Dziennikarz “Wiadomości” odpowiada na wyjątkowo nieładny atak “GW”: “Czy jest to groźba, że doprowadzicie do mojego zwolnienia?”

gazwyb.jpeg

Publicysta „Gazety Wyborczej” Wojciech Maziarski brutalnie zaatakował dziennikarza „Wiadomości” Jarosława Olechowskiego.

Pretekstem był materiał, w którym Olechowski opisywał finansowanie przez miasto Warszawa fundacji związanych z byłym prezesem Trybunału Konstytucyjnego Jerzym Stępniem czy córką byłego prezydenta Zofią Komorowską. Pisaliśmy o tym także na naszych łamach.

 

 

 

 

Maziarski sięga po najgrubsze słowa. „Wiadomości” określa jako „gomułkowskie z ducha i twórczo inspirujące się propagandą stanu wojennego”. Krytykuje materiał za niewłaściwy – jego zdaniem – dobór komentatorów (prof. Kamil Zaradkiewicz!), za rzekome uniemożliwienie wypowiedzi Zofii Komorowskiej („Wiadomości” twierdzą, że zapraszały do zabrania głosu), uważa, że są ważniejsze tematy niż powiązania finansowe ludzi związanych z obecnym kierownictwem TK z Platformą.

Jego prawo. Ale Maziarski idzie dalej, uderzając w ton osobisty:

Otóż autorem propagandowego materiału był Jarosław Olechowski, ten sam, którego przed laty zatrudniałem w „Newsweeku”. Wówczas byłem o nim dobrego zdania.

Jarku, wiem, że obecne czasy są dla dziennikarzy ciężkie, niełatwo o etat, trzeba niekiedy iść na różne kompromisy. Jednak warto wytyczyć sobie nieprzekraczalną granicę tych kompromisów. Po przejściu tej linii trudno będzie spojrzeć w lustro. Nie mówiąc już o tym, że przecież PiS nie będzie rządzić i rozdawać posad wiecznie. Posłuchaj życzliwej rady starszego kolegi i rozejrzyj się za jakąś uczciwą pracą.

Nikt na całym globie nie używa chyba równie często zwrotu o „patrzeniu w lustro” niż nasza „Gazeta Wyborcza”. Używają tak często, że nie zauważyli, że to oni mają z tym największy problem, bo inni widzą, że te wezwania są cynicznie puste.

I nikt nie próbuje równie śmiało zastraszać tych dziennikarzy, którzy nie idą pod ich dyktando. Bo przecież sugestia, że „PiS nie będzie rządzić wiecznie…” ma w sobie posmak groźby: dostaniesz wilczy bilet.

Czasy się jednak zmieniły, i to raczej najwierniejsi żołnierze „Wyborczej” lądują na bruku, niezależnie od tego, jak niegodne zlecenia ochoczo wykonywali.

Tyle od nas, bo głos w sprawie zabrał sam Jarosław Olechowski. Napisał list do Maziarskiego.

To właśnie sowieci wprowadzili do Polski metodę odwracania pojęć: przyjaźń oznaczała zniewolenie, bohaterowie stawali się zdrajcami, a słowo „bezpieczeństwo” było najbardziej niebezpiecznym słowem w PRL. Redakcja „Gazety Wyborczej” nawiązuje do tych tradycji usilnie starając się zohydzić swoim czytelnikom dziennikarzy Telewizji Publicznej, zrównując nas z komunistycznymi propagandystami –

— stwierdza Jarosław Olechowski.

Poniżej pełna treść listu młodego i odważnego dziennikarza „Wiadomości” do starszego kolegi, który – jak sam przyznał – chodzi czasem na kompromisy:

Sz.P. Wojciech Maziarski, Publicysta Gazety Wyborczej

Szanowny Panie Redaktorze,

Z uwagą przeczytałem Pański komentarz pt. „Narodowa telewizja himalajów hipokryzji” opublikowany w „Gazecie Wyborczej”. Odnosi się w nim Pan do materiału mojego autorstwa, na temat finansowania organizacji pozarządowych przez warszawski ratusz.

„Gomułkowskie z ducha i twórczo inspirujące się propagandą stanu wojennego” – tak ocenia Pan program „Wiadomości” Telewizji Polskiej. Mógłbym całą sprawę podsumować wzruszeniem ramion. Przecież reprezentuje Pan redakcję, której szef ciepło wypowiadał się o przywódcach stanu wojennego. Przez wiele lat „Gazeta Wyborcza” stanowczo krytykowała pomysł przeprowadzenia lustracji. Jak napisał niedawno Adam Leszczyński w OKO.press według Was rozliczenie z komunistyczną przeszłością „miało mieć charakter symboliczny i ideowy, a nie prawny (czego chciała prawica)”. Mógłbym, zatem uznać, że w Pańskich ustach określenie „gomułkowskie z ducha i twórczo inspirujące się propagandą stanu wojennego” to nie obraza, ale pochwała – bowiem taki warsztat dziennikarski cenią redaktorzy „Gazety Wyborczej”.

Jednak nie jest Pan pierwszym publicystą tej gazety, który obrzuca „Wiadomości” podobnymi obelgami. Krytycy często porównują nas do peerelowskiego Dziennika Telewizyjnego. Takie uwagi są dla mnie bardzo krzywdzące. Uważam stan wojenny za zbrodnię, a sowiecką okupację za jedną z największych tragedii w historii Polski. To właśnie sowieci wprowadzili do Polski metodę odwracania pojęć: przyjaźń oznaczała zniewolenie, bohaterowie stawali się zdrajcami, a słowo „bezpieczeństwo” było najbardziej niebezpiecznym słowem w PRL. Redakcja „Gazety Wyborczej” nawiązuje do tych tradycji usilnie starając się zohydzić swoim czytelnikom dziennikarzy Telewizji Publicznej, zrównując nas z komunistycznymi propagandystami.

Czym sobie na to zasłużyłem? Odważyłem się poruszyć temat, który solidarnie przemilczeli dziennikarze niemal wszystkich największych polskich mediów. W tym „Gazeta Wyborcza”, choć Pańska redakcja w ubiegłym roku pisała o sędziach Sądu Najwyższego zasiadających w radzie naukowej Spółdzielczego Instytutu Naukowego.

Na Fundację Rozwoju Demokracji Lokalnej (FRDL), w której szefem Rady Fundatorów jest Jerzy Stępień – przypomnijmy sędzia w stanie spoczynku i były prezes Trybunału Konstytucyjnego – moją uwagę zwróciła debata, jaka od kilku dni toczy się w Internecie. Jej uczestnicy spierają się o to czy sędzia powinien angażować się w działalność fundacji, zasilanej także wskutek decyzji polityków. Wywołał ją jeden z użytkowników popularnego portalu społecznościowego, który opublikował dane dotyczące przelewów kierowanych z konta magistratu do kilku organizacji pozarządowych, w tym FRDL. Inny uczestnik debaty opublikował listę dotacji, jakie FRDL otrzymywała w ostatnich latach od ministerstw. Dane te są jawne i ogólnie dostępne w Biuletynie Informacji Publicznej oraz Dziennika Urzędowych.

Zweryfikowałem wszystkie pojawiające się w Internecie informacje. Działałem zgodnie ze sztuką. Dochowałem rzetelności. W materiałach zawarłem różne opinie: przedstawicieli FRDL, Biura Trybunału Konstytucyjnego, Urzędu m.st. Warszawy, ekspertów, konstytucjonalistów, polityków Prawa i Sprawiedliwości oraz Platformy Obywatelskiej, a przede wszystkim wypowiedzi Jerzego Stępnia, który mógł odnieść się do zarzutów i przedstawić swój punkt widzenia. Te fakty pomija Pan w swoim komentarzu!

Natomiast przywołuje Pan słowa blogerki Kataryny, która twierdzi, że nie chciałem porozmawiać z panią Zofią Komorowską, choć ta czekała na nagranie. W poniedziałek – przed emisją materiału – skontaktowałem się z panią Komorowską, (co świadczy o mojej rzetelności dziennikarskiej, a nie o tym, że przygotowywałem paszkwil na Jerzego Stępnia i organizacje pozarządowe). Poprosiłem ją o wypowiedź. Odmówiła. Pani Katarzyna Sadło nie była świadkiem tej rozmowy. Jej akcję dyskredytowania mojej osoby traktuję jako próbę odwrócenia uwagi od tematu przelewów, jakie wpływają na konta fundacji pozarządowych z warszawskiego ratusza oraz instytucji państwowych.

Panie Redaktorze, darzę Pana szacunkiem, a prywatnie także sympatią. Dlatego wyjątkowo zabolał mnie ostatni akapit Pańskiego komentarza. Jak mam rozumieć słowa „PiS nie będzie rządzić i rozdawać posad wiecznie. Posłuchaj życzliwej rady starszego kolegi i rozejrzyj się za jakąś uczciwą pracą”. Czy jest to groźba, że przy pierwszej nadarzającej się okazji „Gazeta Wyborcza” doprowadzi do mojego zwolnienia z Telewizji Polskiej? Czy zostanę przez Was skazany na środowiskową infamię? Czy stracę pracę podobnie jak profesor Kamil Zaradkiewicz, za to, że odważyłem się skrytykować „obowiązującą linię partii”?

Proszę powiedz jak takie słowa pogodzić z deklarowanym przez Ciebie przywiązaniem do zasad demokracji, wolności słowa i pluralizmu?

I jeszcze jedno. To nie PiS dał mi posadę w „Wiadomościach”. Współpracę zaproponowała mi szefowa tej redakcji. Na taką ofertę pracowałem przez ponad 15 lat kariery zawodowej.

Z poważaniem,

Jarosław Olechowski

źródło: wpolityce.pl

fot: youtube

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ