Z mapy i historii wynika jasno: kto panuje nad Bosforem, prędzej czy później zechce władać Morzem Czarnym, a kto siedzi w Anatolii, za jakiś czas zaczyna władać Bliskim Wschodem.

rosja turcja.jpg

Turcja stała się przedmiotem ożywionej dyskusji publicznej od czasu próby rzekomego zamachu stanu w lipcu 2016 roku. Nie oznacza to, że wcześniej nic się o tym kraju nie mówiło. Niemniej, były to wzmianki dość lakoniczne i dotyczyły głównie kwestii kurdyjskiej, zamachów terrorystycznych oraz narastającego konfliktu z Rosją zarówno na froncie syryjskim. Interesowano się również napięciami związanymi z kontrolą nad cieśninami i szlakiem wodnym pomiędzy Morzem Czarnym a Śródziemnym. Wraz z lipcowymi wydarzeniami problemy wydają się radykalnie przewartościowane, chociaż rozsądniej byłoby przypuszczać, że jest to pewien pozór stworzony przez prezydenta Erdogana, co z powodów bieżącej polityki jest na rękę również Władimirowi Putinowi.

Po pierwsze, słychać głosy komentatorów mówiące, iż nieudana próba zamachu stanu przeprowadzona w nocy z 15 na 16 lipca w istocie swojej była zagrywką tureckiego przywódcy, który chciał się rozprawić z wewnętrzną opozycją, na co w innych warunkach nie miałby zgody społeczeństwa swojego kraju, z drugiej zaś świata zachodniego, z którym do pewnego stopnia się liczył. Chociaż czas pokazuje, iż przynajmniej w sferze gestów jest to dość iluzoryczne i w wypadku tego kraju mamy do czynienia z wejściem na zupełnie nową drogę, a właściwie gwałtownym przyspieszeniem mającym na celu polityczną przebudowę obszaru Morza Czarnego, Egejskiego i części Bliskiego Wschodu. Jednym słowem, obserwujemy powrót do idei odbudowy Imperium Ottomańskiego w jego nowym wydaniu politycznym.

Turecki przywódca całkiem otwarcie głosi ideę czegoś w rodzaju wielkiej Turcji, przy okazji wprost zgłaszając pretensje terytorialne względem Grecji, Bułgarii czy Gruzji. Aktywne uczestnictwo jego kraju w konflikcie w Syrii i Iraku zdaje się być po prostu praktycznym krokiem do realizacji tego planu. Ciekawe jest przy tym to, że w zasadzie ignoruje on istnienie obu tych państw, gdyż udział tureckich sił zbrojnych w działaniach bojowych na tym terenie, zdaje się, zachodzi przy sprzeciwie zarówno rządu Iraku, jak i Syrii. Być może jest to przyczynek do likwidacji obu tych ośrodków politycznych, co mogłoby skutkować dalszą przebudową całego Bliskiego Wschodu. Jeżeli polityczną wolą Turcji będzie ekspansja terytorialna, to oba kraje powstałe sto lat temu jako efekt likwidacji Imperium Osmańskiego po prostu z jej perspektywy nie mają racji bytu. Oczywiście przy tego typu rekonstrukcjach powstają problemy, które wymagają dogadania się kilku stron i rozwiązania problemów utrudniających dążenie do celu.

Jednym z widocznych, aktywnych graczy na tym terenie jest Iran, który mocno wspiera rząd Iraku. Niemniej nie jest tajemnicą, że interesuje go przede wszystkim los irackich szyitów, którym ze względu na wspólnotę wiary bliżej do Teheranu niż państwa Saudów, będącego naturalnym protektorem sunnityzmu. Iran, odwrotnie jak Turcja, a podobnie jak Rosja wspiera również obecny reżim w Damaszku, a także Hezbollach w Libanie, co z pewnością również jest punktem zapalnym w stosunkach z Turcją. Oczywiście z braku konkretnych źródeł można postawić zarówno tezę, że w kwestii irackiej oba kraje podzieliły się wpływami i jedyne, co pozostaje, to wprowadzić w czyn uzgodnienia, jak i to, że za chwilę na obszarze tego kraju i pozostałych odcinkach bliskowschodnich konfliktów dojdzie do otwartego starcia o zasięgu globalnym. Jak będzie – czas pokaże.

Druga kwestia ściśle związana z polityką turecką to problem kurdyjski. Naród ten jest chyba największym na świecie pozbawionym własnej państwowości, chociaż z drugiej strony autonomia kurdyjska w Iraku pozostaje quasi państwem. Pod jego kontrolą są również obszary, wydarte przez peszmergów Państwu Islamskiemu, które nie są, a w każdym razie nie były zamieszkane przez Kurdów. Kwestia kurdyjska jest chyba największą bolączką Erdogana i byłaby taką dla każdego, kto chciałby utrzymania integralności Turcji. Być może rozwiązaniem byłoby tu zbudowanie państwa na innych zasadach niż etnicznie tureckich. Dziś coś takiego trudno sobie wyobrazić, niemniej jeśli Erdogan chce odbudować imperium, to musi tego typu źródeł szerokich tożsamości poszukiwać inaczej. W przeciwnym razie jego polityka przerodzi się w zwykłe masowe ludobójstwo. Poza tym świadomość narodowa Kurdów wydaje się coraz mocniejsza, a przy okazji, co ciekawe w warunkach Bliskiego Wschodu, społeczność ta nie odwołuje się do wspólnoty religijnej. Paradoksalnie więc najbliżej jest jej do ściśle tureckiej idei Kemala Paszy (Ataturka) i budowania przez niego świeckiej Turcji.

Zagadnienie religijne we współczesnej Turcji również wydaje się niezwykle ciekawe. Jest oczywistym, że Turcy i sam Erdogan są wyznawcami islamu (tuż po lipcowym „zamachu” w telewizji słyszałem zarzut dziennikarki, która ni to pytała, ni to stwierdziła w kierunku gościa programu, że niepojące jest to, iż prezydent Turcji wyznaje islam, na co ów odpowiedział: „Na Boga, a kim ma być Erdogan? Kwakrem?”). Z drugiej strony gołym okiem widać, że ów islam jest zupełnie inny niż np. saudyjski, a społeczeństwo mimo przyznania, iż jest to religia narodu tureckiego, zdaje się mimo wszystko podchodzić do spraw religii w sposób bardziej przypominający Europę niż inne wzorce. Przy pewnej dozie konserwatyzmu rozumie to również prezydent tego kraju, który na pewno będzie tu poszukiwał jakiejś formy koegzystencji religii i państwa, charakterystycznej jedynie dla swej ojczyzny.

Poza wymienionymi kwestiami kolejnym wyzwaniem dla tureckiej polityki jest bez wątpienia również zagadnienie relacji z Grecją, Bułgarią i krajami bałkańskimi, co do których przejawia ona pewne apetyty wynikające już to z sentymentu, już to z geopolitycznego interesu, którym na pewno jest mocna obecność państwa po obu stronach Bosforu. W historii od czasów starożytnego imperium perskiego każdy, kto władał Anatolią lub Grecją, chciał być silnie obecny po drugiej stronie Morza. Jednym się to udawało, innym nie. Na razie obiektywnie rewizjonistyczne głosy płynące z Ankary względem Grecji i Bułgarii, brzmią groźnie i albo służą tzw. myleniu przeciwnika, tzn. słuchania ich w czasie, kiedy Turcja robi swoje gdzie indziej, albo są wyrazem rozpędzania się tego kraju na całego.

Z mapy i historii wynika jasno: kto panuje nad Bosforem, prędzej czy później zechce władać Morzem Czarnym, a kto siedzi w Anatolii, za jakiś czas zaczyna władać Bliskim Wschodem.

Piotr Sutowicz

źródło: Słowo Wrocławian nr.1 /2017

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ