Trochę inaczej o świętej Jadwidze i pielgrzymowaniu

yt

Dawno temu, gdzieś w podstawówce – wtedy czytałam prawie wszystko, co wpadło mi do ręki – znalazłam jakieś zupełnie głupawe opracowanie na temat ascezy św. Jadwigi. Jak to bywa wśród młodzieży, musiałam popisać się tą wątpliwą wiedzą o rzekomych kompleksach i uprzedzeniach kanonizowanej księżnej Śląska… i tak zaczęła się moja wieloletnia znajomość z tą niezwykłą postacią. Nie odpuściła mi do dzisiaj – ciągle gdzieś się o Nią potykam, muszę weryfikować swoją wiedzę i odkręcać młodzieńcze wybryki.

Jadwiga przyjechała na dwór księcia Henryka Brodatego z nieodległej Bawarii jako córka hrabiowskiego rodu Andechs około 1192 roku. Miała wtedy 12 lat. Dla Piastowskiego męża była szansą na umocnienie wpływów politycznych w podzielonej na dzielnice Polsce, ale przede wszystkim na arenie międzynarodowej. Jak to bywało, nikt jej nie prosił o zgodę na ślub, nikt nie pytał o miłość. Zgodziła się z posłuszeństwa rodzicom, by pozostać na Śląsku u boku księcia Henryka Brodatego. Potem po kolei traciła większość swoich bliskich: siostra Agnieszka zmarła w niezasłużonej niesławie jako nieuznana małżonka króla francuskiego, bracia Henryk i biskup Ekbert zostali aresztowani za podejrzenie o morderstwo króla niemieckiego Filipa, doprowadzając do konfiskaty dóbr rodzinnych, siostrę Gertrudę, królową węgierską, zamordował skrytobójca, jej córka Elżbieta, słynąca z miłosierdzia tercjarka franciszkańska, zmarła w ubóstwie w 1231 r. Wówczas żyło już tylko dwoje z siedmiorga dzieci księżnej Jadwigi – ukochany syn, który Henryk, który także zginie na Polu Legnickim i ksieni cysterek trzebnickich Gertruda. Ona jedna przeżyje swoją matkę, by ją pochować w 1243 r. w krypcie klasztoru w Trzebnicy…

Po co tyle danych? Bo one przemawiają same za siebie. Czy warto być władczynią zmuszoną do małżeństwa tylko po to, by doświadczyć tragicznego losu matki opłakującej śmierć prawie wszystkich swoich dzieci? Przykład Jadwigi pokazuje, że warto. Warto podjąć wszystko, co znajdujesz na swojej drodze, bo wszędzie tam czeka na Ciebie Chrystus, cierpiący dobrowolnie za Ciebie, więc najszybciej spotkasz Go w cierpieniu. Chociaż to bardzo niewygodne… Dla mnie, dla nas – to bardzo niewygodne. Trzeba umieć spojrzeć na życie Jej oczami, żeby móc cieszyć się i naprawdę kochać WSZYSTKO, co daje Jezus. Jak to odkryła? Oczywiście żywotopisarz twierdzi, że była bardzo dojrzałym dzieckiem, pewnie rozumiała więcej niż jej rówieśnicy, ale przecież nie wszystko. Skąd brała łagodność, cierpliwość nawet wobec sług i poddanych, miłość wobec biedaków i chorych, nad którymi się pochylała, choć oni zapewne nie pachnieli ładniej niż jej dworzanie? Gdzie znajdowała siłę, by nie płakać po stratach, pocieszać innych, własną ręką umywać i karmić potrzebujących? A nade wszystko, skąd czerpała odwagę, by sprzeciwiać się konwencjom, obyczajom, czasami zdaniu otoczenia, by odnajdować swoje szczęście tam, gdzie nikt go nie szukał?

Zwykle myślimy o ascezie i umartwieniach księżnej, które dziś już pozostają niezrozumiałe, a nawet u co bardziej oświeconych i nowoczesnych katolików budzą sprzeciw. Ale to chyba tylko breloczek przy kluczu, który Jadwiga znalazła i już nie oddała do końca życia. Była nim MODLITWA. Kiedy czytam Jej żywot, nie mogę wyjść z podziwu nad bogactwem przeżyć duchowych tej kobiety: każda modlitwa – czy to na klęczkach, to leżąc krzyżem, czy kucając, czy spoglądając na niebo, czy uczestnicząc w mszy świętej – wszystko było nieustającym dialogiem z Chrystusem. Ona po prostu nie przestawała z Nim przebywać, nawet wtedy, gdy miała wokół siebie liczne towarzystwo ludzi. Gdy zostawała sama, kontemplowała w ciszy, gdy była w kościele i wśród zakonnic, modliła się z nimi wspólnie psałterzem, gdy rozmawiała z prostymi sługami, uczyła ich odmawiać i wmyślać się w Modlitwę Pańską. Cała reszta: posty, biczowania, noszenie skromnej odzieży, narażającej ją na utratę zdrowia, włosiennica, spanie na gołej desce – to wszystko tylko dodatek, ot, obrazek epoki. Nic dziwnego, że ludzie garnęli się do księżnej, gdy żyła, bo każdego brała w obronę i pod opiekę. Po jej śmierci szturm do miejsca pochówku Jadwigi przybrał rozmiary przekraczające granice Śląska. Wędrowali do niej ludzie prości, biedni – ci mogli tylko na pieszo, co bardziej chorzy szli o szczudłach lub po prostu całymi kilometrami czołgali się do samej Trzebnicy, zasobniejsi jechali wozami wypełnionymi po brzegi pielgrzymami, bogaci – nawet królowie i władcy – podróżowali w orszakach. Świadectwo cudów dziejących się nad grobem świętej Jadwigi przyciągało potrzebujących: zrozpaczone matki, niosące na plecach chore dzieci, żony proszące o zdrowie dla mężów, chłopów, rycerzy i duchownych.

Tak było dawniej – od XIII stulecia po wiek XX z przerwami spowodowanymi zmiennymi losami Śląska. I tak jest dzisiaj. Chociaż nikt się nie czołga i nie jedzie w orszaku. Przyciąga nas wiara w opiekę świętej księżnej. Ja szukam u niej wiedzy o tym, jak żyć, by życie stało się modlitwą, dialogiem z Chrystusem, stałą wymianą miłości i radosną zgodą na każdą Jego decyzję. Niech ten jubileuszowy rok poświęcony tej wielkiej świętej stanie się okazją do poznania Jej dobroci, a Ona sama niech nam wyprasza prawdziwe nawrócenie, także narodowe.

Anna Sutowicz

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ