podczepianie się” kodziarzy prawem kaduka pod patriotyczne demonstracje i usiłowanie robienia na nich zadym – od pogrzebu „Inki” zaczynając, a na 11 Listopada kończąc. By podkreślić swoją krytykę przywódcy masowego ruchu in spe przeciwstawiła chwilę później swoją ostatnią opinię o Jarosławie Kaczyńskim:

Mimo swoich wad, błędów, jest człowiekiem wybitnym. Robi złe rzeczy, ale próbuje się z nich wycofywać. Ma dużą intuicję polityczną.

Co jak wiadomo jest zaprzeczeniem postawy Kijowskiego, który porusza się w trudnym świecie wieców i polityki jak słoń w składzie porcelany. Efekt jego wystąpienia na oficjalnych uroczystościach pogrzebowych pary Bohaterów Wyklętych był żenujący.

Przegnany przez stojący tam tłum uczestników jeszcze utracił flagę KOD-u, która wylądowała w publicznej toalecie. Ale jeszcze wszystko przed nim, bowiem nadchodzi Święto Niepodległości. Na nim w porównaniu ze stu tysięcznym tłumem manifestantów jego sympatycy i akolici mogą wypaść tylko mizernie. Przechodząc w stolicy Alejami Ujazdowskimi mijamy rozstawione naprzeciwko KPRM namioty pikiety jego organizacji.

Kilku emerytów płci obojga pilnuje tam kilkudziesięciu metrów górnolotnych haseł, z których napis „Precz z faszyzmem” wzbudza już tylko uśmiech politowania przechodniów. Senna atmosfera i jesienna pogoda daje się we znaki najtwardszym. Kończą się środki na gaz z butli, a powoli lecz nieubłaganie (jak to pod naszą szerokością geograficzną) zbliża się zima. W oczach najtwardszych rencistów pilnujących sprawy pod Urzędem Rady Ministrów pojawia się strach. Niczym w źrenicach weteranów bitwy o Stalingrad późną jesienią 1943 roku. Do tego malejąca frekwencja na zbyt często zwoływanych marszach dopełnia czarę goryczy. Wyczerpuje się zapał, duch gaśnie. I jeszcze do tego Donald Tusk. Król Europy postanowił wbić w plecy rdzawy nóż, chcąc skrócić agonię zdychającego dinozaura o nazwie KOD.

W ocenie Tuska – jak czytamy w tygodniku „Wprost” – inicjatywa kierowana przez Mateusza Kijowskiego nie niesie z sobą większych nadziei na sukces.

„Tusk uważa, że poza PO nie ma nic. Jego zdaniem KOD nie okazał się na tyle silnym ruchem, by w przyszłości stać się zaczątkiem partii politycznej. Ostrzegał, żeby się w ten projekt za mocno nie angażować”.

Tak więc wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazują – Panie Kijowski adieu! Czas zacząć szukać innej roboty, by dalej spłacać alimenty.

autor: Andrzej Potocki

fot. youtube.com

źródło: wpolityce.pl

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ