Stanisław Janecki: Zaraz się okaże, że Andrzej “Słońce Trybunału” Rzepliński jest największą zakałą TK także dla jego stronników

rzepiliński.jpg

Cuda dzieją się w Trybunale Konstytucyjnym i wokół niego. A im bliżej 19 grudnia 2016 r., tym cudów więcej. Za 54 dni kończy się kadencja prezesa Andrzeja Rzeplińskiego i tym należy tłumaczyć niektóre cuda, w tym coraz dalej idące propozycje kompromisu, przede wszystkim ze strony „naszej dziewiątki” w TK. 

Jeszcze dwa miesiące temu te kompromisowe propozycje byłyby przez ich autorów uznane za zdradę prezesa Rzeplińskiego i ideałów trybunału. Ale jak widać, „jest prawda czasów, o których mówimy, i prawda ekranu, która mówi” – jak to zgrabnie i uniwersalnie ujął w „Misiu” Stanisława Barei reżyser grany przez Janusza Zakrzeńskiego. Prawda ekranu mówi właśnie, że potrzebny jest kompromis, choć wcześniej był on uznawany za zdradę i czystą politykę. Prawda ekranu pojawiła się w związku z projektem nowej ustawy o organizacji i trybie postępowania przed Trybunałem Konstytucyjnym. A co najbardziej zabawne, choć gorzkie jednocześnie, całkiem spora grupa sędziów TK szuka dogodnego sposobu odcięcia się od Andrzeja Rzeplińskiego i tylko jego obarcza winą za zaistniały impas oraz kryzys, a siebie uważa za zakładników. Czekam na ten moment, gdy „Słońce Trybunału” okaże się jego największą zakałą.

Projekt ustawy o TK zmienia zasady wyboru prezesa, czyli zrywa z niepisaną zasadą wskazywania nowego prezesa przez tego odchodzącego. Ta zasada (nie wynikająca z żadnego przepisu) była nawet rozszerzana na sędziów wybieranych na miejsce tych, którym kończyła się kadencja. Na tej niepisanej zasadzie prezesa Andrzeja Rzeplińskiego przeforsował odchodzący prezes TK Marek Safjan, sędzię Małgorzatę Pyziak-Szafnicką jej poprzedniczka z Łodzi Biruta Lewaszkiewicz-Petrykowska, sędziego Marka Zubika jego przyjaciel sędzia Mirosław Wyrzykowski, a Andrzeja Wróbla – była sędzia TK Ewa Łętowska itd. Namaszczanie następcy powodowało, że wszystko gotowało się we własnym sosie. Projekt ustawy zakłada rozpoczęcie procedury wyboru prezesa dopiero po zwolnieniu tego stanowiska. Do tego czasu pracami TK kierowałby sędzia mający najdłuższy staż pracy w wymiarze sprawiedliwości, co jest rozwiązaniem nawiązującym do tych funkcjonujących w Sądzie Najwyższym oraz w Naczelnym Sądzie Administracyjnym. Jeśli ktoś uważa, że namaszczanie następców jest lepsze od wyboru po opuszczeniu stanowiska, powinien udowodnić, że takie namaszczanie wynika z jakichś przepisów i nie ma w sobie elementów klanowości czy wręcz kolesiostwa. Podobnie jak warto by udowodnić, że precyzyjne określenie kadencji prezesa na sześć lat jest gorsze od braku jakiegokolwiek uregulowania w tej kwestii.

Generalnie precyzowanie enigmatycznego artykułu 197 konstytucji (organizację Trybunału Konstytucyjnego oraz tryb postepowania przed Trybunałem określa ustawa) chyba ma większy sens niż poleganie na natchnieniu sędziów przy interpretowaniu tego przepisu. Choćby na przykład były prezes TK Jerzy Stępień miał w tej sprawie odmienne zdanie. Ale skoro konstytucja daje ustawodawcy uprawnienie do określania organizacji i trybu postepowania przed TK, dlaczego miałby z tego nie korzystać? Bo przecież powodem nie jest przekonanie, m.in. sędziego Stępnia, że zaproponowane regulacje są a priori niekonstytucyjne, mimo że wprost wynikają z art. 197 konstytucji i żaden inny przepis tego nie reguluje. Dawno już powinniśmy się zresztą przyzwyczaić do tego, że coś, co wynika wprost z konstytucji jest ważne i prawomocne tylko wtedy, gdy uznają to sędziowie Jerzy Stępień, Marek Safjan, Andrzej Zoll bądź Andrzej Rzepliński. Co tylko dowodzi, że konstytucja i jej przepisy podlegają niczym nieograniczonej żonglerce, łącznie z całkowitym ośmieszeniem takiej metody. Projekt nowej ustawy tę żonglerkę mocno ogranicza, a to musi martwić niektóre „autorytety” prawnicze, bo przecież żyją one z interpretowania tego, co całkowicie i celowo niejasne.

Nowy projekt upraszcza postępowanie przed TK, na czym teoretycznie powinno wszystkim zależeć. Ale tak jest tylko teoretycznie, bo faktycznie każde uproszczenie zmniejsza możliwości interpretacyjne, czyli pozbawia chleba kolejną grupę „autorytetów”, które z tego właśnie żyją. Ustawodawca zrobił zresztą apriorycznym krytykom sporą niespodziankę. Przepisy upraszczające postępowanie zawierają bowiem nie tylko rozwiązania proponowane wcześniej przez Andrzeja Rzeplińskiego, ale także te zaproponowane w projekcie Komitetu Obrony Demokracji. Nie wskażę tych przeszczepionych propozycji, bo właściwie jestem pewien, że zostaną one zakwestionowane jako niekonstytucyjne. A wtedy będzie naprawdę zabawne pokazanie, że krytycy nie znają własnych rozwiązań albo uznają je za niedobre dopiero wtedy, gdy znajdują się w projekcie PiS. Z taką sytuacją mieliśmy już zresztą do czynienia w związku z ustawą o TK z 22 lipca 2016 r., która zawiera mnóstwo rozwiązań z ustawy z 1997 r. Wielu krytyków uznało je hurtem za niekonstytucyjne, choć były w orzecznictwie TK zgodne z ustawą zasadniczą przez ponad 18 lat. Ale to tylko pokazuje wskazaną wcześniej żonglerkę, w której konstytucja nie jest najwyższym aktem prawa, tylko pretekstem do dialektycznych (bo przecież nie logicznych i nie prawnych) gier i zabaw.

Nowy projekt reorganizuje Biuro Trybunału Konstytucyjnego, dzieląc je na dwie jednostki: Kancelarię Trybunału oraz Biuro Obsługi Prawnej. Wbrew pozorom to znaczące uproszczenie, a nie skomplikowanie, a także równie znacząca oszczędność. Znika szef w randze ministra oraz znika dziewięciu dyrektorów, a w to miejsce będzie tylko dwóch dyrektorów i wyraźny podział na część administracyjną i część prawną. W części prawnej znajdą się m.in. asystenci sędziów, którzy dotychczas byli dobierani wyłącznie z klucza „znajomych i krewnych królika”, a w dodatku byli niemal prywatną własnością sędziów, służąc im pomocą nie tylko w TK, ale przede wszystkim na uczelniach, gdzie większość sędziów trybunału pracuje dodatkowo. Zmiana organizacji Biura TK oznacza więc nie tylko uproszczenie, ale też znaczące oszczędności, czyli także redukcje. I to one m.in. motywują obecnie do szukania kompromisu, czyli oznaczają prymat „prawdy ekranu” nad „prawdą czasów, o których mówimy”.

Debata wokół TK oraz w związku z nowym projektem ustawy dowodzi, że po stronie oponentów obecnej władzy i obecnej większości parlamentarnej zasady i imponderabilia to tylko czcza retoryka. A tak naprawdę liczy się interes i utrzymanie tego, co jest, bo to gwarantuje (poza dotychczasowym układem sił w TK) trwanie i dostatnie życie dużej grupy interpretatorów niejasnych przepisów z jednej strony, a z drugiej – swego rodzaju Bizancjum wewnątrz trybunału. Pojawiające się od kilku dni sygnały o gorączkowym poszukiwaniu kompromisu przez dotychczasowych bojowników bezkompromisowości dowodzą, że zasady nie mają większego znaczenia, a liczy się tylko – przepraszam za brutalność – koryto i zagwarantowany dostęp do niego.

 

autor Stanisław Janecki

źródło: wpolityce.pl

foto: youtube

 

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ