Sutowicz: Mapa Europy po „Brexicie”

brexit-1491370_960_720.jpg

Wydaje się, że pierwsze histeryczne reakcje po referendum brytyjskim mającym zdecydować wyjściu Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej mamy już za sobą. Co prawda „obrażone” elity Europejskie dalej od czasu do czasu kręcą z niesmakiem głowami, wydobywając z siebie odgłosy w rodzaju: jak można było. W ich opinii, twór polityczny, który ułożyły sobie w głowie, mający być swoistym ukoronowaniem dziejów kontynentu, jest najdoskonalszą propozycją, jaką kiedykolwiek złożono poszczególnym krajom i narodom. Dyskusje, jakie od tamtego czasu słychać, idą w kierunku dalszej integracji, likwidacji granic i, co nie jest bez znaczenia, jeszcze głębszego skrętu na lewo. Są to symptomy niepokojące i nie wróżące niczego dobrego.

            Na ewentualne i ciągle jeszcze pozostające chyba nieco pod znakiem zapytania, wyjście korony Brytyjskiej z UE warto jednak spojrzeć z innego jeszcze punktu widzenia. Po prostu – trzeba spojrzeć na mapę. Otóż UE bez Wielkiej Brytanii w znacznym stopniu przypomina mapę Niemieckiej Europy z lat 1940-41. Czegoś, co nazistowska propaganda z czasem zaczęła nazywać „Twierdzą Europa”. Wiosną 1941 roku rzecz przedstawiała się następująco: Niemcom podporządkowane były kraje Europy Środkowej po Bug na wschodzie i po Morze Egejskie na południu. Nominalnie niepodległe, ale skłócone ze sobą Węgry, Rumunia, Bułgaria i Słowacja oraz  Chorwacja nie miały w tej imperialnej grze żadnego znaczenia, choć na pozór wydawało im się, iż w tym układzie próbują jakoś tam realizować swoje interesy. Jedynym krajem regionu, który próbował wyplątać się z tej pułapki do pewnego momentu, okazała się Jugosławia, co skończyło się jej zniszczeniem. Podobny los spotkał też Grecję. W basenie Morza Śródziemnego Włochom Mussoliniego wydawało się, że kroczą do wielkości z czasów imperium rzymskiego, tak naprawdę kraj ten będąc nieprzygotowany do udziału w grze, którą sobie wybrał, w coraz większym stopniu dryfował w stronę bycia niemiecką marionetką i z czasem skończył jako Włoska Republika Socjalna, całkowicie im podporządkowana.            Bardziej na zachód Niemcy panowały całkowicie nad Francją, której się wydawało, że jest państwem neutralnym. Pod ich okupacją pozostawały również kraje Beneluksu. Z kolei, na Półwyspie Iberyjskim rządziło dwóch dyktatorów: w Hiszpanii generał Franco, a w Portugalii Premier Salazar. Względem nich III Rzesza również miała swoje plany – w tym wypadku jednak złudne, gdyż obydwa państwa nie pozwoliły ostatecznie dać się wciągnąć do konfliktu. Dla porządku należy dodać, że wówczas neutralność udało się zachować jeszcze Szwajcarii, Irlandii i Szwecji, na co złożyło się wiele czynników zewnętrznych i wewnątrzpolitycznych. Na północy w skład „Twierdzy” wchodziła Norwegia i Dania. Niezależnie, wojna pochłonęła również Finlandię. W tamtej sytuacji, dajmy na to, w maju 1941 roku wyglądało to tak, że na kontynencie europejskim istniały de facto dwa bloki polityczne: opisany powyżej nazistowski oraz na wschodzie sowiecki. Oba do tamtej pory działały w porozumieniu, dzieląc kontynent między siebie, obydwa wrogo odnosiły się do Wielkiej Brytanii, z tym, że Niemcy pozostawały z nią w stanie wojny, próbując od roku przeprowadzić na wyspach desant i w ten sposób poszerzyć swoją Europę. A Rosja Sowiecka… kto wie, gdyby Niemcom się udało, pewnie sięgnęłaby chętnie po masę spadkową w postaci Indii, uzyskując w ten sposób dostęp do Oceanu Indyjskiego, bądź też zaatakowałaby zwycięskie, lecz wycieńczone wojną Niemcy i stworzyła w ten sposób swój własny blok kontynentalny od Władywostoku po Zatokę Biskajską. Dzięki Brytyjczykom i ich woli walki, nic takiego się nie wydarzyło.

            Oczywiście, gdyby się zabawić i na tamtą mapę nałożyć kalkę z obecną, ale już bez Wielkiej Brytanii w UE, podobieństwo byłoby wyraźne, przy dostrzegalnych drobnych różnicach. Pytanie: po co robić takie szkolne zabawy? Wbrew pozorom rzucające się w oczy geopolityczne podobieństwa dają dużo do myślenia. Nieobecność Brytyjczyków, może przyśpieszyć dominację Niemiec w UE,  co jest o tyle prawdopodobne, że są one w tej chwili najsilniejszym państwem bloku. Druga kwestia to relacje niemiecko – rosyjskie i chęć „dogadywania się” ponad głowami państw środkowo-europejskich na razie w kwestiach gospodarczych, ale nie jest też wykluczone porozumienie na innych polach. Jako przykład może tu posłużyć kwestia Krymu oraz obecnego konfliktu na Ukrainie. Mimo deklaracji zaczyna być coraz wyraźniej widać, że aneksję Krymu w Berlinie oraz na zachodzie Europy w zasadzie zaakceptowano. Przypadek ten jest o tyle znamienny, że od czasów II wojny światowej właściwie w Europie nie zdarzył się przypadek siłowego zajęcia fragmentu jednego kraju przez drugi. Nawet jeżeli zdarzały się przypadki odrywania jakiegoś terytorium od macierzystego państwa jak w Naddniestrzu, Kosowie czy Abchazji, zawsze do tego celu używano argumentów o niepodległości tych terytoriów. W innych wypadkach, następował sterowany bądź spontaniczny rozpad państw na mniejsze, jak w Jugosławii, bądź wykorzystywanie przez republiki pozostające w formalnym związku uprawnień do ogłaszania niepodległości, które były formalnie w ich posiadaniu, jak miało to miejsce choćby w wypadku Związku Radzieckiego czy Czechosłowacji. Nieco inaczej wyglądała sytuacja w kwestii jednoczenia Niemiec, niemniej tu też nie było mowy o odrywaniu terytoriów od suwerennych państw.

            Nie mam zamiaru brać tu udziału w dyskusji na temat tego, kto miał prawa historyczne do Krymu. Najważniejszy wniosek, jaki należy wyciągać brzmi, iż prawdopodobnie na kontynencie zaczęła się kolejna przebudowa granic państw. Ewidentnie zaczyna się ona na wschodzie, ale z czasem może objąć większe obszary kontynentu. Jest tu wiele terytoriów, co do których istnieją spory polityczne, etniczne, gospodarcze czy choćby ambicjonalne. Być może nawet głosy płynące z Komisji Europejskiej mówiące, iż postęp integracji europejskiej polegać ma na tym, że wewnątrz Unii nie będzie już żadnych granic, tak naprawdę oznacza próbę przekształcania rzeczywistości metodą pokojową. Przecież aneksję Czech przez Niemcy w 1939 roku też da się przedstawić jako zwyczajną likwidację granic. Z pewnością z jednej strony opisywany proces, podobnie jak ten w czasach II wojny, prowadzi do osłabiania władzy państwowej oprócz tej sprawowanej przez właściwego suwerena, którym wtedy był Rząd III Rzeszy. Z drugiej strony, wytwarzają się lokalne ośrodki, które dodatkowo mają usuwać władzę państw narodowych w obecnym kształcie i zaprowadzić ją do lamusa. Już dziś mówi się o rozpadzie Hiszpanii, co jakiś czas wraca sprawa podziału Belgii, tu i ówdzie słychać głosy o separatyzmach we Francji, wreszcie we Włoszech politycy północnej części kraju co rusz domagają się niepodległości. Dodatkowo kraje te są moralnie anarchizowane przez lewicowe ideologie oraz napływ uchodźców, którzy na dłuższą metę mogą przebudować kontynent w sposób zasadniczy. Ciekawie przedstawia się sprawa z separatyzmami wewnątrz Wielkiej Brytanii, niewątpliwie są one wykorzystywane przez polityków unijnych do swoich celów. Tuż po referendum wiele mówiono o tym, że np. separatyści szkoccy mogą ogłosić niepodległość swego kraju, który pozostanie częścią UE, z drugiej strony Irlandia Północna miała opuścić Zjednoczone Królestwo i dać się anektować przez Republikę Irlandii. Ile w tym propagandy a ile potencjalnej rzeczywistości, trudno na tę chwilę powiedzieć.

            Niewątpliwie między obiema rzeczonymi mapami Europy A.D. 1941 a 2016 czy jeszcze chwilę późniejszymi zachodzą pewne analogie, tak jak i między niespokojną rzeczywistością wtedy i dziś. To, że jeszcze nie żyjemy w czasach powszechnego ludobójstwa, nic w tej chwili nie znaczy, gdyż są na peryferiach kontynentu i nieco poza nim obszary, na których tę jedną granicę przekroczono. Pytanie brzmi: czy europejscy politycy chcą powstrzymać rozwój wydarzeń, czy nie. Oczywiście nakreślony obraz może pozostać jedynie w sferze nigdy niezrealizowanego zagrożenia. Być może wydarzenia brytyjskie przyczynią się do przebudowy kontynentu w innym duchu, przyśpieszając co prawda rozpad UE, ale przyczyniając się do stworzenia nowych bloków regionalnych opartych na suwerennych władzach państw. To być może, ale czy stanie się faktem, zależy od bardzo wielu czynników, których nie sposób ogarnąć w krótkim omówieniu.

autor: Piotr Sutowicz

Źródło: „Słowo Wrocławian” 11/2016

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ