Jerzy Jachowicz: Wyniszczająca wojna opozycji

opozycja.jpg

Nie ma chyba dziś mądrego, który jest w stanie przewidzieć, jak i czym zakończy się trwający od połowy grudnia kryzys polityczny w Polsce. Do tej pory, a piszę te słowa w pierwszy dzień nowego 2017 roku, żadna ze stron konfliktu nie zamierza ustąpić w głównym motywie sporu.

Dwie największe partie opozycyjne, okupujące salę plenarną w Sejmie, Platforma Obywatelska i Nowoczesna, mówią, że nie opuszczą swej barykady, którą stanowi mównica sejmowa i miejsce wokół fotela i stołu marszałka Sejmu, zanim nie dojdzie do powtórnego głosowania dwóch ustaw – budżetowej i dezubekizacyjnej – przegłosowanych feralnego piątku 16 grudnia w Sali Kolumnowej, praktycznie niemal wyłącznie przez posłów obozu rządzącego.

PiS z kolei powtarza twardo, że nie widzi ani możliwości, ani potrzeby powtórnego głosowania tych dwóch ustaw, bo wszystko przebiegało zgodnie z prawem. W pełni zostały dochowane reguły obowiązujące podczas ich uchwalania.

Przemoc kluczem do zwycięstwa

Partia Jarosława Kaczyńskiego, a on ma tu decydujące zdanie, nie chce zgodzić się na powtórkę ze zrozumiałych powodów. Wiadomo, że przy obecnej przewadze „szabel”, PiS z łatwością przegłosowałoby po raz drugi obydwie ustawy, nawet przy 100 proc. sprzeciwie pozostałych posłów.
Sam Jarosław Kaczyński przekonywał mnie w Radio 24, że nie może być tak, żeby w Sejmie zaczęła rządzić mniejszość, bo byłoby to wbrew zasadom demokracji. PiS nie przyczyni się do łamania tych zasad, a tym byłaby właśnie powtórka głosowań. Sądzę jednak, że Jarosław Kaczyński nie powiedział wszystkiego. Rzecz w tym, że powtórka byłaby sygnałem dla opozycji, że PiS ugina się pod naciskiem wywartym przez PO i Nowoczesną. Osiągnięty przez opozycję zwycięski precedens, mógłby przerodzić się w stałą metodę postępowania opozycji dla uzyskiwania rozwiązań dla niej korzystnych. Inaczej mówiąc, dzisiejsze ustępstwo byłoby dla opozycji zachętą do wprowadzeniem w życie hasła: „Przemoc kluczem do zwycięstwa”.
Co więcej, sposobem do uzyskiwania nie tylko drobnych, doraźnych celów, ale do osiągnięcia fundamentalnego zamierzenia, jakie przyświeca opozycji – odebrania władzy PiS.
Uderzenie w państwo

Nie ulega dziś już wątpliwości, że protest opozycji w Sejmie, rzekomo w obronie wolności mediów, był początkiem wejścia na drogę, zmierzającą świadomie do obalenia obozu władzy. Pierwszym krokiem było storpedowanie obrad Sejmu, co miało uniemożliwić uchwalenia ustawy budżetowej, a w konsekwencji do pierwszego kluczowego momentu destrukcji rządzącego obozu – rozwiązania Sejmu. To z kolei przesądzałoby o konieczności przeprowadzenia przedterminowych wyborów parlamentarnych.
Oczywiste, że opozycja, wbrew wielu sondażom, dającym od ponad roku nieustanną, dużą przewagę poparcia społecznego PiS, wietrzy swoją szansę w pokonaniu partii Kaczyńskiego. Do zwycięstwa opozycji – tak przynajmniej kalkulują jej liderzy – wystarczyłoby, aby PiS nie uzyskał wyniku, który tak jak dziś, umożliwiłby mu samodzielne rządzenie. Mógłby więc wygrać wybory, ale uzyskać wynik, który dawałby w Sejmie poniżej 50 procent mandatów. Bo to dawałoby szansę przechwycenie władzy przez koalicję stworzoną przez najbardziej zdecydowanych przeciwników politycznych PiS, gdzie Platforma i Nowoczesna byłyby jej trzonem.

Tu dochodzimy do jednego z najważniejszych momentów interpretacji ostatnich wydarzeń. Sposobu odczytania tego, co się kryje za obecnym kryzysem. Kilka dni temu Jarosław Kaczyński dla tygodnika „wSieci”, wypowiedział bulwersującą tezę. To, co wydarzyło się 16 grudnia w Sejmie, zaś przede wszystkim, zerwanie obrad oraz okupacja sali obrad plenarnych, było politycznym puczem. Zaplanowanym i uzgodnionym z KOD, który był pełnym współuczestnikiem puczu. Jego zadaniem było zorganizować masową demonstrację swoich zwolenników w najbliższym otoczeniu parlamentu tak, aby zablokować Sejm z zewnątrz.

Uderzenie w państwo było zaplanowane dokładnie na ten wybrany wieczór i skoordynowane. Opozycja parlamentarna, mająca stały kontakt z KOD, wiedziała, że tego wieczoru Komitet organizuje ogólnopolską manifestację pod Sejmem, zgłoszoną do warszawskiego Ratusza, skąd otrzymał też na nią zgodę. Jej zadaniem było więc wywołane awantury w Sejmie, która uzasadniała blokadę obrad Sejmu.

Próba zablokowania ustawy dezubekizacyjnej

Przy wcześniejszej okazji, publicznie w pełni poparłem wersję forsowaną przez Jarosława Kaczyńskiego. Uważałem, że pucz ten poprzedzały wręcz jawne apele, które miały przygotować opinię publiczną do napięć i niepokojów społecznych. Wprowadzić w Polsce atmosferę, zawierającą przedsmak sytuacji, w której społeczeństwo obala legalną, ale represyjną, nieudolną i w dodatku niesprawiedliwy rząd. Władzę, kierującą się fobiami i uprzedzeniami. Szkodliwą dla swoich obywateli. Szkodzącą Polsce w wymiarze międzynarodowym, obniżającą jej rangę Europie.
Takim wyrazem budowania nastroju buntu, był apel KOD sygnowany m. in. przez szefa KOD Mateusza Kijowskiego, Grzegorza Schetynę, Ryszarda Petru, w którym jego sygnatariusze wzywają do „wypowiedzenia posłuszeństwa władzy”. Nie było to zwyczajne wezwanie. Apel został skierowany wprost do środowisk, które w przewrotach politycznych dokonywanych w innych krajach odgrywały decydującą rolę – do armii i policji. Dwóch uzbrojonych formacji, w których rękach pozostaje bezpieczeństwo państwa i obywateli.

Wśród wielu zagrożeń, jakie niesie ze sobą władza PiS – twierdzą jej przeciwnicy – jak niszczenie prawa oraz instytucji stojących na jego straży, deptanie demokracji, ograniczanie swobód obywatelskich oraz wolności mediów, na początku grudnia pojawia się nowy wątek, pokazujący prawdziwą twarz PiS – niesprawiedliwość. Chęć odwetu, krzywdząca dziesiątki tysięcy Polaków i ich najbliższych. Ten element zemsty niosła ze sobą ustawa dezubekizacyjna, zrównująca uprzywilejowane, wysokie emerytury i renty byłych funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa z przeciętnymi, otrzymywanymi przez miliony Polaków.

To właśnie wtedy, gdy głośny stał się projekt ustawy dezubekizacyjnej, a byłym esbekom zaczęła zaglądać w oczy finansowa obniżka ich świadczeń ze strony państwa, pojawił się apel „o wypowiedzenie posłuszeństwa władzy”. Czy ta zbieżność w czasie jest przypadkowa? Wątpię. Jestem gotowy raczej przychylić się do interpretacji, że na drugim planie owego puczu, było zablokowanie uchwalenia ustawy dezubekizacyjnej. Jakimż podarunkiem pod choinkę dla wszystkich esbeków byłoby rozwiązanie Sejmu przed uchwaleniem ustawy dezubekizacyjnej.

Wyniszczająca droga

Jeszcze dalej idzie Piotr Cywiński, z którym w dużej mierze się zgadzam. Ten świetny publicysta mówi, że awantura wywołana przez opozycję nie była puczem, w znaczeniu jednorazowej operacji zamachu – dziś oczywiste nie musi to być zamach militarny – którego celem jest próba odebrania władzy ekipie rządzącej w państwie.
Zdaniem Piotra Cywińskiego, mamy o czynienia z nieustającą rebelią „totalnej opozycji”, która postawiła sobie jeden cel: odbicie władzy z rąk PiS. I to możliwie jak najszybciej. Oraz wszelkim sposobami. Stąd takie silne związki z KOD jako środowiskiem niosącego sztandary rebelii na ulicach polskich dużych miast. A także szukanie wsparcia w różnego rodzaju ośrodkach zagranicznych politycznego nacisku, mającego niekiedy brudne kolory szantażu.
Początkowo mogło się wydawać, że blokada parlamentu jest efektownym i medialnie nośnym manewrem, który nawet jeśli nie doprowadzi do zwycięstwa PO i Nowoczesnej, to przynajmniej przysporzy jej zwolenników. Prawda jednak okazuje się dla opozycji bolesna. Jestem raczej przekonany, że obydwie partie opozycyjne wyjdą z tego protestu nie tylko mocno obolałe, ale raczej z przetrąconymi kręgosłupami.

Pomijam nawet tak kompromitujące sprawy – jak buszowanie w rzeczach posłów PiS, pozostawione w ławkach poselskich, jak kłamliwe obrony swoich kolegów partyjnych, którzy powinni zostać wyrzuceni z Sejmu i pozbawieni funkcji posła, jak próby stworzenia politycznego kabaretu, wywołującego odruch zażenowania, pomieszanego z politowaniem, że posłowie mogą być aż bezkrytyczni wobec siebie.

Jest oczywiste, że protest i jego forma przyjęta i kontynuowana do dziś przez opozycję, nie może przerodzić się w permanentny stan. Rozsądek podpowiada, że nie można wiecznie okupować Sejmu, próbując sparaliżować działalność parlamentu, a w efekcie doprowadzić do paraliżu funkcjonowania państwa. A taki właśnie sposób walki z PiS przyjęła opozycja. W swym zacietrzewieniu, a właściwie zaślepieniu nie licząc się z żadnymi konsekwencjami posłowie Platformy i Nowoczesnej prowadzą swą wyniszczającą walkę.

Wszystko wsjazuje na to, że jest ona bardziej wyniszczająca dla blokujących Sejm. Siedzą tam i nie widzą tego. Może tylko udają?

autor: Jerzy Jachowicz

źródło: gazeta Obywatelska

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ