Ostateczna opinia biegłych: nie było żadnego włamania do komputera sędziego Łączewskiego. Ktoś tu kłamie…

sedzia_625.jpeg


Portal wPolityce.pl dotarł do ostatecznej opinii biegłych, którzy pond wszelką wątpliwość wykluczyli możliwość włamania się do komputera, tabletu i telefonu sędziego Wojciecha Łączewskiego. To może oznaczać, że sam Łączewski za pośrednictwem internetowego Twittera chciał namawiać redaktora naczelnego „Newsweeka” Tomasza Lisa do spiskowania przeciwko rządowi. Przeciwko sędziemu,który skazał na karę więzienia b. szefa CBA Mariusza Kamińskiego, toczy się także sędziowskie postępowanie dyscyplinarne.

Z przeprowadzonej przez specjalistów analizy, do której dotarł portal wPolityce.pl wynika, że w sprzęcie sędziego Łączewskiego nie było szpiegowskiego oprogramowania, które mogłoby posłużyć do włamania i rozsyłania w jego imieniu wiadomości na Twitterze. Z kolei zdjęcie, tzw. selfie, które sędzia wysłał do swojego rozmówcy (przepraszając, że jest na nim w rozciągniętej koszulce), zostało zrobione jego telefonem. Poprzez tzw. chmurę, umożliwiającą automatyczne przesyłanie plików i zapisywanie ich na innych sprzętach, znalazło się w innych komputerach Łączewskiego i w jego tablecie.

Sprawa Łączewskiego wybuchła zimą tego roku, gdy w połowie stycznia na konto na Twitterze sygnowane nazwiskiem Tomasza Lisa trafiła wiadomość:

„Panie Tomaszu! (…) Nie zorientował się pan, że walenie w to towarzystwo przynosi efekt odwrotny od zamierzonego? Sugeruję zmianę strategii”. Podpis brzmiał: „pewien znany sędzia, chociaż z innego profilu”.

W kolejnych wiadomościach autor przedstawił się jako Wojciech Łączewski, a także wysłał swoje zdjęcie.

Chłopcy w krótkich spodenkach chcą sobie wziąć kałasznikowy i bawić się nimi po pijanemu”

– ostrzegał przed nowym rządem i namawiał Lisa na spotkanie.

Jeśli autorem tych słów był rzeczywiście Łączewski, to miał pecha. Rzekomy profil Tomasza Lisa prowadziła inna osoba, która korespondencję kompromitującą Łączewskiego jako niezawisłego sędziego ujawniła mediom. Sędzia, by bronić reputacji, zawiadomił prokuraturę, że ktoś włamał się na jego konta na Twitterze, które prowadził pod fałszywymi nazwiskami. Ale ustalenia śledztwa zadają temu kłam.

Biegli kilkukrotnie przebadali komputer stacjonarny, laptop, tablet i telefon sędziego. Wnioski są jednoznaczne: nie było włamania ani do sprzętu, ani na konta na Twitterze. 

Jeszcze więcej wątpliwości budzą zeznania sędziego. Przyznał w prokuraturze, że poszedł pod adres wskazany w internetowej korespondencji jako miejsce spotkania z Lisem – do bloku na warszawskim Wilanowie. Trudno było mu zaprzeczać, bo rozpoznał go tam dziennikarz Michał Majewski, uprzedzony, że Łączewski ma przyjść do rzekomego Lisa.

Jak to tłumaczy sędzia? Zeznał, że poszedł odebrać książkę dla przyjaciela (z którym nie widział się od dwóch lat) i myślał, że od niego dostał adres. Pech, bo przyjaciel zaprzecza. Zeznał w śledztwie, że to on chciał pożyczyć książkę od Łączewskiego i żadnego adresu mu nie wysyłał. Żadna książka też do niego nie trafiła. Wszystkie te elementy zaczynają układać się w jedną całość i podpowiadają, że sędzia Łączewski mógł więc składać fałszywe zeznania przed prokuraturą. To grozi postawieniem Łączewskiemu zarzutów prokuratorskich. Czy śledczy się na to zdecydują? To pokaże czas.

Przed sądem dyscyplinarnym toczy się też, chociaż wyjątkowo niemrawo, postępowanie dyscyplinarne przeciwko Wojciechowi Łączewskiemu. Portal wPolityce.pl, wielokrotnie informował o dziwnie przedłużanym postępowaniu dyscyplinarnym i odsłaniał kulisy manipulacji w tej sprawie. Ostateczna opinia biegłych powinna przyspieszyć to postępowanie. Oczywiście o ile kasta sędziowska zdecyduje się na zamknięcie nad głową Wojciecha Łączeskiego parasola ochronnego.

autor: Wojciech Biedroń

fot. youtube.com

źródło: wpolityce.pl

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ