Refleksje na 11 listopada. Czy było warto? Spór o polskie powstania narodowe

800px-Polish_flag_with_coat_of_arms-1.jpg

Niemal każdego roku w okolicach listopada w kraju zaczyna się dyskusja czy warto było wywoływać powstania, szczególnie te z XIX wieku, skoro przeważnie kończyły się porażką i potężnymi represjami zwycięzców wobec Polaków. 

To argument koronny oponentów, lewackich liberałów, lansujących w zamian „historię równoległą” czyli dywagacje o tym, co by było gdyby nie było walk powstańczych albo II RP zamiast się bronić w 1939 roku poszła z Hitlerem na Sowiety czy ze Stalinem na Berlin.

Dla mnie takie stawianie sprawy jest ahistoryczne i błędne. Nie można bowiem oceniać działań ludzi z XIX wieku przez pryzmat tego, co wiemy o tamtych wydarzeniach w wielu XXI. Poza tym chyba bardziej celowe jest formułowanie pytania o to dlaczego taką walkę Polacy podejmowali i jaki zamierzali osiągnąć cel swojego działania. Nikt bowiem nie jest w stanie w momencie rozpoczęcia walki, nawet przy dysproporcji militarnej i ilościowej, przewidzieć jej efektów. Na zwycięstwo wojenne czy klęskę składa się tak wiele czynników, że znaczącej ich części przewidzieć nie można. Często przewaga militarna jednej strony nie sprawdza się. Pamiętacie Państwo Kircholm z 1605 czy Orszę z 1514 roku ?

Oczywiście narody powinny umieć wykorzystywać międzynarodowe koniunktury, na które wpływu nie mają, ale by to czynić, przynajmniej część narodu musi mieć pewność, że niepodległość jest wartością, o którą walczyć warto. Musi takie przekonanie mieć narodowa elita.

Czy więc w Polakach rzeczywiście, jak tego chcą lewaccy, „europejscy” mądrale, tkwi jakiś destrukcyjny gen, wymuszający daninę krwi w każdym pokoleniu, a skutkiem była i tak często klęska?

I to fałsz Szanowni Państwo. Polacy od ponad tysiąca lat mieszkają w określonej części Europy, między stale tymi samymi sąsiadami. Na wschodzie i zachodzie mamy liczniejsze i nieprzyjazne z reguły narody – niemiecki i rosyjski. I tego zmienić się nie da, nie nastąpi żadna „wędrówka ludów” Polaków, bo dokąd? Niemal zawsze sąsiednie narody miały i mają nadal aspiracje hegemonistyczne, przekonanie o wyższości nad innymi, szczególnie słabszymi. Jak więc ma zachowywać się duży i suwerenny naród, by nie stać się niewolnikiem obcych? Ile razy w dziejach dochodziło do sojuszu Rosji z Niemcami, tyle razy stanowiło to śmiertelne zagrożenie dla Polaków. To doświadczenie pokoleń było przecież przekazywane dalej – dzieciom i wnukom. To zostawało w pamięci i determinowało działania.

Dlatego nie mam wątpliwości – zwycięstwo z listopada 1918 roku i odbudowa II Rzeczpospolitej po 123 latach niewoli i rozbiorów było możliwe dzięki koniunkturze międzynarodowej, ale i mądrości i pewności polskich elit, że – trzeba i warto. Ta droga, znaczona krwią, wymagała ofiar i Polacy je ponosili, bo przecież od wieków na sztandarach pisali – „Bóg, Honor i Ojczyzna”. A o wątpiących i wahających się wtedy, celnie pisała Konopnicka – „Bo wolność chciałby tchórz bez ofiar zdobyć i bez trudu”.

Niezgoda na dominację obcych, niezgoda na targanie polskich praw i tradycji stała się spoiwem nawet, gdy brakło elit i państwa. Bo był czas, gdy elity magnackie, szlacheckie zdradziły naród, za pieniądze przeszły na służbę obcym. Elity się odrodziły, państwo zdołano odbudować. Nie byłoby to możliwie, gdyby w jednym choćby z pokoleń Polacy przyjęli narrację dzisiejszej lewackiej „elyty” – „Ważne jest tu i teraz oraz ciepła woda w kranie a polskość, wiara i historyczna pamięć – to nienormalność”. Zwolennikom „historii równoległej”, różnym „zychowiczom” zadam proste pytanie – a pamiętacie Państwo żydowskie powstanie w warszawskim getcie w 1943 roku? Przecież w tamtym momencie, gdy daleko było jeszcze do Stalingradu i drugiego frontu na zachodzie, porywanie się na „władców Europy” przez garstkę straceńców była szaleństwem militarnym! O co więc walczyli? To oczywiste – o honor i prawo do godnej śmierci. Bo to nie mniej ważny fragment narodowej tożsamości. I nigdzie dotąd nie słyszałem, Szanowni lewaccy mądrale, by Żydzi czy inne narody kwestionowały potrzebę tej walki w getcie. Czyli tamta walka miała sens, ale już Styczniowe Powstanie, wojna obronna z Września czy Powstanie Warszawskie już nie? Cała pokrętność lewackich racji wynika z tego po prostu, że jest mutacją komunizmu. A to komuniści pierwsi wprowadzili dowolną zmianę znaczenia pojęć i wyrazów, w zależności od „mądrości etapu”. To komuniści wymyślili kuriozalne hasło – „Wojny o pokój” jakże podobne do niedawnych okrzyków poprzebieranych na czarno lewaczek, które bezrozumnie skandowały za swymi liderkami – „Precz z dyktaturą kobiet”.

Jeden z najlepszych polskich historyków Henryk Wereszycki napisał kiedyś – „Powstanie styczniowe wygrało 11 listopada 1918 roku i 15 sierpnia 1920 roku bo miało ogromną moc mobilizującą”. Cóż dodać…?

Był więc sens, była potrzeba toczenia takich walk. Po klęsce Powstania Warszawskiego, widząc na zdjęciach morze ruin, w które Niemcy obrócili stolicę płk Ignacy Matuszewski, twórca wywiadu II RP i Państwa Podziemnego (którego córka poległa w Warszawie 27 września 1944 roku) powiedział – „Z warszawskiego cmentarzyska dobiega szept, że nie można się poddać, nigdy”.

I dlatego należy dziś odrzucić z całą stanowczością lewacki „patriotyzm zapomnienia”, czyli chęć wymazania czy zamazania narodowej historii. Bo on proponuje zamiast sporu o historię wrzucenie jej najzwyczajniej do śmietnika, zastąpienie pamięci o fundamentach polskości idiotyczną ideą „politycznej poprawności” i „europejskości”. Musimy dziś bronić pamięci o – Bogu, Honorze i Ojczyźnie – bo jest to nasze zobowiązanie wobec tych co za Polskę oddali życie, ale i zobowiązanie wobec pokoleń Polaków, którzy przyjdą po nas.

„Ojczyzna to pamięć i groby” – powiedział Prymas Tysiąclecia. Jeżeli więc teraz odpuścimy, zapomnimy o bohaterach, tak często przegranych walk i zrywów, to wszyscy ci narodowi bohaterowie umrą ponownie – w zapomnieniu. A wtedy umrze także Polska…

autor: Janusz Maniecki

źródło: zPrawa.pl

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ