Sutowicz: Demokracja tak, ale…

urna.jpg

Po długim okresie niejasności, powtórek i wad kleju do kopert uniemożliwiających przeprowadzenie wyborów w Austrii, koniec końców w grudniu ubiegłego roku, kraj ten dokonał wyboru prezydenta. Alpejska republika co prawda nie jest jakąś potęgą, ale przez chwilę uwaga całej Europy zdawała się być skupiona właśnie na niej. Przede wszystkim dlatego, że wynik głosowania w jakiś sposób mógł wpłynąć na pewne przesunięcie układu sił tak w polityce wewnętrznej jak i międzynarodowej.

Kandydat przegrany, Norbert Hofer, określany na wszelkich salonach mianem prawicowego populisty przegrał z kandydatem „zielonych”, Aleksandrem Van der Bellenem, który zdaje się miał za sobą poparcie całej dotychczasowej elity politycznej. Tym bardziej więc istotne jest, że podział społeczeństwa wypadł niemal po równo. Dla Polski i Europy środkowej wynik wyborczy w Austrii ma o tyle znaczenie, że kandydat przegrany, zdaje się, z sympatią patrzył na linię polityczną Grupy Wyszehradzkiej i deklarował wolę przystąpienia do niej swego kraju. Nie wiadomo, jak będzie się rozwijać sytuacja nad Dunajem. Jedno jest pewne, w myśleniu mieszkańców kraju zachodzą jakieś zmiany, którym uważnie należy się przyglądać i czekać na realną zmianę u steru władzy, która, zdaje się, prędzej czy później i tak nastąpi, chyba że będziemy świadkami tak szybkiej lewicowej przebudowy mentalności mieszkańców kraju i tak dużego napływu uchodźców, iż za chwilę zostaną tu tylko ruiny, a wówczas jedyne, co można będzie zrobić, to powtórzyć odsiecz wiedeńską.

Równolegle do wydarzeń w Austrii dokonało się referendum konstytucyjne we Włoszech, które przegrane zostało przez obóz władzy. Nie jest tu zbyt istotne, czy spór przebiegał po linii prawica-lewica, czy inaczej. Włosi zagłosowali przeciwko politykom. O ile więc po wyborach austriackich europejskie centra zarządzające odetchnęły, o tyle tu zaniepokoiły się widocznie. Jest oczywistym, że, pytając o możliwość centralizacji państwa, włoski premier podjął ryzykowną grę na rzecz centralizacji państwa, a skoro ta się nie powiodła, to po pierwsze przybyło paliwa ruchom secesjonistycznym w Italii, a po drugie wróży to kolejny kryzys rządowy, który, znając realia kraju, może się ciągnąć całymi miesiącami w sytuacji wymagającej bardzo sprawnego zarządzania krajem, tak z powodów ekonomicznych, jak i masowego napływu imigrantów. Można powoli zacząć się zastanawiać, czy Włochy przetrwają najbliższe kilkadziesiąt lat jako całość polityczna, chyba że… czas na nowego Mussoliniego. Patrząc na ten kraj jedynie z perspektywy demokracji, czyli tego, co społeczeństwo wyraża w poszczególnych głosowaniach, należy zadać pytanie wprost: co będzie, jeżeli ktoś rozpisze referendum w kwestii, czy podzielić państwo na: Padanię, Królestwo Obojga Sycylii i np. Państwo Kościelne bądź bardziej świecką Republikę Rzymską w środku, i okaże się, że zwolennicy tej opcji zwyciężą? Jeżeli odbywać się to będzie w dzisiejszych realiach politycznych, to oczywiście podniesie się międzynarodowy krzyk, który doprowadzi do takiej czy innej interwencji zbrojnej celem ratowania integralności terytorialnej Włoch wbrew mieszkańcom i ich demokratycznej woli. Jeżeli natomiast takich sytuacji będzie więcej, to elitom braknie sił i środków do interwencji, a wtedy zasięg ich władania ograniczy się do Brukseli i najbliższych okolic, jeżeli oczywiście pozwolą na istnienie takiej enklawy nacjonaliści Walońscy, którzy tam właśnie stworzą swoje państwo.

Przykładów na to, że demokracja dla większości współczesnych elit politycznych jest jedynie parawanem używanym w celu kontrolowania poszczególnych państw, jest oczywiście więcej. Już wiosną 2017 roku odbędą się wybory we Francji, które przyprawiają ją o dreszcze, nawet nie dlatego, że Marine Le Pen naprawdę jest taka nieobliczalna, jak się ją rysuje, a do tego chce z Francji uczynić wasala Rosji, lecz dlatego, że nie jest z „rodziny”. Jeżeli wygra, co wydaje się mimo wszystko mało prawdopodobne, to trzeba się będzie z nią liczyć, może zadawać niewygodne pytania i od czasu do czasu sprzeciwiać się oficjalnym posunięciom Unii Europejskiej, a w dalszej perspektywie zablokuje jej przekształcanie się w lewicowe superpaństwo. Istnieje również ryzyko, że zwycięstwo niezależnego kandydata na prezydenta w tak dużym państwie spowoduje impuls dla tworzenia się czegoś w  rodzaju prawicowo tożsamościowej międzynarodówki europejskiej, która w jakimś tam czasie wywróci z taką pieczołowitością budowany ład pożądany przez środowiska, które zdają sobie sprawę z tego, że niekoniecznie ich punkt widzenia popiera większość Europejczyków.

Trump, Le Pen, Hofer, Orban, Kaczyński – te nazwiska wydają się spędzać sen z powiek wielu architektów określonego międzynarodowego układu sił. Jednocześnie wiadomo, że wbrew pozorom obozy polityczne, które reprezentują, nie musi programowo wiele łączyć tak jak interesy narodowe ich krajów mogą być względem siebie antagonistyczne. Po prosu są nowi, przypisuje się im więc bardzo szybko wzajemne powiązania, by grupowo nadać im rolę barbarzyńców, przed którymi należy bronić demokracji – nieważne, że w swych krajach mają poparcie społeczne, nieważne też, czy naprawdę mają rację, czy nie. Ich społeczne istnienie jest „niesłuszne”, „szkodzi demokracji”. Być może więc coraz częściej z lewej strony polityki pojawiać się zaczną głosy, że obecna jej forma jest najlepszym rozwiązaniem ustrojowym w dziejach, ale… i tu pojawią się pomysły na to, że najbardziej demokratycznym pomysłem na uzdrowienie jest brak demokracji.

A tak a propos, od zawsze wiadomo, że słuszność nie leży po stronie większości, lecz tam, gdzie leży. Cały problem zamyka się w kwestii, kto i jak ma to rozstrzygać.

autor: Piotr Sutowicz

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ