Pawlas: Nierządny samorząd

Nie mogło być inaczej. W Polskiej Rzeczpospolitej Grubokreskowej samorząd terytorialny stał się wielopokoleniową mafią lokalną, nierzadko konserwującą komunistyczną przeszłość.

Wielokadencyjnego prezydenta sopockiego uwolniła od prokuratorskich zarzutów sędzia, która po trzech latach orzekania, przeszła w stan spoczynku za 6,7 tys. zł miesięcznie.

Lubelskiemu prezydentowi CBA zarzuciła naruszenie ustawy antykorupcyjnej, ale on odgraża się, że nie zrezygnuje z urzędu. Powołuje się na poparcie społeczeństwa obywatelskiego, gdy podczas sesji rady miasta, rozpatrującej jego sprawę, pod ratuszem zgromadziło się… 1,5 tysiąca mieszkańców.

Reklamujący się swym odmieństwem seksualnym słupski prezydent, nie ustaje w propagowaniu ideologii gender. Mieszkańcy organizują marsze modlitewne, by uchronić miasto przed „deprawacją i degradacją”.

Lokalna monopolizacja władzy, wymykająca się spod kontroli społecznej, skutkuje nieprawidłowościami finansowymi, co wykazały ostatnie kontrole CBA w urzędach marszałkowskich – eldorado rozdawnictwa unijnych funduszy. Szczycącemu się stuletnią tradycją publicznemu przedszkolu Caritas przy ul. Teresińskiej, stołeczny magistrat skąpi 6 mln zł na rozbudowę, podczas gdy prezydentka hojną ręką (ponad 450 mln zł) dofinansowała budowę stadionu Legii.

Władze większości miast w rękach koalicji SLD-PO-PSL nie zauważyły ich wyludniania (m.in. Łódź, Katowice, Kraków). Nie zapewniły odpowiednich warunków życia mieszkańcom, którzy emigrują za granicę, bądź do wielkich aglomeracji. Dzielnie natomiast pilnują komunistycznej przeszłości. W Lublinie urząd miasta blokuje inicjatywę mieszkańców, zmierzającą do zmiany nazewnictwa ulic. W stolicy, stojący w Parku Skaryszewskim pomnik „wdzięczności sowieckim wyzwolicielom”, jest najlepiej chronionym obiektem (stały monitoring, a podczas imprez masowych, np. ostatniego szczytu NATO – zastępy policji). Nie brakuje takich „odlotów”, jak ogłoszenie Gdańska – Wolnym Miastem (prezydent chce też prowadzić własną politykę imigracyjną), czy Poznania – miastem otwartej gender tolerancji.

Dożywotni fachowcy

Większość prezydentów dużych miast należy do PO, większość wójtów do PSL, ale generalnie – prezydenci, burmistrzowie i wójtowie deklarują się jako bezpartyjni, reprezentujący lokalne porozumienia organizacji społecznych bądź grup interesów (często jednak ukrywający swe polityczne sympatie). Niemniej upolitycznienie lokalnych władz może przynosić negatywne skutki dla mieszkańców. Nie brakuje przecież przykładów sabotowania rządowych programów (500+, mieszkanie+), nie mówiąc o torpedowaniu reformy edukacji czy wyprzedaży szpitali, by zdążyć przed reformą służby zdrowia.

Można wiele mówić o demokracji, ale w sytuacji, gdy lokalne organy wykonawcze nie zmieniają się od lat 90-tych, jest ona cokolwiek umowna. Być może ze stołecznego punktu widzenia tego nie widać, bo Schetyna podczas ostatniej rady krajowej PO odgrażał się, że „nie pozwolimy na zabór polskiej samorządności”, co więcej – „ogłosimy referendum na temat niezależności samorządu”. PO coraz bardziej „odkleja się” od rzeczywistości.

Tymczasem już trzecia kadencja stołecznej prezydentki – obfitująca w afery (150 prokuratorskich śledztw w biznesie roszczeniowo-zawłaszczeniowym) i nie podjęte (brak mostów na Wiśle) czy przedłużające się inwestycje (metro) – udowadnia ponad wszelką wątpliwość, że wieloletnie sprawowanie władzy nie daje pozytywnych rezultatów.

Sprzysiężenie biznesowo-towarzyskie

Po 16 latach samorządzenia, mazowiecki urząd marszałkowski rozrósł się do bizantyjskiego dworu, zaś marszałek (po wielu egzotycznych podróżach) wpędził województwo w długi. Zaczynał karierę jako obrońca mieszkańców przed „szkodliwym” promieniowaniem radiostacji (zredukowana, zmniejszyła zasięg nadawania do kontynentu europejskiego, przedtem obejmowała cały świat). Teraz proklamuje ruch obrony demokracji samorządowej.

Gdańskiego prezydenta, urzędującego już piątą kadencję, który jakimś cudem dorobił się siedmiu mieszkań, ogłoszono przedsiębiorcą roku (zatrudniał sam siebie w spółce miejskiej).

Po piętnastu latach (cztery kadencje) krakowski prezydent jest nie do ruszenia, nawet gdy miasto propagowało (kosztem podatników) organizację igrzysk olimpijskich. Dzięki temu szefowa kampanii reklamowej Magdalena Sroka awansowała na dyrektora Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej.

Wielokadencyjność nie ma wiele wspólnego z demokracją, ale pozwala tworzyć rozległe (także wielopokoleniowe) układy, pozostające poza kontrolą społeczną i prawną (z reguły sądy umarzają jazdę „po pijaku”, a skarbówka nie jest zbyt dociekliwa).

Rządzący od lat 90. burmistrz Nowych Skalmierzyc pozwala sobie mobingować pracowników urzędu miejskiego, zaś burmistrz Sulmierzyc – przyłapany przez CBA na łapówce, apeluje od wyroku – dzięki przychylności sądu, jako „psychiczny”.

Rada przyklepie

Samorządowe układy byłyby do utrzymania bez aprobaty rad (czyli organów stanowiących). Nierzadko też radni pozostają bezradni wobec supremacji organu wykonawczego (wójt, burmistrz, prezydent), czego widocznym przykładem są choćby centra handlowe, likwidujące przecież lokalny handel i rzemiosło. Gdy radni Nowogardu przyjęli uchwałę popierającą pomysł PiS o ograniczeniu kadencji organu wykonawczego, burmistrz stanowczo sprzeciwił się jej, bo to uchwała polityczna. PiS nie ma poparcia w samorządzie.

Mieszkańcy Koszalina od lat domagają się powołania województwa środkowopomorskiego. Ich reprezentanci – w większości radni PO-PSL – są przeciwni. To paradoksy demokracji, tak jak sankcjonowanie lobby „alkohole 24h”, którego placówki powstają jak grzyby po deszczu – wbrew mieszkańcom. Nie brakuje takich kwiatków, jak we Wschowie, gdzie radna z zarzutem za handel narkotykami (sąd miłosiernie uchylił tymczasowy areszt) – działa jakby nigdy nic w komisji rewizyjnej.

Ukształtować elektorat

Mówi się, że wieloletnie organy wykonawcze mają zaufanie wyborców, więc mogą rządzić wiele kadencji. Coś w tym jest, bo taki wójt czy prezydent to przecież pracodawca. Załatwi pracę, mieszkanie komunalne, koncesję, złoży zamówienie. Wytworzona wokół niego otoczka klientów, beneficjentów (i ich rodzin) zapewni mu bezkonfliktowe rządzenie (i dorabianie się) nawet bez poparcia społeczeństwa. Te zaś, w miarę upływu jego kadencji, obojętnieje, zniechęca się, nie widząc możliwości zmiany. Zostaje wykluczone z demokracji. Chociaż PiS wygrał wybory w większości sejmików, to jednak powstające koalicje PO-PSL niweczą to zwycięstwo.

Nie jest tajemnicą, że samorządowe organy wykonawcze dysponują lokalnymi mediami. I jak tu prowadzić szeroką debatę publiczną, nie mówiąc o krytyce władzy. Jak budować świadomość społeczną, motywującą mieszkańców do aktywności, do przeciwstawiania się samorządowej patologii. Trzeba niezależnych mediów, aktywizujących obywateli.

Tymczasem wybory organizują ci, którzy są wybierani, a elektoratem są ci, którzy mają korzyści z tak realizowanej demokracji.

Szok dwóch kadencji

20 proc. pomyłek w wyborach samorządowych w 2014 roku to fenomen niespotykany w cywilizowanych demokracjach, którym wszakże nie byli zdziwieni tacy obrońcy demokracji jak Bronisław Komorowski i Andrzej Rzepliński. Obdarowany takim zrządzeniem losu PSL utrzymuje, że wielokadencyjność nie jest żadnym problemem. A PiS boi się samorządów i zmienia ordynację wyborczą, by wygrać wybory. Trzeba jednak przyznać, że PSL – prowincjonalny potentat samorządowy – ma trochę racji. Wielokadencyjność nie musi być problemem, bo zapisy konstytucyjne przewidują referendum, zdolne odwołać wybrane organy samorządowe. Niemniej jednak co innego zapisy, a co innego praktyka. Któż bowiem „podskoczy” lokalnej sitwie, która może też do wyborów „delegować swoich”, nie zmieniając istniejącego układu.

Projekt ucywilizowania wyborów samorządowych (przeźroczyste urny, kamery, publiczne liczenie głosów) oraz władz lokalnych (dwukadencyjność) wywołał popłoch w zasiedziałych strukturach terytorialnych. „Proponowany przez Kaczyńskiego prorosyjski wzorzec ordynacji oznacza ograniczenie biernego prawa wyborczego i wprowadzenie mechanicznej, a nie demokratycznej zmiany władzy. Jest to mechanizm sterowania demokracją lokalną”– wypisuje sobie w internecie stołeczna prezydentka.

Opozycja wymachuje rzymską zasadą, że prawo nie działa wstecz, ale nie pamiętała o niej, gdy zmieniano wiek emerytalny, gdy nacjonalizowano OFE. Z drugiej strony – jak reformować państwo (ustrój) bez opcji zerowej. Inaczej nigdy nie wyjdziemy z grubokreskowego grajdoła.

autor: Jerzy Pawlas

źródło: gazeta Obywatelska

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ