Cywiński: Dobre, bo polskie, znaczy, niemieckie?

car-supermarket-1196791.jpg

„Nasze, polskie produkty” oraz „rodzimi dostawcy” – szczyci się Kaufland w swych sloganach reklamowych w naszym kraju. Skoro więc nasi dostawcy i nasze produkty są ich, można z tego wnioskować, że nasze polskie, to już nasze, znaczy ich, niemieckie… Bardzo ten handlowy makiawelizm zirytował Krystynę Pawłowicz, która postanowiła nie zasypiać polskich gruszek w niemieckim popiele…

Pani poseł napisała pismo do prezesa z urzędu od ochrony konsumentów (UOKiK), że Kaufland podszywa się, jakoby był polską firmą. Prezes Marek Niechciał przyznał jej rację i w efekcie niemieccy handlowcy ponoć nie będą już reklamować się, że sprzedają „nasze” jak swoje. Od siebie prezes Niechciał dodał:

Jednocześnie przedsiębiorca zaznaczył, że dla Kauflandu deklaracja zmiany haseł nie jest jednoznaczna z przyznaniem się do naruszenia przepisów.

Koniec sprawy? Jak dla mnie, nie. Pani poseł Pawłowicz dotknęła bowiem czubka góry lodowej. Niby mamy ustawę o ochronie języka, lecz w praktyce ochrony nie ma. Dość rzucić okiem na półki innych, głównie niemieckich sieci sklepów, od tych spożywczych po np. drogerie Rossmanna: stoją na nich zazwyczaj artykuły z niemieckimi nazwami, z umieszonym gdziś na odwrocie drobnym druczkiem objaśnieniem po polsku. W Niemczech, czy we Francji coś podobnego jest nie do pomyślenia. Obowiązuje słuszna zasada: jeśli obcy dystrybutorzy chcą sprzedawać towary w naszym kraju, muszą dostosować się do obowiązujących u nas zasad. A że sprzedawać chcą, szybko się dostosowują. U nas, jak widać, nie ma komu postawić sprawy jasno i egzekwować. Czy sami dla siebie nie mamy szacunku…?

Pamiętam symptomatyczną scenkę i to z salonów polityki: gdy za Jacquesa Chiraka na unijnej konferencji francuski minister finansów zaczął przemawiać po angielsku, prezydent wstał z krzesła i wyszedł na korytarz trzaskając drzwiami. Konferencję przerwano, zza drzwi dobiegł nas tylko podniesiony głos Chiraka, który obsztorcował ministra i ten, po powrocie na mównicę kontynuował wystąpienie po francusku… Nie chodzi wszakże tylko o dumę, ani o symbole, język to tożsamość, lecz także polityka, w tym historyczna. Na niemieckich mapach drukowane są z żelazną konsekwencją niemieckie nazwy naszych miast, miasteczek i siół, z tak „prastarymi” jak… Gnesen/Gniezno czy Tschenstochau/Częstochowa włącznie. Na naszych próżno szukać polskich odpowiedników niemieckich nazw geograficznych, świadczących o naszej niegdyś tam obecności i ich słowiańskim pochodzeniu, od Białej Wody/Weißwasser i Boczowa/Oranienburga, czy Ćwikowa/Zwickau, przez Kamienicę Saską/Chemnitz, Sośnicę/Sassnitz, czy Strzałów/Stralsund, po Żelazową Hutę/Eisenhüttenstadt i Żytawę/Zittau. A jest ich setki, jeśli nie tysiące.

Nie przeszkadza mi, gdy Niemcy nazywają Warszawę – Warschau, a Kraków – Krakau, przeszkadza mi i irytuje, jak poseł Pawłowicz sugestywne slogany reklamoweKauflandu, zarówno nasza, rodzima niedbałość o klientów i konsumentów w naszym własnym kraju, jak i kartograficzny tumiwisizm. I to nie tylko w odniesieniu do Niemiec. Przyznam, że skręca mnie, ilekroć czytam i słyszę z ust naszych tzw. dziennikarzy choćby w dziennikach telewizyjnych np. Kaliningrad zamiast Królewiec…

Więc jak będzie z tym przesłaniem Mikołaja Reja sprzed bez mała pół tysiąca lat, „iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają”, że zwrócę się imiennie do pana wicepremiera, ministra kultury i dziedzictwa narodowego Piotra Glińskiego, oraz pani minister edukacji narodowej Anny Zalewskiej? Skończymy na Kauflandzie?

autor: Piotr Cywiński

źródło: wpolityce.pl

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ