Sutowicz: Europejczycy mają problem z rozgraniczeniem terroryzmu od aktu chuligańskiego

Piotr Sutowicz.jpg

W Nicei muzułmanin wjechał w świętujący kolejną rocznicę rewolucji francuskiej tłum ciężarówką zabijając niemal 100 osób. W Monachium młody Irańczyk zabił dziesięcioro przypadkowych klientów Galerii Handlowej, w Reutlingen Syryjczyk maczetą zamordował obywatelkę Polski. Wreszcie, we Francji dwóch młodych ludzi o północnoafrykańskim, określmy to, pochodzeniu zabiło niemal 90-letniego księdza. Tu i ówdzie słyszy się, że zachodnie służby specjalne udaremniły taki czy inny zamach, tych, którym nie zapobiegły, jest jednak wiele, chyba zbyt wiele.  Właściwie trudno tu rozgraniczyć, co jest terroryzmem, a co aktem chuligańskim. Napaści o podłożu seksualnym na kobiety, których sprawcami są uchodźcy, nie wiążą się chyba z Państwem Islamskim, wynikają one raczej z pogardy, jaką przybysze z Południa darzą Europejki, choć w wymiarze symbolicznym dotyczy to wszystkiego, z czym spotykają się w wysoko rozwiniętych i zlaicyzowanych krajach Zachodu. Czasami zresztą wiadomości o rozmaitych, tragicznych ekscesach są tak podawane, że nie wiadomo, czy napastnikiem był imigrant, czy tzw rodowity Europejczyk.

Niepokojące jest w tym wszystkim to, że o poszczególnych wymienionych tu ekscesach dowiadujemy się niemal na bieżąco. Portale informacyjne i media elektroniczne funkcjonują w tym wypadku znakomicie, tyle tylko, że w natłoku owych doniesień nie za bardzo potrafimy nadążyć z ich analizą. Codzienne informacje z Calais, gdzie koczuje wielotysięczna rzesza przybyszów z Maghrebu, Bliskiego Wschodu, z głębi Afryki i Bóg jeden wie skąd jeszcze, budzą lęk, ale z czasem zaczynamy nad nimi przechodzić obojętnie. W końcu nie dotyczą one Wrocławia, Poznania, Krakowa, a nawet Warszawy. Z jednej strony – to dobrze, jednak jeżeli postępy postępu dojdą do nas, to ani się obejrzymy, jak zaczniemy tatuować nasze kobiety znakami, które mają zapobiec nagabywaniu ich przez obcokrajowców, jak ma to miejsce tu i ówdzie w Europie.

Europa sprawia wrażenie bezbronnej. Niby posiada wszystkie potrzebne jej do zaprowadzenia porządku instytucje: wojsko, policję, środki do inwigilacji obywateli, a jednak tego nie robi. Sytuacja przypomina tu ewidentnie czasy schyłku Cesarstwa Rzymskiego, kiedy to działy się różne rzeczy, a największy „suweren świata” patrzył na to nic nie rozumiejącymi oczami. Już słychać pomysły, że może rozwiązaniem sytuacji byłoby podzielenie krajów z największą liczbą „przychodźców” na enklawy, gdzie obowiązywałyby różne systemy prawne i moralne. Jeżeli doczekamy się czegoś takiego, oznaczać to będzie prawdziwy koniec obecnego ładu politycznego. Prawdziwy problem leży jednak nie tyle w islamie, buddyzmie czy innych religiach, ale w fakcie zmęczenia cywilizacyjnego Europy. Dawniej chrześcijanie mieli na to pomysł, po prostu wysyłano na obszary o odmiennej religii misjonarzy, którzy, owszem zdarzało się ponosili śmierć męczeńską, ale państwa europejskie nie wahały się interweniować, kiedy życie wyznawców Chrystusa w krajach islamu było zagrożone. Dziś wydaje się, że rządy w pierwszej kolejności zajęte są zwalczaniem religii będącej podstawą tutejszej cywilizacji do tego stopnia, że nie mają czasu ani możliwości zająć się postępami islamu, raczej niepokoją się, kiedy ktoś próbuje muzułmanów nawracać na chrześcijaństwo. Europa jest znudzona  sama sobą, nie ma planu na swe dalsze funkcjonowanie, nie dziwi więc fakt, że wielu jej mieszkańców, niekoniecznie o arabskich, tureckich czy irańskich korzeniach szuka jakichkolwiek wyższych wartości. To ze strony wyznawców islamu przychodzą misjonarze, niekoniecznie chcący przekonywać na wiarę Mahometa pokojowo.

W zasadzie w dość brutalnym świecie, w którym od zawsze ścierają się cywilizacje nie istnieje możliwość pustki, no chyba, że nie byłoby już ludzi. Jedne cywilizacje cofają się i giną, drugie nacierają. Na ich materię składa się wiele czynników: religie, kultury, władza, którą sprawują elity, sposób ich wyłaniania, stosunek do wolności ludzkiej i wiele innych. Wszystko to składa się na świat, w którym żyjemy. Ważny też jest współczynnik demograficzny. Jeżeli społeczeństwa nie chcą mieć dzieci, to oczywistym jest zagrożenie dla wszystkich pozostałych elementów tworzących daną wspólnotę. Oczywiście można się ratować imigracją – pod jednym wszakże warunkiem, że szanując wszystkie odrębności, jakie zachodzą między ludźmi, przybysze ulegną asymilacji kulturowej w stopniu niezbędnym do funkcjonowania w swej nowej ojczyźnie. Istotny jest też autorytet władzy, której należy być podporządkowanym. A co może z tego wynikać z polskiej perspektywy? Otóż trzeba patrzeć i uczyć się na błędach popełnianych przez innych, jest to zwyczajnie mniej kosztowne.

Piotr Sutowicz

Źródło: „Słowo Wrocławian” nr 11. 2016.

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ