Sutowicz: Suweren

sejm robert.jpg

W artykule 4. naszej konstytucji stoi, iż „władza zwierzchnia Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu”, tenże „sprawuje władzę przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio”. Oznacza to w największym skrócie, że to naród jest suwerenem w państwie. Funkcjonowanie państwa musi więc z konieczności dążyć do realizacji dobra wspólnego narodu, czyli interesu narodowego. Tak oto w największym skrócie wygląda racja istnienia i funkcjonowania Rzeczpospolitej Polskiej. Jeśli z jakiegoś powodu zniknąłby naród tworzący to państwo, to w tym momencie straciłoby ono swój sens. Na określonym terytorium powstałym na skutek wytworzonej w ten sposób pustki geopolitycznej musiałoby powstać coś innego. Rozważania na temat tego, co by to miało być, należy zostawić na inną okazję. W każdym razie na zagospodarowanie masy upadłościowej na pewno znaleźliby się jacyś chętni.

W tym miejscu należy przede wszystkim zadać sobie pytanie: co to jest naród? Odpowiedzi pewnie nie pomieściłby cały Internet, w którym ponoć jest wszystko. Na ogół mówi się o narodzie jako wspólnocie zbudowanej na pewnej wspólnej bazie etnicznej, posiadającej swój własny język, przywiązanie do wspólnej historii i w miarę jednolitego dziedzictwa, wreszcie terytorium lub choćby dążenie do jego posiadania. Dodatkowo przywołuje się tu wspólnotę religijną czy cywilizacyjną. Wszystkie te składniki z pewnością jakoś tam sprawdzają się przy opisywaniu wspólnoty narodowej, niemniej jednak można nimi operować w miarę swobodnie. Bywają dwa narody mówiące jednym językiem czy też takie, które zatraciły swój rodzimy język i posługują się innym nie straciwszy swego poczucia wspólnoty narodowej. Bywają silnie odwołujące się do jednej religii i takie, które takowego odniesienia są pozbawione, choć nikt im nie odmawia prawa do bycia narodem. Wreszcie są i takie, które wykształciły się na tyle niedawno, bądź okoliczności ich powstania są tak specyficzne, że nie można mówić w ich wypadku o głębokiej wspólnej historii. Jednak z tych przykładów w żadnym wypadku nie można ukuć teorii, że czegoś takiego jak naród nie ma.

Ogólnie bywa tak, że o niektórych wspólnotach można mówić, iż są narodami, inne zaś pozostały na etapie plemiennym i, by żyć życiem państwowym, muszą albo poddać się czyjejś władzy, albo wraz z podobnymi sobie tworzyć państwo o mocno zdecentralizowanym charakterze, które w zasadzie ogranicza się jedynie do niektórych funkcji, by nie zakłócić status quo pomiędzy swoimi częściami składowymi. Patrząc na takie państwa, można zaobserwować, że sklecone zostały z bardzo zróżnicowanego budulca i byle co jest w stanie je zdestabilizować. Często jedynym znaczącym spoiwem w ich wypadku jest armia, aparat represji i osoba mocnego dyktatora, który, póki mu sił i środków starcza, jakoś tam trzyma wszystko razem, a w wypadku, kiedy mu się noga powinie, a siły zewnętrzne do tego się przyłączą z powodu własnych  interesów, całość rozpada się jak domek z kart. Sytuacje takie każą stawiać dosyć nietypowe pytanie: czy cały świat musi być podzielony na państwa imitujące te znane nam z naszej najbliższej perspektywy, a charakterystyczne tak naprawdę dla ostatnich kilkuset lat historii Europy, części Azji i niektórych obszarów obu Ameryk. Jeżeli koniecznie tak być musi, to mimo postępującej globalizacji musimy przyzwyczaić się do wstrząsów na terenach gdzie coś takiego jest głęboko sztucznym, narzuconym z zewnątrz pomysłem, skutecznym jedynie dla eksploatacji bogactw naturalnych tych obszarów, a nie dobra ludów je zamieszkujących.

W tym kontekście naród, czymkolwiek jest, wydaje się solidnym suwerenem, bowiem w bardzo zawiłym świecie może wyłaniać elitę, która nie pozwoli państwu upaść. W sytuacji kryzysowej, gdyby jednak nastąpiła katastrofa, w rezerwie pozostają elity kulturalne, które przy braku wsparcia państwa przechowają świadomość narodową w społeczeństwie, które w odpowiednim momencie, przy odrobinie sprzyjających okoliczności, odbuduje byt polityczny.

Kolejnym skomplikowanym zagadnieniem wydaje się samo państwo i jego suwerenność. Niektóre wspólnoty polityczne chcą ją mieć, inne zaś zdają się rezygnować z takich dążeń zadowalając się funkcjonowaniem w ramach struktury w której suwerenem jest ktoś inny. W zasadzie jest to o tyle zrozumiałe, że niepodległość kosztuje i nie każdego na nią stać czy to mentalnie czy materialnie. Od czasu do czasu jakaś grupa plemion, narodów czy wspólnota oparta na interesie ekonomicznym dążą do wspólnego celu. Tworzą najpierw luźny, a potem coraz bardziej ścisły organizm. Wówczas wszyscy jego członkowie zrzekają się części swojej małej wewnętrznej suwerenności, ale wspólnie tworzą coś silniejszego, a więc ich suwerenność będzie de facto większa, natomiast zależność od czynników zewnętrznych mniejsza. Jest jednak różnica pomiędzy budowaniem czegoś wspólnie a podbojem. W tym ostatnim przypadku jedyne, co przybywa, to siła ludzka państwa najezdniczego i jego suwerena, kimkolwiek by on był.

Te dość specyficzne uwagi mają na celu jedno: wyjaśnienie, że suweren jest w państwie niezwykle istotny. To on sprawuje władzę i w jego imieniu dokonuje się działalność państwa na wszystkich polach jego funkcjonowania. W naszej Rzeczpospolitej nie musimy jakoś szczególnie zastanawiać się nad tym, czym jest naród polski. Można się spierać wokół dosyć drugorzędnych kwestii tożsamościowych takich bądź innych czynników wpływających na nasz charakter narodowy. Historycy będą, i powinni to robić, spierać się o poszczególne fakty i ich ocenę. Oprócz poznania prawdy ma to również pomagać w analizie rzeczywistości i unikaniu błędów, które mogłyby przypominać te z przeszłości. Kwestionowanie swoistości narodu w tym wypadku jest zadaniem raczej dla szaleńca lub ewidentnego wroga działającego z obcej inspiracji.

W przypadku państwa polskiego sprawa jest jasna: suweren chce być narodem, jest przekonany o tym, że nim jest, a więc musi wyciągnąć z tego faktu konkretne postulaty dla siebie samego. Najważniejszym z nich jest ambicja, chęć i moc do tego, by państwo rzeczywiście było suwerenne, tzn. jego decyzje zapadały w oparciu o rozeznanie interesu narodowego. W dalszej kolejności należy analizować te fakty z otaczającej nas rzeczywistości, które niosą zagrożenia, a które wydają się być korzystne, przy czym czasami te same zdarzenia mogą być jednym i drugim. Cała rzecz polegać będzie na rozstrzygnięciu ich na swoją stronę lub zaprzepaszczeniu szans. Wreszcie globalizacja decyzji gospodarczych i politycznych, a do tego ich podejmowanie poza strukturami państwa każe się zastanowić nad tym, jakie działania należy prowadzić, by państwo uważane za suwerenne rzeczoną cechę zachowało.

Oczywiście, wszystko to są pytania i kwestie teoretyczne, ale od nich należy rozpocząć poważną dyskusję nad tym, czym naród może i powinien być w kolejnych dekadach i jakie jest jego miejsce w poszczególnych klockach domina, jakim jest globalny układ świata. Bez wątpienia nie jest to łatwe, ale od rozeznania sytuacji zależy przyszłość. Polacy taką pracę wykonywali choćby w wieku XIX, kiedy elity zastanawiały się nad tym, czy, jak i kiedy możliwe będzie odzyskanie państwowości. Nie obyło się przy tym bez błędów i pomyłek, ale skończyło się unarodowieniem i upolitycznieniem mas, które w pewnym momencie podjęły ryzyko dźwignięcia własnych narodowych sztandarów. Dziś nie możemy przespać chwili dziejowej przeznaczonej najpierw na namysł, a następnie na działanie. Nie można ugrzęznąć w jałowych sporach partyjnych, które najczęściej prowadzą do rozmycia procesu decyzyjnego, a właściwie do stopniowego usypiania procedur decyzyjnych w czasie, kiedy trzeba je uruchamiać szybko i skutecznie. Chyba na tym opierają się ośrodki chcące podejmować decyzję poza suwerenem. Posługując się dyskusjami zastępczymi, jak choćby jałowe spory polityczne, chcą one podejmować decyzję korzystną gdzieś tam dla kogoś.

Autorytet suwerena nie wynika z procedur, które uważa się za słuszne, lecz ze skuteczności realizacji własnego interesu, który prędzej czy później wzbudzi szacunek również u obcych.

Piotr Sutowicz

Za: Słowo Wrocławian 1/2017

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ