Michał Mońko: Prawda cenniejsza od legendy

Lech wałęsa nowy.jpg

Wiosną siedemdziesiątego szóstego szukałem w Kombinacie „Huta Lenina” budowniczego Nowej Huty, murarza Piotra Ożańskiego, który w opowieściach książkowych i w filmie „Człowiek z marmuru” występuje jako Birkut.

W gazecie „Głos Nowej Huty” trafiam na Bogusława Dziekana, dawniej redaktora radiowęzła „Echo” i pisma „Budujemy Socjalizm”.

„A, widzi pan! – mówi Dziekan. – Myślał pan, że spotka tu Birkuta? Ha! Birkut w niczym niepodobny do Ożańskiego. Birkut i Ożański to dwaj różni ludzie. Którego pan spodziewa się spotkać? Ożańskiego czy Birkuta?”

Wyjaśniam, że chcę spotkać obydwu. „Oni się rozeszli – powiada Dziekan. – Zresztą nigdy nie byli razem. Nie ma Ożańskiego. Jest legenda Ożańskiego. I jest prawda żywego Ożańskiego z Huty. Którego pan wybiera?”

Prawda cenniejsza od legendy

Wybrałem prawdę żywego Ożańskiego. Prawdę, która okazała się ciekawsza od legendy utrwalonej w opowieściach książkowych i filmowych. Tamto poszukiwanie prawdy o Piotrze Ożańskim, wysiedleńcu spod Jarosławia na Mazury w ramach Akcji Wisła, daje się dzisiaj porównać z poszukiwaniem prawdy o Lechu Wałęsie.

Podobieństwo prawdy o Ożańskim i o Wałęsie narzuca się samo, gdy spojrzeć na sposób kreowania, wykorzystania i porzucenia obydwu bohaterów. Ożańskiego wykorzystywały służby wojskowe i cywilne, kreowała propaganda, a wykorzystywał aparat ZMP i PZPR. Wałęsę prowadziły albo usiłowały prowadzić służby, kreowała partia i ludzie wiszący u klamki służb i partii, wykorzystywali połamańcy z wyskubanymi ogonami z dawnej PPR, z niedawnej PZPR i PAX.

Wałęsę poznałem na sierpniowym strajku w osiemdziesiątym roku. Wcześniej zetknąłem się z Walentynowicz, która 25 stycznia 1971 uczestniczyła w spotkaniu z Edwardem Gierkiem w gmachu WRN w Gdańsku. Niespełna dziewięć lat później, 19 sierpnia 1979 w Stoczni Gdańskiej, rozmawiałem z Walentynowicz na bankiecie, wydanym przez dyrekcję w dużej stołówce na cześć wizyty Edwarda Gierka.

14 sierpnia 1980 roku od wczesnego rana byłem na strajku w Stoczni Gdańskiej. Miałem wstęp do małej Sali BHP, gdzie od 18 sierpnia przebywało Prezydium MKS. Moja obecność z Wałęsą jest utrwalona na zdjęciach, które udało mi się zachować. Wielokrotnie rozmawiałem z Wałęsą, z Gwiazdą, z Walentynowicz, z delegatami zakładów. Wszyscy byli wówczas na „ty”. Wałęsa był Lechem, Walentynowicz była Anią, Gwiazda Andrzejem.

Zapamiętałem Wałęsę jako trybuna strajku. W ciągu godzin, a nie dni, zyskał powszechny szacunek i poważanie u stoczniowców, u portowców, u tramwajarzy i autobusiarzy. Piętnastego sierpnia spytałem Gwiazdę, jak widzi Wałęsę. Odpowiedział: „Trybun. Ale nie daj Bóg, żeby podejmował samodzielnie decyzje”. A jednak takie decyzje podejmował. Był mistrzem rozgrywania trudnych sytuacji na swoją korzyść.

Prezydium na pasku Wałęsy

W poniedziałek 18 sierpnia Prezydium MKS miało ograniczyć Wałęsę w podejmowaniu samodzielnych decyzji. Ale Wałęsa znalazł na to radę. Wszedł na podium w dużej Sali BHP, dmuchnął w mikrofon i powiedział do delegatów. „Wiecie, z tym Prezydium to może być różnie. Proponuję, żebyście dali mi prawo weta wobec stanowiska Prezydium”. I delegaci dali Wałęsie takie prawo. Odtąd Prezydium MKS szło na pasku Wałęsy.

Prowadzić strajk to niewyobrażalne wyzwanie. Nikt nie planował strajku na dni i tygodnie. Strajki w Stoczni Gdańskiej w latach siedemdziesiątych trwały dwie, trzy, rzadko cztery godziny. Strajk sierpniowy najpierw miał być protestem, potem niedługim strajkiem, a w końcu stał się strajkiem osiemnastodniowym. Od początku był problem jedzenia, miejsc do spania etc.

Prezydium spało w fotelach w małej Sali BHP, a stoczniowcy spali na deskach, na blachach w halach, nawet na zwojach drutu na placach montażowych. Wałęsa polegiwał na dwu zsuniętych niewielkich fotelikach. Był chory albo czuł się chory. Raz po raz „ktoś z miasta” przychodził do niego, klękał przy fotelikach, szeptał do ucha. Jedni szli później do Komitetu Wojewódzkiego, drudzy do Komendy Wojewódzkiej.

Zakończenie strajku w sobotę 16 sierpnia przypisuje się Wałęsie. Niesłusznie. Decyzję o zakończeniu strajku podjął Robotniczy Komitet Strajkowy Stoczni Gdańskiej, akceptując tekst porozumienia, zredagowany przez dyrektora Gniecha:

„Niniejszym poświadczam, że wprowadzam korektę płac z dniem 1 września 1980 r. w ramach obowiązującego systemu płac, w tym na bazie tabeli 7 w wysokości uzgodnionej w ramach posiedzenia Komitetu Strajkowego i Dyrekcji Stoczni. Dotyczy to pracowników akordu, dniówek i umysłowych…”

Pod tekstem z prawej podpis: „Dyrektor Stoczni mgr inż. Klemens Gniech”. Nie było żadnego podpisu Lecha Wałęsy. Na kopii umowy dyrektor zrobił odręczną notatkę: „Oryginał pisma został złożony w kancelarii tajnej, zgodnie z uchwałą Komitetu Strajkowego z określoną sumą”. Znowu (nieczytelny) podpis dyrektora Gniecha.

Na koniec dyrektor powiedział: „No i, jak się umówiliśmy, gwarancję wypłaty każdemu 1500 złotych składamy do sejfu w tajnej kancelarii. O wysokości podwyżek nie powinno się mówić, to sprawa wewnętrzna Stoczni Gdańskiej. Bo wiecie, powiemy 1500, a za płotem zechcą 2000, a może więcej”.

Podszepty wysłanników partii i służb

Strajk nie zakończył się w sobotę, ale mógł upaść w niedzielę albo w poniedziałek 18 sierpnia, także w czwartek 21 sierpnia, kiedy to niektóre wielkie zakłady przystąpiły do rozmów z wicepremierem Tadeuszem Pyką, wysłannikiem Edwarda Gierka. Nad wieczorem w sobotę i w niedzielę Stocznia Gdańska była niemal pusta. Można było doliczyć się osiemdziesięciu stoczniowców.

W poniedziałek 18 sierpnia Wałęsa z innymi stoczniowcami stoczył prawdziwa bitwę pod bramą numer 2, chciał, żeby gromadząca się pod bramą załoga weszła do Stoczni i strajkowała. Trzy dni później znowu Wałęsa nie dopuścił, by MKS przystąpił do rozmów z Pyką w gmachu WRN w Gdańsku. To zadecydowało o klęsce misji Pyki i przystąpieniu wszystkich zakładów Wybrzeża do MKS w Stoczni Gdańskiej.

Zdarzenia miedzy 16 a 21 sierpniem uświadomiły mi, że Wałęsa, mimo podszeptów wysłanników partii i służb, przeszedł na jasną stronę mocy. Zacząłem patrzeć na niego z sympatia i szacunkiem, mając świadomość, że od czasu strajku w 1970 jest uwikłany w jakieś sidła SB. Zresztą byłem w grudniu 1970 na Wybrzeżu i wiedziałem, że wszyscy ówcześni przywódcy grudniowych strajków musieli podpisać.

Gdy 2 sierpnia 1980 wróciłem z Gdańska do domu, powitała mnie w przedpokoju żona: „Boże, takie wielkie zwycięstwo!” Na to ja: „Uciec do puszczy i hodować pszczoły”. Żona spytała: „Co ty mówisz?”. Odpowiedziałem: „Wałęsa jest agentem”. Żona rozpłakała się: „Zaraz obiad. Szampan. Cioci serce pęknie jak powiesz, że Wałęsa jest agentem”. Przyrzekłem, że nie powiem. I nigdzie publicznie nie głosiłem, że Lechu agentem. Zresztą, nie chciałem w to wierzyć.

A gdzie odpowiedzialność innych?

Rewelacje o agenturalnej przeszłości Lecha Wałęsy nasiliły się po roku 1992, gdy ukazała się „Lista Macierewicza”. Ale to nie „Lista Macierewicza” rozkręcała powszechny osąd Wałęsy. Coś się zdarzyło w środowisku gdańskich działaczy związkowych, gdy Wałęsa nie wziął do Belwederu założycieli WZZ. Dzisiaj jest to już prawdziwe tsunami oskarżeń Wałęsy.

Donosy to okropna sprawa nawet wówczas, gdy nie wyrządziły znaczniejszych krzywd. Ale dlaczego w tych oskarżeniach wyróżniony jest tylko Wałęsa? Czyżby brakowało na Wybrzeżu i w Warszawie donosicieli, których donosy spowodowały aresztowania, a nawet śmierć? Czyżby brakowało funkcjonariuszy UB/WSI/SB, którzy znęcali się, torturowali, zabijali?

Wałęsa nie rabował, nie należał do ORMO, nie był członkiem PZPR. Nie rozkułaczał kaszubskich gospodarzy, a dzieciom z rozkułaczanych domów nie zabierał lalek. A przecież to stoczniowcy z opaskami ZMP rozkułaczali Kaszubów. To stoczniowcy z opaskami ZMP sądzili innych stoczniowców i wyrzucali ich z pracy. Nikt ich nie zna?

Stocznia była utkana funkcjonariuszami i konfidentami. Było ORMO, czyli ucho i oko SB. Był Klub Oficerów Rezerwy, wypróbowani towarzysze walki o prawdziwe oblicze socjalizmu w Polsce. Była PZPR, ostoja komuny w Stoczni. Był wreszcie ZMS/ZSMP i Liga Kobiet, organizacje kontrolujące prawomyślność. Była stoczniowa placówka SB.

Z kim funkcjonariusze SB prowadzili systematyczne rozmowy? Z członkami partii. Z kim mieli kontakt codzienny? Z sekretarzami partii i z przewodniczącymi ZMS/ZSMP. Ogląd codzienny zapewniały podsłuchy i telewizja przemysłowa, odbierana przez niejakiego Kitę, szefa Biura Dyrekcji. Miał on wspólny sekretariat z dyrektorem Gniechem. Można zatem spytać, po co były donosy Wałęsy?

Znam donosicieli, którzy w stanie wojennym wyrządzili wiele krzywd i dorobili się potężnych majątków. Znam takich, którzy pracowali dla sowieckiej Smierszy, a gdy zmarli, chowali ich biskupi. I nie słyszę, żeby ich ktokolwiek oskarżał. Nie słyszę o sędziach winnych zbrodni sądowych. Nie słyszę o konfidentach, których donosy oznaczały śmierć dziesiątków i setek ludzi. Znam grzeszników, działaczy ZMP, współpracowników UB/SB, którym dzisiaj stawia się pomniki.

Czy ten jazgot nad Wałęsą ma zagłuszyć rzeczywiste zbrodnie na Polakach. Bo przecież, na litość Boską, Wałęsa nie był zbrodniarzem! Był zaplątany w sieć SB. I nie jest w stanie z tej sieci się wyplątać. To tragiczne. Ale tragicznego człowieka nie wolno zabijać.

Przyklejeni do Wałęsy

Na początku lat dziewięćdziesiątych, chciałem drukować cykl reportaży o sierpniowym strajku. Pierwszy reportaż zaniosłem do Tygodnika Solidarność. Ale ówczesny redaktor naczelny Tygodnika nie dopuścił do druku. „No, zaraz Mońko napisze, że to on robił strajk w Stoczni Gdańskiej” – powiedział. No i moja bogata dokumentacja strajków na Wybrzeżu nie została wykorzystana.

W roku 1994 pojechałem samochodem telewizyjnym do Mołodycza pod Jarosławiem, gdzie się urodził Ożański, następnie odwiedziłem Nową Hutę. Ożański już nie żył od sześciu lat, ale żyła pamięć o nim. Postanowiłem tę pamięć utrwalić na taśmie Beta SP.

Świadkowie historii mówili do kamery, że Ożański był sztandarem i transparentem Nowej Huty. Inni widzieli tragizm Ożańskiego. Opowiadali, jak to działacze ZMP/PZPR robili kariery, przyklejając się do twarzy, do nazwiska Ożańskiego. Nawet w Berlinie, chyba w 1953, na festiwalu, gdzie z ZMP była też Walentynowicz, Bierut filmował się z Ożańskim.

Wałęsa był synem Birkuta? Mówiono, że bohater filmu „Człowiek z Żelaza”, to jednak Wałęsa. Sztandar i transparent, symbol Rewolucji Solidarności. Zaraz po sierpniowym strajku, Wałęsa pojawiał się publicznie zawsze w asyście Geremka i Mazowieckiego. Aniołowie stróże? Nikomu nieznani albo mało znani funkcjonariusze PPR/PAX/PZPR, przyklejając się do Wałęsy, zrobili kariery posłów, senatorów, prezesów i dyrektorów, a nawet kariery premierów nowej Polski.

Patrzę na obraz Wałęsy i jest mi niezmiernie żal. Gdyby to był tamten sierpień, to bym powiedział: „Lechu, powiedz im i niech Ci dadzą spokój”. Dzisiaj wypada mówić z respektem i szacunkiem: „Panie Prezydencie! Larum grają! Kraj podzielony! Nieprzyjaciół w granicach pełno! A ty się nie zrywasz? Prawdy się nie chwytasz? Przed narodem nie stajesz? Co się stało z Tobą, przywódco Solidarności?”

Ciotka mojej żony, Anna, trzymała dwa obrazki: Jana Pawła II i Lecha Wałęsy, Człowieka z Żelaza. Trzymała te obrazki do swojej śmierci. Nigdy nie śmiałem jej powiedzieć, że jednak Wałęsa nie był z żelaza i że trzyma jeden obrazek nadaremnie. Bo czy rzeczywiście nadaremnie?

autor: Michał Mońko

źródło: gazeta Obywatelska

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ