Andrzej Gelberg: Zapomniane powstanie

stberia.jpg

Historia polskiej irredenty – od konfederacji barskiej, po powstanie styczniowe – jest nie tylko pasmem bolesnych klęsk zaznaczonych dziesiątkami tysięcy mogił poległych w bitwach i potyczkach powstańców. Jest również opisem losu polskich zesłańców.

Szlak zsyłek na daleką Syberię przetarli konfederaci barscy w liczbie 14 tysięcy, następni byli żołnierze z insurekcji kościuszkowskiej (20 tysięcy). Po powstaniu listopadowym Moskale zastosowali inną metodę – w końcu walczyły ze sobą regularne armie. Ponieważ po klęsce większość polskich oficerów wyemigrowała – tych, którzy zostali schwytani, wieszano albo wysyłano w kibitkach na daleki wschód, natomiast zwykłych żołnierzy (28 tysięcy) wcielano do armii rosyjskiej na 25 lat.

Ucieczka powstańców z Syberii

Po klęsce powstania styczniowego, kolejna partia zesłańców w liczbie 40 tysięcy, nie zaznała zazwyczaj luksusu podróżowania kibitką. Na miejsce katorgi docierała piechotą, a było to parę tysięcy kilometrów. I żeby co bardziej krnąbrnym Polaczkom raz na zawsze odechciało się buntować, wspomnianą podróż odbyli w „kajdanach nożnych”. A jednak tym, którzy dotarli do wyznaczonego im miejsca katorgi na południowo-wschodnim wybrzeżu jeziora Bajkał – jako się „nie odechciało”. Szacuje się, że wokół jeziora było ich około 2 tysiące, rozrzuconych w niewielkich skupiskach, co kilkanaście wiorst. Szybko się dogadali i zaczęli knuć. Każdy pomysł był szalony, najbardziej racjonalna wydawała się zbiorowa ucieczka do Chin, a potem dalej, do Europy.

10 lipca 1866 r. zaczęło się. Wykorzystano efekt zaskoczenia i w kilku miejscach udało się bez strat własnych rozbroić niewielkie oddziały rosyjskie. Zdobyto również konie i żywność. Ale zaczęło się, jakże typowe dla wszystkich naszych powstań, hamletyzowanie dowódców. Gdy w końcu zdecydowano się na marsz w stronę Chin, okazało się, że nie mają map, nie mają kompasów, wynajęci przewodnicy nie znają drogi, a przemieszczanie się przez tajgę i co gorsza przez góry Chanar-Daban jest – jak byśmy to dzisiaj powiedzieli – „szkołą przetrwania” dla ludzi nieprzygotowanych do takiego wyzwania. Gdy w dodatku wyszło na to, że wędrując po bezdrożach kręcą się w kółko, a napotkany oddział rosyjskich żołnierzy wysłany za nimi w pościg otworzył ogień, że dalsza walka nie ma sensu. Potem było wyłapywanie pojedynczych powstańców, którzy ledwie żywi wychodzili z tajgi. Powstanie trwało miesiąc.

Proces sądowy rozpoczął się w październiku. Rosjanie uznali, że w powstaniu wzięło udział 800 zesłańców, których – w zależności od winy – podzielili na siedem kategorii. W pierwszej znaleźli się ci, których uznano za przywódców powstania. Czterech skazano na karę śmierci przez rozstrzelanie. Oto ich nazwiska: Wacław Szaramowicz, Narcyz Celiński, Jakub Rejner, Władysław Kotkowski. Wszyscy, zanim zabrzmiała salwa, zdążyli krzyknąć: Jeszcze Polska nie zginęła..

Wigilia na Syberii

Zesłańcy styczniowi trafili na Syberię latem i jesienią roku 1964. I tam spędzili swoją pierwszą Wigilię – z dala od ziemi ojczystej i swojej rodziny. W roku 1877 Jacek Malczewski namalował obraz, który zatytułował „Wigilia na Syberii”, a kilkadziesiąt lat później Jacek Kaczmarski „opowiedział” ten obraz, pisząc wiersz, do którego skomponował muzykę Zbigniew Łapiński.

Jacek Kaczmarski, w natchnieniu poetyckim, znalazł – moim zdaniem – wyjaśnienie szalonej decyzji o wznieceniu powstania nad Bajkałem przez ludzi, którzy zaledwie dwa lata wcześniej przeżyli straszliwą klęskę powstania styczniowego:

Byleby świecy starczyło na noc

Długo się czeka na Niego

By jak co roku sobie nad ranem

Życzyć tego samego

Znów się urodzi, umrze w cierpieniu

Znowu dopali się świeca

Po ciemku wolność w Jego imieniu

Jeden drugiemu obieca

 

Ci styczniowo-zabajkalscy sobie tę wolność po prostu obiecali.

Tekst ten powstał po lekturze książki Eugeniusza Niebelskiego „Lepsza nam kula niźli takie życie”, którą gorąco polecam

źródło: gazeta Obywatelska

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ