Zgodnie z założeniami liberalnej ideologii wzrost nierówności społecznych jest dobry i nawet konieczny

kasa 24.jpg

Zgodnie z założeniami liberalnej ideologii wzrost nierówności społecznych jest dobry i nawet konieczny.

Nierówności mają stanowić zachętę, bodziec do podejmowania ryzyka w celu poprawy własnego losu. Elementem tej doktryny jest skrajny indywidualizm, będący zaprzeczeniem wspólnotowości. Dążenia do budowy i ochrony dobra wspólnego, do pochylania się nad słabszymi to „lewackie” postrzeganie świata.

Nierówności

Tak kształtowane społeczeństwo rządzi się prawami dżungli, gdzie tylko najbardziej zaradni są w stanie sobie poradzić, zaś reszta skazana jest na wegetację. Ostatecznie może ona liczyć na filantropię ze strony najbogatszych, czyli swego rodzaju jałmużnę.

Joseph E. Stiglitz, były szef Zespołu Doradców Ekonomicznych Prezydenta Stanów Zjednoczonych – Cartera, były główny ekonomista Banku Światowego, laureat Nagrody Nobla napisał w The New York Times:

„Ameryka wierzy w to, że jest krainą pełną możliwości. Inni też tak sądzą. (…) Jednak najnowsze badania pokazują, że amerykański sen to mit.

Poziom nierówności społecznych w Ameryce jest najwyższy wśród wszystkich krajów zaawansowanych i przewaga USA w tej kwestii stale się zwiększa. W okresie „uzdrowienia” gospodarczego w latach 2009-2010 najlepiej zarabiający 1 proc. społeczeństwa USA zagarnął 93 proc. wzrostu dochodów. Inne wskaźniki nierówności, takie jak majątek, zdrowie czy długość życia, są równie niepokojące, a czasem nawet gorsze. Widoczna jest tendencja gromadzenia się dochodów i bogactwa na samym szczycie skali, średniozamożni obywatele nie odczuwają żadnych zmian, a na samym dole widać pogłębiającą się biedę.

Byłoby to bardziej uzasadnione, gdyby wysokie dochody najbogatszych wynikały z ich większego wkładu na rzecz społeczeństwa. Wielki kryzys pokazał jednak, że jest odwrotnie. Ci, którzy doprowadzili globalną gospodarkę oraz własne firmy na skraj ruiny, otrzymali ogromne premie.

Biorąc pod lupę działania najbogatszych, zobaczymy, że dążenie do uzyskania przywilejów rozkłada się nieproporcjonalnie. Niektórzy zdobyli majątek, sprawując władzę monopolistyczną, inni piastując stanowiska CEO (zarządu) korporacji wykorzystywali niedoskonałości nadzoru wewnętrznego, by przywłaszczyć sobie ogromną część zysków firmy. Jeszcze inni polegali na koneksjach politycznych, by czerpać korzyści ze szczodrości państwa”.

Pogłębiająca się bieda

Wielka waga nadana indywidualnym działaniom, bez oglądania się na kwestie solidarności i na potrzeby utrzymania odpowiedniego poziomu redystrybucji poprzez budżet państwa, degeneruje społeczeństwo, zwiększa rozwarstwienie i biedę.

W Polsce po reformach przeprowadzonych zgodnie z wytycznymi Konsensusu Waszyngtońskiego, bezrobocie wzrosło, tak samo jak nastroje rozczarowania i poczucia niesprawiedliwości. Prywatyzacja przeprowadzona na szeroką skalę charakteryzowała się wysokim poziomem korupcji i doprowadziła do przejęcia państwowego majątku przez niewielką grupę osób lub przez kapitał zagraniczny. Zadłużenie krajów korzystających z pożyczek Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego i realizujących narzucone przez te instytucje „reformy”, uległo zwielokrotnieniu.

Ostatnie badania GUS-u przeprowadzone w 2015 r. potwierdzają, że skala skrajnego ubóstwa przez ostatnie lata nie tylko rosła ale się utrwalała. Odsetek gospodarstw zagrożonych skrajnym ubóstwem utrzymywał się na poziomie 7,4 proc. Grupami szczególnie narażonymi były osoby bez pracy: w gospodarstwach domowych z osobą bezrobotną ryzyko ubóstwa skrajnego w 2014 r. urosło do ponad 18 proc.

Dużo wyższe zagrożenie ubóstwem dotyka rodziny z dziećmi: ponad 11 proc. rodzin z trójką dzieci żyło w skrajnym ubóstwie, a w przypadku małżeństw z czwórką i więcej dzieci było to blisko 27 proc. Ci wszyscy Polacy żyli z dochodami poniżej minimum egzystencji, poniżej którego występuje biologiczne zagrożenie życia i rozwoju człowieka.

Stare interesy ekonomiczne

Prof. Joseph Stiglitz, uważa, że: „retoryka wolnorynkowa zastosowana w ramach Konsensu była po prostu przykrywką dla starych interesów ekonomicznych (kolonialnych) i okazała się użyteczną ideologią dla wprowadzenia nowych form wyzysku”. Widać to po statystykach. Globalne nierówności istnieją od czasu kolonializmu i przez liberalizm się utrwaliły.

Naomi Klein w książce „No Logo” napisała: „Trzeci Świat, jak mówią, zawsze istniał ku wygodzie Pierwszego(…) Buty „Nike” są produkowane w warsztatach w Wietnamie wykorzystujących tanią siłę roboczą, sukieneczki dla lalek Barbie szyją dzieci na Sumatrze, kawa, którą Starbucks serwuje jako latte, pochodzi ze spalonych słońcem plantacji w Gwatemali, a benzyna Shella to produkt rafinacji ropy naftowej, której wydobyciu towarzyszy degradacja ekologiczna zubożałych wiosek Delty Nigru”.

Jak się obronić?

Kraje i ich rządy chronią osoby słabo zarabiające. Bezrobocie jest oczywiście głównym źródłem ubóstwa, ale równie ważnym czynnikiem są zbyt niskie zarobki z pracy (współczesny wyzysk). Jest to choroba endemiczna (utrzymująca się przez długi czas wśród ludności na określonym obszarze).

„Dwiema najważniejszymi wadami systemu społeczno-gospodarczego, w którym żyjemy, są: niezdolność do realizowania pełnego zatrudnienia oraz dowolny i niesprawiedliwy podział bogactwa i dochodów” – napisał już w 1936 r. John Maynard Keynes. Dzisiaj znajdujemy się w podobnej sytuacji. Czy ta powtórka z historii nie powinna być wystarczającą lekcją dla liberałów?

W drugiej połowie XIX wieku powstała doktryna polityczna, odnosząca się do zagadnień ekonomicznych i społecznych, która postulowała sprzeciw zarówno wobec liberalnego indywidualizmu jak i kolektywistycznego socjalizmu. Jej podstawowym hasłem była solidarność jednostek, grup, społeczności.

Bo liberalizm ze swoim skrajnym indywidualizmem dokonuje szkodliwego rozłamu w niepodzielnej moralnej strukturze zamieniając człowieka w egoistę. Tym samym to, co było całością, staje się zbiorem luźnych jednostek o przeciwstawnych interesach.

A socjalizm oparty jest na błędnych założeniach i niszczycielskiej ideologizacji życia społecznego. Dokonuje swoistej zemsty niższych klas społecznych na klasach wyższych. Przybiera cechy ideologii opartej na wendecie, w której podmiot uprzednio zadający cierpienie, zostaje poniżony i społecznie zdegradowany.

Jedynie solidaryzm postuluje postawienie w centrum myśli społeczno-gospodarczej idee dobra wspólnego. Ta doktryna nawiązuje do arytstotelesowskiej tezy, iż „całość zawsze poprzedza część”. Skutkiem tego jest postulat, aby dobro ogólnospołeczne traktować jako ważniejsze niż partykularne interesy poszczególnych grup czy też silnych jednostek.

Natura wyposaża poszczególnych ludzi w różne zdolności i możliwości, stąd też solidarność z tymi, którzy są z naturalnych przyczyn mniej obdarowani i potrzebują niejednokrotnie pomocy, stanowi szczególny imperatyw moralny solidaryzmu.

Rząd a nierówności

Wydaje się, że rząd PiS rozumie zwiększenie wydatków publicznych. Do polskich rodzin trafiło już 40 mld zł. Kolejne 3 miliony najmniej zarabiających, decyzją wicepremiera Mateusza Morawieckiego, nie zapłacą podatku dochodowego.

Pomimo krytyki skrajnych liberałów, którzy nazywają wsparcie społeczne rozdawnictwem, jak i obaw samych rządzących, czy uda się zbilansować te gigantyczne wydatki, jest to słuszna droga.

Błędem jest liberalne myślnie, że obniżenie podatków i wszelkich obciążeń spowoduje rozwój. Niekorzystne jest również zaciskanie pasa i ograniczanie wydatków. Najnowsze raporty analityków MFW to potwierdzają. Szkoda, że tak późno.

Paul Krugman (laureat Nagrody Nobla z ekonomii) w swojej książce „Zakończcie ten kryzys”, napisał: „Sektor prywatny nie chce wydawać wystarczająco dużo, abyśmy mogli w pełni wykorzystać nasz potencjał produkcyjny i zatrudniać miliony ludzi, którzy są gotowi pracować, ale nie mogą znaleźć zajęcia. Najbardziej bezpośrednim sposobem zamknięcia tej luki wydaje się dokonywanie wydatków publicznych wszędzie tam, gdzie sektor prywatny nie chce wydawać (…). Zmiany w wydatkach publicznych wywołują odpowiednie zmiany produktywności i zatrudnienia – gdy wydajemy więcej, rośnie zatrudnienie i realny PKB, gdy wydajemy mniej, zatrudnienie i realny PKB maleją”.

A w Polsce? Politycy opozycyjni zamiast wspierać polskie społeczeństwo, krytykują każdą decyzję rządu. Już osiągnęli Himalaje retorycznej przesady, obłudy i hipokryzji. Teraz organizują 13 grudnia demonstracje, mając na sztandarach hasła o psuciu państwa, braku demokracji.

Do kogo trafi ich pokrętna retoryka? 

autor: Albert Łyjak

źródło: gazeta Obywatelska

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ