Adamski: ŁATWO BYŁO BYĆ BOHATEREM, JEŚLI SIĘ ZARAZEM BYŁO TAJNYM WSPÓŁPRACOWNIKIEM

teczka.jpg

Działacz wrocławskiego Studenckiego Komitetu Solidarności Mirek Spychalski opowiedział mi kiedyś o pewnym zdarzeniu. Parę lat temu jechał taksówką, której kierowca nagle zapytał: „czy pan mnie poznaje?” A w związku z tym, że pasażer nie był pewien swojego skojarzenia, podpowiedział mu mówiąc: „Tak, to ja, jako funkcjonariusz SB, wielokrotnie przychodziłem przeszukiwać pana dom”.

Po tym wyjaśnieniu, zanim taksówka dojechała na miejsce, obydwaj wymienili ze sobą jeszcze kilka zdań. Zapytałem Mirka: „Rozmawiałeś z esbekiem? I to tym, który osobiście prześladował ciebie i twoje środowisko?” Odpowiedział: „Tak, oni wyrządzali zło. Działali na szkodę Polski, służyli interesom obcego mocarstwa. Ale zwykle robili to z podniesioną przyłbicą”.

Byli groźnymi przeciwnikami, wręcz naszymi wrogami i nie ukrywali tego. I sam fakt tego ich „grania w otwarte karty” czynił ich moralnie lepszymi od tajnych współpracowników, od TW SB. Czyli od tych, którzy udawali działających na rzecz wspólnej sprawy, udawali patriotów, udawali przyjaciół. Tych cynicznych, podstępnych szpicli z SB przez długie lata uważaliśmy za przyjaciół. Całe ich mnóstwo bardzo wielu uważało i nadal uważa za bohaterów. A oni tylko tych przyjaciół czy bohaterów udawali.

Tak naprawdę, dużo skuteczniej od samych funkcjonariuszy SB, tajni współpracownicy SB niszczyli ludzi, często doprowadzali do strasznych ludzkich tragedii, niweczyli ofiarność całych rzesz ludzi poświęcających swe życie walce o wolność. Gdyby kierowcą tej taksówki był nie funkcjonariusz, ale tajny współpracownik SB to nie tylko bym się do niego nie odezwał, ale po prostu bym z niej wysiadł”.

Ciągle żyjemy w świecie narzuconej nam, do cna zakłamanej narracji

Od pierwszych dni III RP każda próba sprawdzenia, czy ten lub inny minister, poseł czy senator nie był w przeszłości szpiclem prosowieckiego reżimu – spotykała się z huraganem ataków. Każdy wskazujący na społeczną i państwową potrzebę prawdy o osobach pełniących najważniejsze państwowe funkcje – miażdżony był furią kalumnii, nienawiści, pogardy. Główni beneficjenci przemian, „autorytety”, media „głównego nurtu” – wskazujących potrzebę lustracji oskarżali o psychozę, wariactwo, urządzanie „polowań na czarownice”, sięganie dna nikczemności, niezdolność funkcjonowania w życiu publicznym, „zoologiczny antykomunizm” itd. itp. itd…

Gazety roiły się od ironicznych tytułów w rodzaju „Według lustratorów to agenci obalili komunizm” oraz nie zawierających grama prawdy stwierdzeń, że „ci, co walczyli i się narażali – są przeciw lustracji a ci, którzy za lustracją są – za komuny albo nie robili nic, albo wręcz tej komuny byli funkcjonariuszami”.

Ulubionym tematem mediów, włącznie nawet z serialem „Klan” stały się „ofiary lustracji”. Czyli najszlachetniejsi, ofiarni, wrażliwi, wspaniali, a przez najbardziej nikczemnych z nikczemnych – dzisiaj niszczeni, krzywdzeni. Z palców wyssano niezliczoną ilość opowieści o tragediach ludzi, podłym oskarżeniem „lustratorskich nienawistników” doprowadzonych niejednokrotnie wręcz do śmierci. Bajkom takim poświęcono filmy, słuchowiska, powieści. Niewiele zabrakło, by dla uczczenia „skrzywdzonych” nie stanęły pomniki.

Choć wiemy też, że niejednemu tajnemu współpracownikowi SB w III RP po śmierci postawiono już pomnik i niejednemu obiektowi użyteczności publicznej nadano imię ubeckiego szpicla.

Których TW SB można zrozumieć?

O tajnych współpracowników SB pytałem byłego kapitana tych służb, współdziałającego z solidarnościowym podziemiem Mariana Charukiewicza. Według jego informacji większość tajnych współpracowników SB nie oddawała się tej aktywności całkowicie. Ograniczała współpracę, nie przekazywała wszystkich posiadanych informacji, starała się z roli, w której się znalazła, wyplątać.

Bywało, że TW do działania był zmuszany szantażem. Nie brakowało też jednak takich, jak znany pisarz Andrzej Szczypiorski, negocjujący wynagrodzenie, za które skłonny byłby donosić na własnego ojca.

Jak Tomasz Sobolewski, biegający na spotkania z konspiratorami z Międzyszkolnego Komitetu Oporu tylko po to, by zdobyć nowe, obciążające ich, a dobrze płatne materiały.

Nie ma też wątpliwości co do tego, co napędzało Lesława Maleszkę (późniejszego lidera antylustracyjnej kampanii), który w służbie SB sam siebie zadaniował, by uważającym go za przyjaciela zadać jak najboleśniejsze ciosy. I wystarczy lektura donosów TW Bolka, by pozbyć się złudzeń, co do intencji, które człowiekiem tym kierowały.

Słabość, uleganie przemocy czy szantażowi można zrozumieć. Ale absolutnie nie do zaakceptowania są dwa przypadki. Pierwszy: współpraca aktywna, nieograniczona, pozbawiona konsekwentnych prób wyrwania się z niej. I przypadek drugi: pełnienie ważnych funkcji publicznych przez tajnego współpracownika SB.

Jeśli ktoś kiedyś został esbeckim szpiclem (nawet w efekcie szantażu czy innych form przymusu) to fakt ten osobę taką dyskwalifikuje jako godną znaczących stanowisk państwowych. Może ona uprawiać wiele z tysięcy pięknych zawodów, może społecznie działać w tysiącach stowarzyszeń. Ale nie może mieć prawa być posłem, senatorem, eurodeputowanym czy urzędnikiem wyższego szczebla.

Każdy, kto został TW, wykazał się bowiem zdolnością do służenia złu, do działania na szkodę swojej wspólnoty a zarazem skłonnością do ulegania naciskom. W każdym też przypadku TW współtworzył materiały służące także do nacisku na jego własną osobę. Nie miejmy złudzeń – jeśli TW jest na ważnym stanowisku, to raczej prędzej niż później takie skłonności i takie materiały zostaną wykorzystane na szkodę państwa. Stąd każda droga państwowej kariery dla każdego TW musi być definitywnie zamknięta. Ktoś z TW chce służyć państwu? Otwarta droga! Ale już nie jako minister, dyrektor departamentu czy parlamentarzysta.

Oddzielajmy ziarna od plew

Jak długo jeszcze możliwe będzie bajdurzenie o „tajnych współpracownikach, którzy jednak się zasłużyli”, albo – „bohaterach pomimo współpracy z SB”. Agenturę wpływu hodowano przecież właśnie poprzez jej legendowanie.

O rzekomo cierpiącym uwięzienie Maleszce jego przyjaciele, w dobrej wierze, pisali wiersze. Wolna Europa niemal każdego dnia opowiadała nam o siedzących w aresztach dysydentach, których wiwatujący tłum niósł potem na rękach, lecz nie zauważał, że zaraz potem bronili oni nie wiadomo jakim cudem napisane prace doktorskie czy publikowali nie wiadomo kiedy napisane książki. Bo jakimś „trafem” jednym „więźniom politycznym” udawało się w „celach” pisać naukowe elaboraty, podczas gdy innym do celi nie udawało się przemycić nawet rysika.

„Bohaterowie pomimo współpracy z SB”? Czy stanięcie na czele strajku wymaga odwagi, jeśli staje się na jego czele z rekomendacji SB? Czy wyjątkowo spektakularne, a nawet heroiczne demonstrowanie na ulicy jest aktem odwagi, jeśli zostało ono zlecone przez oficera prowadzącego, a milicjanci atakujący demonstrację mają zlecenie, by „tych wyposażonych w ten znak (w przypadku Wrocławia bywał to umieszczany w stałym miejscu malutki znaczek jednego z klubów sportowych) bić tylko na niby”?

Czy trzeba być bardzo dzielnym, kiedy kolejna domowa rewizja jest tylko zaimprowizowaną „szopką”, rzekome przesłuchanie polega na omówieniu szczegółów dalszej współpracy i przyjmowaniu premii, a więzienie tak naprawdę nie jest żadnym więzieniem, lecz np. pobytem w rządowym, luksusowym ośrodku wypoczynkowym?

Bohaterowie, pomimo że szpicle?

Niech spod tysięcy ton kłamstwa, jakimi od 1989 roku zasypywana jest prawda o tajnych współpracownikach SB, przebije się wreszcie najbardziej oczywista prawda. Taka, że pełnienie roli TW SB de facto oznaczało też glejt bezpieczeństwa ze strony aparatu represji. I jeśli nawet represje takie tajnym współpracownikom się zdarzały, to miały one na celu ich uwiarygodnianie w oczach opozycji i społeczeństwa. Stąd represje te, o ile tak naprawdę w ogóle miały miejsce, miały charakter ograniczony lub pozorowany.

Czy można być bohaterem, będąc zarazem tajnym współpracownikiem SB? Odpowiedź na takie pytanie zawarta jest w wielkich księgach ludzkości, z Pismem Świętym na czele. Człowiek może upaść na samo dno nikczemności, lecz zawsze ma szansę się z niego podnieść. Biblijny Szaweł był prześladowcą chrześcijan a po nawróceniu stał się nie tylko wzorem cnót, ale i apostołem najbardziej zasłużonym dla upowszechnienia chrześcijaństwa.

Można być kanalią, po czym bohaterstwem winy swe odkupić. Zdrajcą i bohaterem nie można być jednak równocześnie. Przebłyski przyzwoitości – to za mało. Zdarzały się one nawet oprawcom z Auschwitz, w okazjonalnych odruchach serca, „ułaskawiającym” swoje ofiary, ale kilka dni później wracający do swojego zasadniczego rzemiosła. Jak wszystko, co przyzwoite, zasługują one na uwagę, wdzięczność i można je nawet jakoś docenić. W każdym takim przypadku owo „docenienie” polegać może jednak tylko na przyznaniu, że ten CZŁOWIEK W SŁUŻBIE ZŁA tym razem zrobił coś dobrego.

Póki jednak nie stanął on w prawdzie, póki w rzeczywisty sposób nie odciął się od pozostawania na służbie złu – tak długo będzie on CZŁOWIEKIEM SŁUŻĄCYM ZŁU. I nikim więcej. Nawet, jeśli okazjonalnie zdarza mu się robić coś innego.

autor: Artur Adamski

źródło: gazeta Obywatelska

PODZIEL SIĘ

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ