Żołnierze najbardziej wyklęci przebywali na Dolnym Śląsku kilka miesięcy przed tzw. wyzwoleniem

Boguszów

Jako symbol należy potraktować fakt, że ludzie w polskich mundurach, jako zwarta jednostka z bronią w ręku, przebywali na Dolnym Śląsku kilka miesięcy przed tzw. wyzwoleniem.

W drugiej połowie roku 1944 chyba dla wszystkich jasnym było, że wojna światowa zmierza do końca i że będzie to również koniec III Rzeszy. Co do tego, jak będzie wyglądała Europa i świat po tym wszystkim, dla wielu pozostawało rzeczą niejasną. Biorąc pod uwagę kształtujący się na ziemiach polskich nowy porządek polityczny pod kuratelą sowiecką, społeczeństwo, które czekało na niepodległy byt polityczny mogło czuć się zaniepokojone, szczególnie że pierwsze zetknięcia z nową władzą, a szczególnie z radzieckimi „wyzwolicielami” nie napawały optymizmem.

Jeszcze bardziej dramatycznie przedstawiała się sytuacja tych ludzi i organizacji, które uznawały zarówno niemiecką jak i komunistyczno – sowiecką okupację za dwie emanacje takiego samego śmiertelnego zagrożenia dla narodu polskiego. Niepowodzenie akcji „Burza” i konsekwencje powstania warszawskiego uzmysłowiły wszystkim tym, którzy chcieliby, nie rezygnując z niepodległościowej postawy, dogadywać się z nowymi władzami, że te nie są tym za bardzo zainteresowane. W tej sytuacji pozostawały dwa wyjścia. Jedno polegało na czekaniu na aliantów zachodnich, którzy zmuszą sowietów do jakiegoś kompromisu politycznego. Opcja druga polegała na konsekwentnym trwaniu w sprzeciwie i liczeniu na kolejny światowy konflikt, tym razem pomiędzy dotychczasowymi sojusznikami. Czy był to scenariusz nierealny, dziś trudno powiedzieć, wiadomo, że kolejnej wojny nie było. Niemniej, czekające na nią środowiska oprócz jakichś kalkulacji i analiz często nie miały wyjścia. Trwanie w oporze za alternatywę miało często jedynie komunistyczne więzienie albo śmierć w kazamatach z rąk komunistycznych oprawców. Dla walczących istniało jeszcze wyjście trzecie – uciekać i przygotować się do walki będąc już na Zachodzie. Znane są nam takie już powojenne ucieczki, realizowane w różny sposób. Oczywiście, schwytanie w takich okolicznościach pociągało za sobą straszne skutki. Niemniej ludzie próbowali.

Jeszcze w czasie wojny wydarzyła się pewna historia, trochę odmienna od tych wszystkich scenariuszy, z jednej strony uznana za najbardziej barwną, z drugiej strony ludzie, którzy zdecydowali się na ten plan, zakończony zresztą powodzeniem, stali się dla publicystyki i historiografii swoistym „czarnym ludem” i ten obraz nader często do dziś dnia towarzyszy wypowiadaniu nazwy „Brygada Świętokrzyska”, bo tak potocznie brzmi nazwa jednostki partyzanckiej, o której będzie mowa.

Za dzień powstania Brygady uważa się 11 sierpnia 1944 roku. Jest to data rozkazu Komendanta Okręgu nr. V NSZ o utworzeniu jednostki. Miała ona być częścią większych sił, które kierownictwo NSZ zamierzało wyprowadzić na Zachód nie czekając na okupację sowiecką. Na Ziemi Świętokrzyskiej, gdzie przyszło się Brygadzie formować, jesienią 1944 roku oraz na przełomie roku 1945 toczyła walki zarówno z Niemcami, jak i partyzantką komunistyczną oraz sowieckimi dywersantami. Wraz z rozpoczęciem ofensywy styczniowej przez wojska radzieckie, jednostka rozpoczęła wycofywanie się na Zachód. Tu zaczyna się jej najbardziej kontrowersyjny, dla wielu, okres historii. W historiografii często zarzuca się jednostce kolaborację z hitlerowcami. Tymczasem, rzeczywistość była bardziej skomplikowana. Wiadomo, że aby przedrzeć się do aliantów zachodnich, należało jakoś przejść przez terytoria jeszcze zajmowane przez III Rzeszę. Po nie do końca udanej próbie zbrojnego przełamania linii niemieckich, dowództwo Brygady podejmowało różnego typu pozorowane rozmowy z niemieckimi czynnikami wojskowymi różnego szczebla. Wykorzystano tu panujący bałagan w chylącej się do upadku III Rzeszy. Doszło również do zgody dowództwa jednostki na przerzucenie przez Niemcy do Polski kilku spadochronowych grup dywersyjnych złożonych z jej żołnierzy. Jednak, jak twierdzi historyk zajmujący się dziejami NSZ, Leszek Żebrowski, nawet w ramach ubeckich śledztw nie dowiedziono, by żołnierze Brygady podjęli jakąkolwiek akcję na rzecz niedawanego okupanta. Zobowiązał ich do tego  rozkaz dowódcy pułkownika Antoniego Szackiego ps. Bohun. Mimo nalegań Niemców, jednostka nigdy nie zgodziła się też na jakikolwiek udział w walkach po ich stronie.

Politycznie Brygada cały czas stała na stanowisku walki z dwoma wrogami, a jedynie przyczynami taktycznymi uzasadniano konieczność czasowego powstrzymania się od działań przeciwko jednemu z nich. Z kolei Niemcy, którzy coraz wyraźniej próbowali uzasadnić swą walkę krucjatą antybolszewicką, usiłowali z niej uczynić projekt ogólnoeuropejski. Z rzeczywistych chętnych do takiego działania reprezentujących różne narody, łącznie z samymi Rosjanami, brakowało im ciągle Polaków. Tu też należy poszukiwać przyczyn pewnej, także i militarnej ich bierności, która skutkowała tym, że Brygada mogła maszerować na Zachód. W pewnym momencie, siłą rzeczy, dotykamy śląskiego, a nawet dolnośląskiego wątku tego przemarszu. Tędy bowiem biegła część szlaku, jednostka szła przez okolice Lublińca i Otmętu, następnie jeszcze w styczniu, kiedy coraz bardziej okrążany Wrocław stawał się Twierdzą, bronioną potem aż do maja, Brygada szykowała się do przejścia przez Sudety. Do dziś zachowało się niezwykle malownicze zdjęcie, wykonane podobno 4 lutego 1945 roku, na którym kolumna żołnierzy maszeruje obok cmentarza w Boguszowie Gorcach, wszystko w śnieżnym krajobrazie. Poza tym to w Ząbkowicach lub Bobolicach odbywały się jedne z wielu rozmów z Niemcami. Jako zarzut można postawić dowództwu Brygady to, że czołową rolę w tych rozmowach odgrywał Hubert Jura ps. Tom, współpracownik Gestapo, być może polityczny kolaborant, postać co najmniej kontrowersyjna, choć jego całościową ocenę należy zostawić kompetentnym i bezstronnym badaczom. Z drugiej strony trzeba też uczciwie powiedzieć, że wielkiego pola manewru chyba tu akurat nie było. Niemniej jako symbol należy potraktować fakt, że ludzie w polskich mundurach, jako zwarta jednostka z bronią w ręku, przebywali tu kilka miesięcy przed tzw. wyzwoleniem.

Przemarsz ponad 1000-osobowego oddziału, mimo unikania oficjalnych walk i pozorowania rozmów politycznych, całkowicie pokojowy jednak nie był. Dla przykładu 15 lutego 1945 roku w okolicach Starego Lisieńca Brygada oswobodziła kolumnę polskich więźniów z powstania warszawskiego, z których spora część zasiliła jej szeregi. W kolejnych miesiącach jednostka przebywała na terenie Czech, ciągle obawiając się rozbrojenia. Na taką okoliczność przewidziano rozwiązanie polegające na tworzeniu z żołnierzy kilkuosobowych grup i podejmowania samodzielnych prób przedzierania się na Zachód. W tym kraju nawiązano również kontakty z miejscowym ruchem oporu. W końcowym okresie wojny Brygada nawiązała łączność z amerykańską 3. Armią dowodzoną przez generała Pattona i podjęła walkę z Niemcami, między innymi wyzwalając kobiecy obóz koncentracyjny w Holiszowie dniu 5 maja i biorąc udział w walkach w dniu następnym. Między innymi te działania doprowadziły do uznania Brygady przez Amerykanów, a szczególnie przez generała Pattona, za siłę sprzymierzoną i odmowy wszelkich rozmów na temat wydania jej żołnierzy władzom komunistycznym, choć jednostkę trzeba było rozwiązać. Amerykanie wcielili jej członków do swoich kompanii wartowniczych, jednostek pomocniczych odgrywających niejaką rolę w pierwszych latach okupacji Niemiec.  Również środowisko rządu w Londynie nie sprzyjało tej grupie, o której Elżbieta Cherezińska w swojej powieści “Legion” napisała, że „nie poddali się nikomu”. No cóż, taka była polityka zdominowana przez określoną narrację w świecie, gdzie dominowały dwa obozy polityczne. Dlatego właśnie chciano zafałszować, a najlepiej zatrzeć w pamięci historię tych niepokornych ludzi. Tym bardziej więc obchodząc od kilku lat Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych pamiętajmy o nich, bo na to zasłużyli.

autor: Piotr Sutowicz

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ