Wrocław: Komu przeszkadza hałas w mieście?

wrocław.jpg

Wraz z rozpoczęciem sezonu wiosenno-letniego na nowo ożywają dyskusje o hałasie w mieście. Problem jest niezmienny, próby jego rozwiązania niezadawalające, a argumenty przewidywalne. Wydaje się jednak, że niektóre aspekty miejskiego konfliktu „cisza vs hałas” są mniej lub bardziej świadomie pomijane i warto im się przyjrzeć nieco dokładniej.

Choć problem hałasu w mieście znany jest od początku istnienia metropolii (na przykład w starożytnym Rzymie zabraniano poruszania się po zmierzchu rydwanom jak też zakazywano wykonywania niektórych, uciążliwych dźwiękowo rzemiosł, a począwszy od XIX w. niedozwolone było słuchanie muzyki przy otwartych oknach), to dopiero współcześnie (począwszy od lat 90. XX w.) jest on postrzegany jako kwestia globalna, ekologiczna, wymagająca strukturalnego podejścia. Hałas dzisiejszych miast, co widać chociażby na mapie akustycznej Wrocławia, generowany jest głównie przez drogi, linie kolejowe i tramwajowe, lotniska, maszyny, urządzenia i instalacje techniczne. Najbardziej burzliwe „konflikty akustyczne” dotyczą jednak działalności klubów czy w ogóle życia nocnego. Z pewnością w dużej mierze wynika to z faktu, że nocny hałas jest bardziej uciążliwy niż dzienny, jak również z trudności stłumienia dźwięków o tak niskich częstotliwościach, jak te, którymi charakteryzuje się współczesna muzyka klubowa. Co roku we Wrocławiu z powodu generowania hałasu zamykane są kolejne miejsca, by przypomnieć tylko ulokowany na dachu Times’a klub UP, Puzzle w Przejściu Gancarskim, Drugą Falę przy ulicy św. Antoniego, Kafe Szalet na Placu Polskim, Kafe Plażę przy Wybrzeżu Słowackiego czy zeszłoroczne problemy Barbarki przycumowanej do Wyspy Słodowej (która to przestrzeń, mimo protestów społecznych, jest obecnie zamykana na noc). Kim są strony konfliktów na linii cisza-hałas, jak ustosunkowują się do problemu władze miasta? – to pytania, na które należy odpowiedzieć, zanim zacznie się szukać skutecznych rozwiązań.

Sprawa wydaje się istotna nie tylko z tego względu, że przyjemnie jest bawić się na świeżym powietrzu przy dobrej muzyce, ale także z powodu istotności życia imprezowego czy szerzej przemysłu rozrywkowego dla współczesnych kreatywnych miejskich gospodarek. Z tego drugiego doskonale zdaje sobie sprawę chociażby Berlin, który pod wieloma względami wydaje się być dla Wrocławia wciąż niedoścignionym wzorem.

Władze niemieckiej stolicy już dawno zauważyły możliwość przekucia kolektywnego kapitału symbolicznego, jaki generuje scena klubowa, w wymierny zysk ekonomiczny, o czym świadczy chociażby fakt powstania „Komisji Klubowej”, której zadaniem jest reprezentowanie interesów zrzeszonych lokali oraz mediacja w przypadku sytuacji konfliktowych. Choć co jakiś czas pojawiają się doniesienia, że Berlin jest już zmęczony turystami i całodobowym życiem, to wiadomo, że ta pozorowana niedostępność tylko zwiększa ruch turystyczny w mieście.

Problem hałasu jest tu rozwiązywany na różne sposoby, z poszanowaniem zarówno potrzeb tych, którzy chcą odpocząć w ciszy, jak i bawiących się przy głośnej muzyce. Z jednej strony promuje się powstawanie klubów poza ścisłym centrum, na terenach postindustrialnych, z drugiej jednak, bliskość lokali rozrywkowych warunkuje sposób projektowania inwestycji mieszkaniowych, by lokatorzy byli jak najmniej narażeni na hałas z zewnątrz. Jeszcze dalej posunął się w tej kwestii Londyn, w którym od kwietnia 2016 roku obowiązują przepisy chroniące kluby (!) przed nowymi projektami deweloperskimi – to tak jakby wpisać te pierwsze w miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego (trzeba jednak pamiętać, że istnieje tam obowiązek przenoszenia imprez o godzinie 23 do wnętrz lokali).

Pod względem „polityki dźwiękowej” miasta są rozdarte między dwoma sprzecznymi paradygmatami szeroko rozumianej miejskości. Z jednej strony chęć maksymalizacji zysków powoduje, że metropolie żyją w rytmie 24/7 – zarówno jeśli chodzi o pracę, jak i rozrywkę. Z drugiej zaś strony potrzeba zrównoważonego rozwoju powoduje, że metropolie starają się być coraz bardziej ekologiczne w różnych wymiarach: zanieczyszczenia powietrza, wody, wykorzystania wtórnego surowców, ale także w odniesieniu do sfery wizualnej i audialnej. Język ekologii stosowany w odniesieniu do tego co słyszalne i widzialne w przestrzeni miejskiej utrudnia uchwycenie politycznego aspektu konfliktów toczących się na tych polach. O ile w odniesieniu do nawoływań o oczyszczenie miast z niechcianych obrazów zauważono już przejaw średnioklasowej dystynkcji, o tyle w przypadku tego, co słyszalne wciąż bardziej akcentuje się kwestie zdrowia, higieny, naturalnych potrzeb człowieka i ochrony środowiska. Jest to oczywiste, bowiem uciążliwe dźwięki w przeciwieństwie do niechcianych billboardów (ale też vlepek, tagów, nieprofesjonalnych reklam) mogą być rzeczywiście niebezpieczne dla zdrowia ludzi i zwierząt. Pomijając fakt, że hałas towarzyszący klubowemu życiu nocnemu prędzej może uszkodzić słuch samym bawiącym się niż „okolicznym mieszkańcom”, przedstawianym jako strona w audialnym konflikcie, spróbujmy zastanowić się, do jakich celów może być wykorzystywana walka z dźwiękowym zanieczyszczeniem, a w szerszej perspektywie, jakie założenia na temat właściwego porządku przestrzeni publicznej jej towarzyszą. Umożliwi nam to jednocześnie odpowiedź na pytanie o to, jakim miastem jest/chce być Wrocław i czyje potrzeby w swej wizji rozwojowej uwzględnia w pierwszej kolejności: mieszkańców (czy wszystkich?), turystów, czy może raczej deweloperów? Na razie wydaje się, że władze żadnej konkretnej strategii nie mają, o czym świadczy chociażby fakt, że oficjalna „polityka dźwiękowa” w mieście nie istnieje, dyskusje na jej temat mają raczej kuluarowy charakter, a konflikty na linii cisza-hałas przybierają formę prywatnych sporów i kończą się najczęściej kapitulacją strony klubowej, czyli zamknięciem głośnego lokalu/imprezy. Władze miasta, będącego Europejską Stolicą Kultury zdają się nie zauważać problemu, choć przecież odnosi się on do szeroko pojętej kultury. Tradycyjne rozwiązania legislacyjne, takie jak cisza nocna są niewystarczające, biorąc pod uwagę fakt, że, szczególnie w okresie letnim, czas spędzany na świeżym powietrzu znacznie wykracza poza ustawowo dozwoloną godzinę 22 i zwyczajowo akceptowane bardziej „rozrywkowe” weekendy. Mapa akustyczna, aktualizowana raz na pięć lat przez miasto wskutek dyrektywy Parlamentu Europejskiego, jest w tym wypadku dokumentem, który powinien stanowić jedynie punkt wyjścia do szeroko zakrojonej dyskusji na temat nocnego hałasu generowanego przez kluby w mieście, w których chętnie bawią się zarówno mieszkańcy, jak i turyści. Licząc na to, że władze zauważą jednak wagę problemu, który nie ma charakteru prywatnego konfliktu, ale jest zagadnieniem publicznym warto zacząć zastanawiać się nad tym, jaką formę lokalna debata o ciszy/hałasie powinna przyjąć, a także zweryfikować pewne powszechne przekonania dotyczące niezwykle złożonego problemu.

W pierwszej mierze konieczna jest odpowiedź na pytanie, kim są rzeczywiście podmioty „audialnego konfliktu”. Doświadczenia innych miast pokazują, że jego stronami niekoniecznie są „młodzi imprezowicze” i „starzy mieszkańcy”, jak się zwyczajowo przyjęło uważać. Szersze polityczne podłoże walki z miejskim hałasem doskonale obrazuje chociażby przykład nowojorskiej „całodobowej” dzielnicy SOHO. O ile jeszcze w latach 70. i 80. władze miasta wspierały rozwój życia nocnego, widząc w nim formę akumulacji kapitału, to począwszy od lat 90. rozpoczęły defensywę wobec klubów, której apogeum nastąpiło w latach dwutysięcznych wraz z rządami Michaela Bloomberga i jego programem „Operation Silent Night”.

Co ciekawe, celem operacji miało być nie tylko wyciszenie miejskiego hałasu, ale także zmniejszenie przestępczości. Choć nie podano korelacji między głośnymi imprezami a zachowaniami kryminalnymi (wcześniej łączono także życie klubowe z rozpowszechnieniem wirusa HIV), to z pewnością polityka nowojorskiego burmistrza przyczyniła się do postrzegania klubowicza jako potencjalnego przestępcy. Bloomberg był zresztą konsekwentny w wizji bezpiecznego, ekologicznego i nieco sterylnego miasta. Kontynuował za swoim poprzednikiem Rudolphem Giulanim program „zero tolerancji”, którego podstawą była tzw. teoria wybitej szyby, mówiąca, że brak reakcji na łamanie mniej poważnych norm społecznych (na przykład poprzez malowanie graffiti czy hałasowanie) prowadzi, na zasadzie zaraźliwości, do wzrostu przestępczości. Po latach okazało się, że program nie tyle zwiększył poczucie bezpieczeństwa, co skutkował coraz większą brutalnością policji głównie wobec mniejszości etnicznych, osób czarnoskórych i ubogich. W podobny sposób „Operacja Cicha Noc” uderza w małe lokalne kluby i niezależne inicjatywy, które jeszcze do niedawna były tak chętnie widziane w SOHO, a dzisiaj coraz częściej muszą ustępować miejsca bankom, hotelom i apartamentowcom. Ta swoista „gentryfikacja życia nocnego” skłania do zastanowienia się nad tym, jakie skutki może wywołać walka z hałasem i czy jej ostatecznym celem jest całkowita kontrola władzy nad miejską sferą dźwiękową. Kluczowa, jeśli nie najważniejsza, jest tu kwestia tego, jaką rolę w audialnym konflikcie pełnią mieszkańcy miast, którym to według obiegowych opinii najbardziej ma przeszkadzać hałas towarzyszący życiu nocnemu. Jak pokazuje chociażby przykład walki o ciszę na warszawskim Powiślu, jej najważniejszym podmiotem są nie tyle „starzy lokatorzy”, bo ci często są w stanie zrozumieć potrzebę całonocnej głośnej zabawy, a raczej ta prowadząca ustabilizowane życie część klasy średniej, która ciszę, spokój, ochronę prywatności i własności – wartości tak bardzo cenione na przedmieściach – stara się zaaplikować śródmiejskim dzielnicom. To ona posiada kompetencje pozwalające skutecznie walczyć z hałasem generowanym przez kluby, a „ogół mieszkańców” jest w tym wypadku raczej figurą retoryczną mającą na celu uzasadnienie konieczności „uporządkowania” przestrzeni miejskiej według bardzo konkretnej wizji tego, jak właściwy porządek ma wyglądać. Niezbędne jest zatem każdorazowe rozpoznanie, kto i do czego dąży walcząc przeciw klubom czy w ogóle osobom bawiącym się do późnych godzin nocnych. Próba wypracowania kompromisu z tymi, którzy wykorzystują swój autorytet, wynikający z posiadanego kapitału ekonomicznego/społecznego (członkowie klasy średniej, ale także deweloperzy, inwestorzy) i sięgają po profesjonalne narzędzia prawne, wydaje się niemożliwa. Bardziej prawdopodobna staje się mediacja z tymi, których przedstawia się jako „zwykłych mieszkańców”. Jak pokazują statystyki, jeśli zapyta się tę grupę o uciążliwości związane z zamieszkaniem w pobliżu miejsc całonocnej rozrywki, to na równi z hałasem przeszkadza jej zaśmiecanie przestrzeni (badania takie przeprowadziło warszawskie stowarzyszenie „Ciszej, proszę!”). Istnieje zatem szansa, że większa dbałość o porządek (poprzez zapewnienie odpowiedniej infrastruktury: wystarczającej ilości kubłów na śmieci i toalet) mogłoby potencjalnie załagodzić audialne konflikty.

Warto zatem każdy audialny konflikt w mieście ująć w ramy narracji konkretnej, rozpoznając, kim są jego strony i o co w rzeczywistości toczy się walka. Wydaje się to szczególnie istotne, gdy zdamy sobie sprawę z faktu, że spór na linii cisza-hałas jest tylko jednym z przejawów żądania prawa do miasta.

Barbara Kwaśny

źródło: hipermiasto.com

Projekt „Przestrzeń Wrocławia” realizowany jest w ramach programu Fundacji Batorego „Obywatele dla Demokracji” ze środków państw EOG.

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ