Burzenie i budowanie, czyli nowożytne odsłony wrocławskiego kościoła Jedenastu Tysięcy Dziewic

foto: http://fotopolska.eu/

Po zburzeniu w 1529 roku zabudowań klasztoru premonstratensów, kościoła św. Michała, pobliskiego kościoła Wszystkich Świętych i kaplicy św. Urszuli (o czym tutaj https://wdolnymslasku.com/2017/02/18/wroclaskie-skarby-jedyna-taka-urszula-we-wroclawiu/), mieszkańcy wrocławskiego Ołbina pozostawali bez własnego miejsca kultu religijnego. A podobno była to, według kronikarza Bartłomieja Steina, „potężna rzesza” Polaków. Rada miasta podjęła więc decyzję o powołaniu do istnienia nowej świątyni, tym razem protestanckiej, która służyłaby jako kaplica dla mieszkanek tutejszego przytułku oraz jako kościół parafialny.

Wzniesiono go w 1546 roku u zbiegu drogi do Trzebnicy i traktu oleśnickiego, zachowując z dawnego wezwania patronat Jedenastu Tysięcy Dziewic. Warto zauważyć, że protestanci na Śląsku unikali zbyt radykalnych zmian liturgicznych i obyczaju religijnego, tym samym chętnie pozostawali przy dawnych wezwaniach kościołów katolickich i zachowywali najcenniejsze elementy wystroju przejętych od katolików świątyń. Odbudowany od podstaw drewniany kościół był niewielki. W 1613 roku przeszedł ponowny remont, po którym otrzymał nowy ołtarz, kazalnicę i organy z fundacji bogatego szlachcica Walentego Säbischa i jego synów. Pod koniec XVII wieku proboszcz parafii dokonał spisu wszystkich ruchomości i nieruchomości należących do kościoła Jedenastu Tysięcy Dziewic, który dziś przechowuje Archiwum Państwowe we Wrocławiu. Wśród archiwaliów zachowały się dokumenty uposażeniowe parafii z XV wieku, korespondencja z królem i rajcami z następnego stulecia, spis ksiąg ksiąg ołtarzowych, śpiewników oraz srebrnych kielichów używanych podczas nabożeństw.

Początek wieku XVIII zaznaczył się w dziejach kościoła sporem z klasztorem premonstratensów, który zgłaszał pretensje do swoich dawnych gruntów. Przy okazji tego głośnego procesu proboszcz, Michael Hoffmann, spisał dzieje swojej parafii, wykazując jej związek z mieszkańcami Ołbina oraz władzami miasta, w końcu zachowała ona prawo do placu wokół kościoła i całości uposażenia. Otoczenie świątyni stanowił bagienny obszar wyznaczony dorzeczem Odry i licznymi ogrodami. W tym czasie przedmieścia Wrocławia ulegały pewnej degradacji, bogatsi mieszczanie poszukiwali dla siebie wygodniejszych warunków życia w rozwijającym się mieście. W zachodniej części Ołbina mieszkała niezbyt zamożna ludność zajmująca się uprawą sadów i połowem ryb. Mieszkańcy korzystali z karczmy, która znajdowała się niedaleko kaplicy. Okolica słynęła z przepędów bydła importowanego z Polski drogą trzebnicką, co nadawało temu miejscu specyficzny charakter. W tym czasie postanowiono o rozbudowie kompleksu świątynnego głównie ze względu na potrzeby funkcjonującego przy parafii przytułku dla kobiet, który otrzymał pomieszczenia w nowym budynku wzniesionym z zastosowaniem techniki tzw. szachulcowej. Całość zabudowań przedstawiała jednak z czasem bardzo zły stan, a samemu kościołowi groziło zawalenie, dlatego też w 1725 roku świątynię ponownie wyburzono.

W XVIII wieku osada ołbińska stała się Przedmieściem Odrzańskim oddzielonym od miasta potężnymi zabudowaniami fortecznymi usytuowanymi wzdłuż dzisiejszej ulicy Prusa. To właśnie ze względu na obecność tych bastionów cesarz nie chciał wydać zezwolenia na budowę w tym miejscu większego zboru. Trzeba sobie wyobrazić, ile starań dołożono, by pozyskać wsparcie rady miasta i wreszcie w 1733 roku móc rozpocząć budowę drewnianego kościółka opatrzonego jedną wieżą z dzwonem, nakrytą hełmem i wyposażoną w zegar. Odbioru i konsekracji świątyni dokonał dwa lata później inspektor ewangelicki, doktor Johann Friedrich Burg. Kościół i szpital nie funkcjonowały jednak w tym kształcie zbyt długo. Na przełomie 1735/36 roku nadeszła niszczycielska powódź, nie pierwsza i nie ostatnia w dziejach Wrocławia: ta spowodowała nieodwracalne szkody w całej dzielnicy, również w nowo wybudowanym kościele. Następujący po kataklizmie nieurodzaj przyniósł głód na taką skalę, że w mieście słyszano o przypadkach kanibalizmu. W zbiorach Biblioteki Uniwersyteckiej zachowało się z tego okresu niezwykle ciekawe kazanie ówczesnego pastora od Jedenastu Tysięcy Dziewic, zawierające gorliwą modlitwę przebłagalną do Boga Stworzyciela, którą miano powtarzać w każdą rocznicę powodzi. Kaznodzieja odczytał ją jako znak Bożego gniewu, a jednocześnie nie omieszkał on dziękować w imieniu swojej wspólnoty za to, że miłosierdzie Boskie pozwoliło kataklizmowi ustać. W modlitwie tej chciał uprosić Ojca, na którego rozkaz wszystko się dzieje, aby ziemia zawsze mogła wchłonąć nadmiar wody, a ta służyła urodzajowi i odrodzeniu przyrody. Niestety, niszczycielskie powodzie miały się powtórzyć na Przedmieściu Odrzańskim jeszcze dwukrotnie w latach 80-tych tego stulecia.

Połowa XVIII wieku przyniosła jeszcze jedno nieszczęście w postaci wojny z Austrią króla Fryderyka o Śląsk, która przetoczyła się przez tę dzielnicę w 1757 roku, niszcząc budynki szpitala św. Urszuli. Z tej okazji powstało kazanie osnute wokół wersu z Księgi Jeremiasza „Żniwa minęły, lato się skończyło”, napisane kilka lat później przez wielce zasłużonego dla wspólnoty pastora Martina Boehme. W 1801 roku do parafii przybył utalentowany kaznodzieja i pastor Carl Gerhard, który również pozostawił po sobie kilka drukowanych kazań i druków. To on stał się świadkiem napoleońskiego ostrzału dzielnicy i drewnianego kościoła, gdy w ciągu kilku godzin, w dniu 13 grudnia 1806 roku wszystkie zabudowania obróciły się w proch, pozbawiając kolejny raz mieszkańców przedmieścia własnej świątyni. Żegnając się ze swoimi parafianami Carl Gerhard skierował do nich ostatnie, niezwykle smutne, choć ciepłe słowa, w których wspominał szczęśliwe chwile spędzone pomiędzy nimi i zapewniał o swojej dozgonnej wdzięczności. Pożegnalna uroczystość w dniu 26 kwietnia 1807 roku stanowiła rodzaj klamry zamykającej burzliwą historię Przedmieścia Odrzańskiego skupioną wokół zwyczajnych starań o szczęście skrojone na ludzką miarę i nadzwyczajnych wydarzeń wkraczających w te zabiegi zawsze niespodziewanie i znienacka.

aiutor: Anna Sutowicz

PODZIEL SIĘ

1 KOMENTARZ

  1. A dziś chyba najciekawszym zabytkiem kościoła, stojącego niemal dokładnie w tym samy miejscu, są wielkie rzeźby, głównie herbowe, podobno naprawdę jeszcze średniowieczne, przeniesione tutaj po wyburzeniu Bramy Mikołajskiej w drugiej dekadzie XIX wieku…
    Mało dziś pamiętamy o tym, że ta część w większości niemieckiego już miasta bardzo długo była kojarzona z Polakami, ciągle bardzo na Ołbinie licznymi i polskim językiem, który jeszcze w XIX w. słyszało się w tych zakątkach Wrocławia na każdym kroku. Nazwa ulicy Nowowiejskiej wzięła się od wioski Polnische Neudorf, do czasu wchłonięcia jej terenu przez miasto, leżącej tuż obok. A kościół św. Michała długo w Breslau był dość powszechnie zwany – polskim kościołem.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ