Politycy PO ratują obywatela, który zderzył się z państwem PiS. A o zderzeniach z państwem PO jeszcze pamiętają?


Politycy PO ratują obywatela, który zderzył się z państwem PiS. A o zderzeniach z państwem PO jeszcze pamiętają?

W minionym tygodniu Oświęcim nawiedziło pół Platformy Obywatelskiej, a przynajmniej większość jej prominentnych działaczy. Był Grzegorz Schetyna i Ewa Kopacz, Sławomir Neumann i Tomasz Siemoniak, Borys Budka i Małgorzata Kidawa-Błońska. Pofatygował się tam i Andrzej Halicki.

Jesteśmy tu dlatego, by pokazać solidarność z tymi, którzy patrzą na to, co wydarzyło się w Oświęcimiu. Z tymi wszystkimi, którzy zderzyli się z omnipotencją państwa PiS

— mówił Grzegorz Schetyna.

Ta „szczera” troska o obywateli, aż prosi się o przypomnienie zderzenia z państwem POPSL innych obywateli – Karoliny i Tomasza Elbanowskich. A nie było to zderzenie przyjemne. Wszystko zaś zostało bardzo ciekawie udokumentowane w książce „Ratuj Maluchy”.

Nas było tylko czworo, z małymi dziećmi, ciążą i normalną etatową pracą. Przeciwnik dysponował pięcioma piętrami gmachu przy alei Szucha, z setkami korytarzy i gabinetów, w których zasiadały nieprzebrane zastępy urzędników. Oni mieli wielomilionowy budżet, limuzyny, komputery, drukarki, pieniądze na  każdą nadgodzinę i na premie. My robiliśmy wszystko na jednym starym laptopie. Gdy nie mieliśmy gotówki na wymianę przetartego kabla, akcja w dosłownym znaczeniu wisiała na włosku. A jednak, gdy przypomnę sobie sposób naszego działania, czyli do późnych godzin nocnych albo i do rana, często przez całe weekendy, myślę, że ministerstwo w całym swoim urzędniczo-proceduralnym bezwładzie nie miało z nami żadnych szans. Gdy my przekraczaliśmy granice doby, urzędnicy ministerstwa za kwadrans 16:00 siedzieli ze spakowaną teczką na kolanach, patrząc tęsknie w stronę drzwi. Gdyby Katarzyna Hall potraktowała nas wtedy po ludzku i zaczęła z nami rozmawiać, skierowałaby naszą energię w inną stronę. Wystarczyłoby, gdyby zleciła nam opracowanie uwag albo zajęła nam czas cyklicznymi spotkaniami z urzędnikami. Gdyby dała nam choćby niewielką możliwość wpływania na rzeczywistość, nasz impet nie budowałby coraz silniejszego ośrodka oporu. Na to jednak zabrakło jej i sprytu, i pokory. Wolała nas lekceważyć

—piszą autorzy książki „Ratuj Maluchy”, przypominając z jaką powagą traktowało państwo PO obawy rodziców.

Teraz oczywiście politycy Platformy zmienili podejście i w każdy głos rodziców wsłuchają się z uwagą. Wtedy jednak czas był inny, słuchać obywateli nie było trzeba. Co więcej, gdy okazało się, że opór rodziców jest większy niż spodziewała się tego administracja państwowa, politycy PO ruszyli do walki z rodzicami.

Mniej więcej w tym czasie do walki z nami na dobre ruszyła Ligia Krajewska, wówczas szefowa gabinetu politycznego ministra edukacji. Dziś na swojej stronie pani poseł pisze: „Uczestniczę w wielu akcjach społecznych; współpracuję z organizacjami pozarządowymi, wspierając ideały niezależności, obywatelskości i samorządności”. Przestrzegamy jednak wszystkie organizacje społeczne i pozarządowe, że pani poseł niezależność i obywatelskość definiuje w sposób odmienny niż przeciętny człowiek. Ale po kolei. Ligia Krajewska od początku zapałała do nas żywą nienawiścią. Jako szefowa gabinetu politycznego ministra była poniekąd odpowiedzialna za wizerunek reformy w mediach. A my ten wizerunek bezceremonialnie kompromitowaliśmy. W kuluarach rozpowiadała, że za naszą stroną internetową muszą stać niesamowite pieniądze, że Tomek jest z PiS-u, a ja „na prawo od LPR -u”. Na nasz widok szeptała na ucho naszej znajomej dziennikarce: „Ciekawe, ile to dzieci dziś przyprowadzi pani Elbanowska?”. Jesienią 2008 roku dziennikarze powiedzieli nam, że Ligia Krajewska kolportuje plotkę, iż podpisy pod akcją „Ratuj Maluchy” wpisujemy sami. Wtedy było ich zaledwie 37 tysięcy, ale nawet taka liczba robiła na urzędnikach piorunujące wrażenie i w swej obywatelskiej autentyczności mogła się wydawać groźna. (…)

Na samym początku odbieraliśmy przede wszystkim maile od rodziców, którzy włączali się do protestu i przesyłali własne doświadczenia. Nawet osoby mające przeciwne niż my zdanie na temat obniżenia wieku szkolnego nie powinny odczuwać wobec nas negatywnych emocji. Zresztą jak w pewnym momencie się zorientowaliśmy, nie wszyscy ludzie rozróżniają najważniejsze osoby publiczne w kraju. (Kiedyś nawet zadzwonił do fundacji jakiś ojciec i opowiadając o problemach swojego dziecka, przy okazji spytał, jako że wydaliśmy mu się dobrze zorientowani, kto jest teraz u władzy). Tym bardziej nikt normalny, kto oszczędza zasoby pamięciowe swojego mózgu na naprawdę ważne sprawy, nie miał powodu kojarzyć jakiegoś małżeństwa Olbanowskich z Józefowa (takie wersje też szły w mediach). Nikogo nie obrażaliśmy, nie nawoływaliśmy do dymisji minister Hall. Mówiliśmy tylko to, co było powszechnym doświadczeniem rodziców — szkoły w Polsce są w finansowej zapaści. Tymczasem po audycjach w radio czy w telewizji, w których dyskutowałam z panią poseł Ligią Krajewską, bardzo często przychodziły inne maile, charakterystyczne w stylu i ortografii. „Normal parents «malpa@malpa.pl» Mamy nadzieję, że po tych żałosnych wypowiedziach p. Karoliny na antenie VOX FM większość przejży na oczy i wycofa swoje poparcie tej jak bardzo zacofanej inicjatywie. Proponujemy kobieto «z zachodu» wziąć się za wychowywanie bachorów nie za występy w radio. Normalni rodzice”. Na forumrodzicow.pl, prowadzonym przez Stasia Matczaka, również pojawiały się podobne wpisy, sygnowane przez wirtualne Niny, Aliki, Aliny i Mamamimy. Dość znamienne było to, że większość z nich pisana była dużymi literami i bez polskich znaków. Wiedzieliśmy, że musi je pisać jedna osoba. Nie tylko ortografia, ale też ich styl był nie do podrobienia. Ale dopiero Maja Majewska-Kokoszka swoim detektywistycznym umysłem połączyła pewne fakty. O co chodziło? Nie powiemy. Ciekawym polecamy film „Ścigany” z Harrisonem Fordem, a szczególnie wyjaśnienie głównej zagadki. Ale motywy niczym z thrillera nie przekonały Stasia, że za agresywnymi wpisami stoi wysoki urzędnik ministerstwa edukacji. Był zbyt prostolinijny i uczciwy, żeby móc w to uwierzyć. Przekonywał nas, że na Wirtualnej Polsce czy Onecie też jest mnóstwo takich wpisów. Do czasu. Pewnego dnia musiał przyznać, że nie docenił naszej detektywistycznej intuicji. Na forum pojawiły się w krótkim odstępie czasu dwa wpisy, jeden anonimowy, w charakterystycznym agresywnym stylu, i drugi podpisany przez szefową biura politycznego ministerstwa edukacji z imienia i nazwiska. Oba wysłane z tego samego adresu IP. „Szanowna Pani Matczak Kokoszka, Przykro mi, że Pani pozwala sobie na pisanie nieprawdy nigdy nie mówiłam, że ministerstwo dopuszcza 28-30 w klasie mówiłam o zapisie 25-ro dzieci, prawdą jest że w niektórych szkołach tak wygląda liczebność klas, większość pani relacji mija się z prawdą i chyba nie uchodzi osobie tak poważnej pisać nie koniecznie prawdę. Wiem, że zapewne zostanę zaatakowana ale piszę do Pani z nadzieją na przeproszenie jeżeli w ogóle powinnam mieć takową. Z wyrazami szacunku Ligia Krajewska”

—wspominają niezwykle życzliwą postawę ważnej polityk partii rządzącej Karolina i Tomasz Elbanowcy.

Hejtująca rodzicielską akcję posłanka PO, to był dopiero początek „zderzenia” z państwem POPSL, o którym szczegółowo można poczytać w książce „Ratuj Maluchy”. Jego kulminacją było odrzucanie przez Sejm kolejnych inicjatyw obywatelskich, podpisanych łącznie przez kilka milionów Polaków. Swoistym wyrazem troski o los obywateli było zaś zachowanie Stefana Niesiołowskiego w Sejmie.

Głośniej się drzyj

—wysyczał były polityk PO do jednej z mam, która była w parlamencie, w związku z czytaniem jednego z obywatelskich projektów.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że miłość polityków do obywateli jest funkcją wyborczego wyniku. Po przegranej znacząco (o dziwo!) rośnie.

autor: Dorota Łosiewicz

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ