Unia Morza Północnego: fantasmagoria czy melodia, całkiem niedalekiej przyszłości

flaga unii.jpg

Rozpoczynający się powoli proces wychodzenia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej pozwala na nowo i bez uprzedzeń niektórym politykom i ośrodkom analitycznym spojrzeć na przestrzenie polityczne  i obszary bliskiej współpracy gospodarczej w Europie. Mogą oni wziąć pod uwagę słabnięcie roli politycznej UE w najbliższych latach, co staje się faktem bez względu na to, czy patrzy się na to jako zjawisko pożądane, czy negatywne. Przed kilkoma miesiącami na kilku polskojęzycznych portalach internetowych pojawiły się np. omówienia propozycji powstania Unii Morza Północnego. Z koncepcją tą miał wystąpić Geert Bourgeois premier Regionu Flamandzkiego w Belgii.

Kryją się za nią ewidentnie przyczyny czysto gospodarcze, chociaż, biorąc pod uwagę możliwy rozpad Belgii na część północną i południową, może to być rodzaj swoistej ucieczki do przodu, w stronę możliwości funkcjonowania małych wspólnot politycznych w ramach większych obszarów gospodarczych. Paradoksalnie propozycja ta współgra z rzucanymi od czasu do czasu postulatami tworzenia w ramach Unii dwóch obszarów: twardego jądra oraz peryferii. Przy czym te ostatnie nie pozostają wobec tego typu koncepcji obojętne, co wydaje się normalne. Samo poszukiwanie partnerów politycznych i gospodarczych przez polityków z kontynentu na Wyspie Brytyjskiej może też świadczyć o tym, że to nie jej mieszkańcy tracą najwięcej w wypadku zupełnego odcięcia się od kontynentu.

Jeżeli spojrzeć na polityczną mapę Morza Północnego, to nie leży nad nim wyłącznie Wielka Brytania i autonomiczna belgijska Flandria, lecz w istocie rzeczy nad brzegami akwenu położone są jeszcze: Norwegia, Holandia, częściowo Dania, i nieco dalej Islandia i Grenlandia, w jego zlewisku pozostają Niemcy ze swoimi największymi rzekami, Renem i Łabą. W przeszłości obszar tego morza był arterią służącą wymienionym podmiotom zarówno w prowadzeniu wzajemnych wojen, jak i wymianie handlowej. Niejednokrotnie też od czasów Wikingów podejmowane były próby politycznej integracji ziem leżących nad jego brzegami. W czasach reformacji kraje skandynawskie, Korona Angielska, Niderlandy i niemieckie miasta nadmorskie stały się forpocztą protestantyzmu. W pewnym momencie Szwecja podjęła dość udaną próbę politycznego podporządkowania ich, opanowując częściowo ujścia niemieckich rzek, także nad Bałtykiem. Można więc wyobrazić sobie funkcjonowanie tych obszarów w ramach jednej wspólnoty politycznej, chociaż na razie tylko wyobrażonej.

 Dziś, oprócz powyższej funkcji Morze Północne ma niemałe znaczenie gospodarcze, gdyż  pod jego dnem znajdują się znaczne zasoby ropy naftowej i gazu ziemnego eksploatowane przez Norwegię i Wielką Brytanię. Jest ono też jedynym akwenem, na który można wypłynąć bezpośrednio z naszego Bałtyku, co jest niezwykle ważne dla krajów leżących nad tym ostatnim i każe im z uwagą przyglądać się temu, co dzieje się na tym obszarze. Z punktu widzenia państw bałtyckich, niezwykle ważna jest kwestia, czy tutejszych podmorskich pól naftowych pilnuje flota norweska i brytyjska, czy też pływają tu np. okręty rosyjskiej floty północnej. Silne ośrodki polityczne położone u jego brzegów mogą też w jakiś sposób brać udział w rozgrywce, jaka zaczyna się toczyć na wodach arktycznych wraz ze wzrostem coraz silniejszej rywalizacji geopolitycznej między mocarstwami. Tak więc, przypadkiem albo i nie, propozycja flamandzkiego polityka może w przyszłości zaowocować większym projektem. Nie jest ważne, czy on sam chciał tego, czy nie, i co tak naprawdę miał na myśli.

Na razie wymienione kraje i obszary dzieli stosunkowo dużo: Dania, Niemcy, Belgia i Holandia są częścią Unii Europejskiej, chociaż z tej ostatniej coraz częściej dobiegają głosy artykułowane przez polityków Partii Wolności, wyrażające wolę jej opuszczenia.  Norwegia i Islandia – nigdy do Unii nie należały, tak jak Grenlandia, która nominalnie pozostaje przy tym częścią Danii. Trzeba też zauważyć, że spośród wymienionych państw Niemcy są krajem dużym i przy okazji można w nich wyodrębnić kilka ośrodków ciążenia. Z pewnością Bawarii bliżej do krajów alpejskich – Szwajcarii i Austrii, niż do dalekich i abstrakcyjnych z punktu widzenia mieszkańców tego landu wód. Poza tym, Monachium wraz z Wiedniem oraz Budapesztem leży nad Dunajem, a ta rzeka w jakiś sposób łączyła i, zdaje się, nadal łączy terytoria nad nią położone. Siłą rzeczy bardziej predestynowane są one do uczestniczeniu w życiu politycznym i gospodarczym południowej części Europy środkowej niż północnej. W przeszłości owocowało to np. kierunkiem ekspansji państwa Habsburgów. Zresztą zupełnie niedawno jakoś tam, te dążności Austrii potwierdził Norbert Hofer kandydat Austriackiej Partii Wolności na Prezydenta tego kraju, który ogłosił, że w razie wygrania przez niego wyborów kraj ten rozważy przystąpienie do Grupy Wyszehradzkiej.

Z drugiej strony, stolica Niemiec, leżąca w pobliżu polskiej granicy, jako ośrodek polityczny i gospodarczy przechyla politykę niemiecką na wschód, co jest widoczne gołym okiem. Niekiedy wydaje się nawet, że działania tu inspirowane bardziej odpowiadałyby średniowiecznym marchiom niż pozbawionej uprzedzeń polityce, środkowoeuropejskiej polityce. Jeśli chodzi ogólnie o ziemie niemieckie położone na Połabiu, to z pewnością powinno im być bliżej do idei integracji obszarów międzymorza bałtycko-czarnomorsko-adriatyckiego i jego ośrodków politycznych niż wspólnocie północnej. W ogóle terytorium pomiędzy Odrą a Renem wydaje się być pełne linii podziałów europejskich – z jednej strony tu biegnie dawna granica cesarstwa rzymskiego, zachodnia granica zasiedlenia słowiańskiego w średniowieczu, religijna rozgraniczenie terenów katolickich i protestanckich w wieku XVII. Wreszcie istnieje tu dziedzictwo średniowiecznej handlowej wspólnoty miast Hanzy, idealnie wpisującej się w hipotetyczny projekt Unii Morza Północnego, południowo-niemieckiego etosu pracy i antysłowiańskiego ekspansjonizmu na wschodzie. Być może obszar ten skazany jest na bycie granicą światów, a nie ośrodkiem rozstrzygającym o przyszłości kontynentu. Może dlatego dzisiejszy ustrój Niemiec umożliwia poszczególnym landom na pewną dozę niezależności w niektórych działaniach gospodarczych i politycznych. Pytanie, czy z czasem rzeczywista ich samodzielność, wyrażana na choćby na niewielką skalę, nie skutkowałaby polityczną dekompozycją zjednoczonych Niemiec, pozostaje na razie w sferze fantastyki. Jedno jest pewne: historia nie stoi w miejscu i w jej dzianiu się jest miejsce na różne rozwiązania.

Na chwilę obecną trudno jest powyższą koncepcję traktować jako ideę możliwą do realizacji w ramach obecnych struktur politycznych. Zresztą sam autor pomysłu nie chce ich naruszać. Koncept ma wyłącznie cele gospodarcze, które mają niwelować skutki Brexitu. Niemniej, samo jego powstanie i rzucenie w eter o czymś świadczy. Poza tym, czas z pewnością pokaże, czy poszczególne obszary leżące nad wymienionym morzem zechcą podążać drogą jakiejś alternatywnej integracji, czy też pomysł ten zniknie bez większego echa.

Piotr Sutowicz

Za: Słowo Wrocławian nr.12/2016

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ