Januszewski: Paradoksalnie, to właśnie sędzia Andrzej Rzepliński ukręcił bat na kastę nadzwyczajnych ludzi w togach

trybunał 23.jpg

Tak czasami bywa, że skutek uboczny bardziej zrujnuje organizm niż samo lekarstwo odbuduje. Przewodnia rola Trybunału Konstytucyjnego pod wodzą prezesa Rzeplińskiego miała być wczesnym antidotum na przewidywane rządy PiS.

Rodzajem szczepionki, która gwarantowała establishmentowi przetrwanie kwarantanny i powrót do życia pełnego przywilejów, zaszczytów i koncesjonowanych fundacji, którym twarz dają koncesjonowane autorytety za publiczne pieniądze. Nie wspominając już o takich drobiazgach, jak reklamy spółek skarbu państwa, dzięki którym – co dopiero dzisiaj widać, słychać i czuć – tak prężnie operowała na  „wolnym rynku mediów” choćby Gazeta Wyborcza

Niestety, z powodu wrodzonych wad ustrojowych organizm III RP  szczepionkę Rzeplińskiego odrzucił. Nowa władza nie dała się złapać na przekręt konstytucyjny firmy „Rzepliński Spółka z p.o.” Jednak to zaledwie pół biedy dla spółki. Gorzej, że wystąpiły również skutki uboczne, które fatalnie rokują na przyszłość nie tylko nadzwyczajnej kasty, lecz także dla czerskiego środowiska skupionego dzisiaj wokół „ludzi w togach”. Przy okazji kryzysu w sprawie TK wyszły bowiem na jaw fakty, które muszą dać do myślenia nie tylko elektoratowi. Można się zastanawiać, czy narracja „obrońców demokracji” spod znaku GW i KOD przekona wyborców, że TK jest warunkiem sine qua non istnienia demokracji albo że proceder przedwczesnego wyboru sędziów przez PO był tylko wpadką legislacyjną.

Pewnie w jakiejś mierze tak się stanie, ale to nie jest najważniejszym memento dla kasty „nadzwyczajnych”. Bowiem znacznie bardziej wnikliwymi obserwatorami całego zamieszania z  TK są politycy. Im nie umknął z pola widzenia fakt, że obecny na posiedzeniu komisji sejmowej prezes Rzepliński ani okiem nie mrugnął, gdy sprytny poseł Kropiwnicki z PO zgłosił poprawkę umożliwiającą przedwczesny wybór sędziów. Więcej, prezes Rzepliński bez zastrzeżeń rekomendował już w Senacie projekt zawierający poprawkę Kropiwnickiego. Zblatowanie prezesa Trybunału z partią polityczną w tym momencie było oczywiste.

Ta oczywistość przekłada się na polityczne myślenie każdego, kto poważnie myśli o objęciu władzy, a ma zamiar dokonać czegoś więcej niż tylko opowiadać banialuki o ciepłej wodzie w kranie tu i teraz. Taki polityk nie może sobie pozwolić, żeby jakiś nowy Rzepliński bruździł mu za plecami w imieniu jakiejkolwiek kasty. Otóż ja twierdzę, że taki polityk już dzisiaj myśli, jak nie dopuścić do sytuacji, w której Trybunał Konstytucyjny stanowi trzecią izbę parlamentu. Rzecz jasna, wykluczam figurantów w rodzaju Ryszarda Petru, który aby sobie przed nazwiskiem dopisać tytuł Prezesa Rady Ministrów, nie tylko gotów jest służyć za podnóżek w TK, lecz oddałby cały swój partyjny fraucymer do tureckiego haremu.

Zatem spadek TK do drugiej ligi jest w interesie nie tylko obecnej, lecz także nieokreślonej bliżej przyszłej ekipy, która w końcu przyjdzie po PiS. Żadna władza poważnie myśląca o państwie nie może mieć nad sobą środowiska z chorobliwym ambicjonerem w rodzaju Rzeplińskiego na czele. Ten problem dotyczy całej korporacji wymiaru sprawiedliwości. Polska patrzy na kolejne odsłony dzikiej reprywatyzacji w Warszawie pod egidą polityków z Platformy, gdzie adwokaci uzyskiwali jakieś bajońskie sumy, a sędziowie im skwapliwie przyklepywali najbardziej absurdalnewnioski. Czy taki Paweł Kukiz może mieć wątpliwości, że w tej kwestii trzecia władza zblatowała się z drugą i to nie za darmo, bo jaki sędzia za darmo i oficjalnie robi z siebie idiotę na oczach ludzi? I co, polityk ma nad tym przejść do porządku dziennego, gdy dojdzie do władzy? Że jakoś to będzie? Byłby ostatnim głupcem.

Politycy przecież obserwowali ostatni kongres władzy sądowniczej, na którym zadufana funkcjonariuszka trzeciej władzy poważnie zapewniała zgromadzonych kolegów, że są „kastą nadzwyczajnych ludzi”. Czy politycy nie zapamiętają z obrad komisji śledczej, że gdańscy prokuratorzy w sprawie Amber Gold uniewinnili się nawzajem w korporacyjnym postępowaniu dyscyplinarnym na zasadzie „ręka rękę myje”, a potem koledzy sędziowie przyklepali im ten deal? Czy ktoś poważnie sądzi, iż taki Grzegorz Schetyna przeoczył żarliwość „niezależnego” sędziego Łączewskiego w podchodach przeciwko nie chcianej opcji politycznej? A może ludzie zapomnieli, że pani prezes Gersdorf, Rzepliński i inne tuzy „niezawisłego” sądownictwa zleciały się na skinienie PBK, aby czołobitnie zaświadczyć o rzetelności wyborów, które nie były nawet do końca policzone?

Ta społeczna świadomość nędzy polskiego sądownictwa jest nie do pominięcia w kalkulacjach polityków. Nikt nie może tego zlekceważyć, jeśli serio myśli o władzy. I nikt już nie wygra wyborów, nie ma takiej możliwości, jeśli nie obieca przełomowej reformy wymiaru sprawiedliwości, uproszczenia i skrócenia procedur, a szczególnie ukrócenia korporacyjnie gwarantowanej bezkarności. Gdy zaś już ktoś wygra wybory, to na pewno spróbuje dzikie pola wymiaru sprawiedliwości zaorać i uporządkować, jeśli mu życie polityczne miłe. Bo nikt nie porządzi długo z sędzią na karku, w dodatku zdalnie sterowanym skądinąd, choćby z ulicy Czerskiej. Kwestia korporacyjnej samowoli ma w Polsce długą historię, ale prezes Rzepliński w swoim zacietrzewieniu nadał problemowi masę krytyczną. Paradoksalnie, ukręcił bat na własne środowisko. I wcale nie jest do końca pewne, że to PiS się tym batem posłuży…

autor: Stanisław Januszewski

źródło: wpolityce.pl

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ