Maszenda: Kosmici z „Gazety Wyborczej”

gazeta wyborcza 1.jpg

Przykładów, że ideologia wkroczyła do nauki lub próbuje ją zaanektować na swe potrzeby, jest wiele. Ostatnie informacje o odkryciu siedmiu planet w układzie Trappist-1, wielkością podobnych do Ziemi, były kolejnym dowodem, że rozum z łatwością może oderwać się od nauki i krążyć po niskich orbitach.

Jak zwykle najbardziej wdzięczne przykłady znajdziemy w „Gazecie Wyborczej”. Takie informacje jak o układzie Trappist-1 co jakiś czas elektryzują ludzi, a w szczególny sposób ateistów, dziwnie zapatrzonych w niebo, choć przecież nie mówimy tu o astronomach, czy astrofizykach.

Czego ostatnio dowiedzieliśmy się o niepozornej gwieździe, według typologii astronomów – czerwonym i zimnym karle, oznaczonym w bazie danych obiektów astronomicznych SIMBAD jako J23062928-0502285? Podobnych gwiazd, czyli czerwonych karłów, jest w naszej Drodze Mlecznej ponad 300 miliardów, na ogólną sumę ok. 400 mld wszystkich gwiazd w Galaktyce. Ta jednak wyróżnia się, leży blisko Słońca.

Jak wynika z ostatnich odkryć belgijskich i szwajcarskich astronomów oraz zespołu z NASA, układ ten ma nieduże planety, niektóre zbliżone wielkością do Ziemi, część z nich może znajdować się w strefie sprzyjającej powstaniu form organicznych, nawet życia. Z tego powodu czerwony karzeł przestał być numerem statystycznym,

zyskując nazwę i jakby tożsamość ― Trappist-1. Nazwa może mieć związek z używanymi teleskopami o kodowej nazwie TRAPPIST-South (w Chile), TRAPPIST-North (w Maroku), z których korzystają „łowcy planet”, ale też z belgijskim piwem Trapistów lub ― jedno nie wyklucza drugiego ― z samym zakonem Trapistów, czyli Cystersów Ściślejszej Obserwancji (Ordo Cisterciensis Strictioris Observantiae), znanym nie tylko z wytwarzania świetnego piwa, ale niezwykle surowej reguły zakonnej. W końcu astronomowie niemal jak zakonnicy, całe lata spędzają na odludziu, wysoko w górach, gdzie jest zimno i sucho, czyli w warunkach do obserwacji nieba niemal idealnych.

„Układ TRAPPIST-1: Siedem planet, które mogą żyć” – entuzjazmuje się „Gazeta Wyborcza”. „Czy to już druga Ziemia?” – pyta w artykule. Najwyraźniej chodzi o życie biologiczne, które wyda lub może już wydało inteligentne istoty, czyli kosmitów.

Niestety, gwiazda mająca status „czerwonego karła” jest dużo młodsza od Słońca, tym samym wykazuje sporą niestabilność. Emituje kilka rodzajów zabójczego promieniowania, w tym rentgenowskie, które wysterylizuje wszystko wokół gwiazdy, zwłaszcza planety krążące po ciasnych orbitach, co miało być ich zaletą z punktu widzenia możliwości istnienia życia.

W dodatku owe planety – „drugie Ziemie” – jak pieszczotliwie pisze „Wyborcza”, mają bardzo krótki czas obiegu wokół gwiazdy, co oznacza, że skierowane są do niej zawsze jedną stroną, a wiec w przypadku (w zasadzie pewnym) braku atmosfer, po jednej stronie planet będzie zawsze piekielnie gorąco, a pod drugiej na odwrót, kosmiczny mróz. Podobnie jak w przypadku pozbawionego atmosfery Księżyca, też skierowanego do Ziemi tylko jedną stroną. Nad takimi szczegółami redaktorzy „Gazety Wyborczej” przechodzą do porządku dziennego, bo odkryte planety mają jedną wielką zaletę ― leżą rzekomo blisko. Co to znaczy blisko?

Znajdują się dość niedaleko od nas

Przepraszam, cytuję jedynie, co euforycznie przedstawia „Gazeta Wyborcza”. Niedaleko oznacza w tym przypadku ok. 40 lat świetlnych. Światło lub sygnał radiowy z okolic naszego Słońca dotrze do układu Trappist-1 po 40 latach. Najszybsze ziemskie sondy kosmiczne (amerykański Voyager 1 i Voyager 2), które znajdują się obecnie na granicy Układu Słonecznego albo już ją przekroczyły, poruszają się względem Słońca z szybkością ok. 17 km/s. Z taką prędkością lot do najbliższej gwiazdy, czyli układu Proxima Centauri ― to także „czerwony karzeł” ― trwałby 74 tys. lat, a układ Trappist-1 leży dziesięć razy dalej niż Proxima Centauri. Zatem mówimy o 740 tys. lat, czyli w praktyce i po ludzku o wieczności. Na kosmitów redaktorzy z ulicy Czerskiej będą musieli długo i cierpliwie czekać, chyba że sami polecą.

W 2011 roku redaktorzy „Wyborczej” napisali w tytule o nowo odkrytej planecie: „To nie druga Ziemia, ale nadaje się do zamieszkania”. Chodziło o planetę o masie siedmiokrotnie większej niż Ziemia, zatem autor tytułu ważyłby na jej powierzchni ok. pół tony, gdyby zdecydował się tam zamieszkać.

Czy odkrywanie przez astronomów planet w innych układach gwiezdnych ma znaczenie? Dla nauki tak, wcześniej hipotetycznie sądzono, że istnienie planet jest raczej powszechne, ale teraz zostało to udowodnione. Jednak od teorii do praktyki, czyli lotów międzygwiezdnych, droga jest daleka.

Z faktu o powszechności istnienia planet we Wszechświecie niektórzy lubią wyciągać wniosek, nazywając go naukowym, że na niektórych z nich mogłoby, lub nawet „musiało”, pojawić się życie, zapewne inteligentne. Zauważmy, że w nasze Galaktyce jest 400 mld gwiazd podobnych do Słońca, wokół większości z nich znajdują się planety. Galaktyki i gromady galaktyk zwykle są oddzielone od siebie kosmiczną pustką, liczoną w milionach, czasem setkach milionów lat świetlnych. Ale są i takie rejony przestrzeni (dla astronomów drobne wycinki nieba), gdzie za pomocą teleskopów można zlokalizować np. 10 tys. galaktyk. W obserwowalnym Wszechświecie galaktyk, jak się szacuje, jest około biliona. A i to zapewne daleko niecały Wszechświat; gdzie, jak i czy w ogóle się kończy, tego nie wiemy.

Niektóre „nowoczesne” środowiska lewicowe skłania to do wniosków, że istnienie życia inteligentnego jest w zasadzie pewne i tłumaczy się samo przez się, bez ingerencji Opatrzności, która według nich jest bytem zupełnie zbędnym. Całość dzieła stworzenia załatwiają Wszechświat i prawa ewolucji. W takim wariancie oczekiwanie na sygnał od kosmitów, albo chociaż na „dobrą nowinę” od ziemskich astronomów, ma wymiar niemal religijny i lewica jest tym nadzwyczajnie przejęta, oczekując oznak inteligentnego życia w kosmosie niemal jak Paruzji.

Kosmici wszystkich galaktyk, łączcie się

zdaje się mówić lewica, poszukując znaków życia na niebie ― „54 planety do zamieszkania” krzyczy kolejny tytuł w „Gazecie Wyborczej”. To nic nowego. Po drugiej wojnie światowej prasa coraz częściej zaczęła pisać o przypadkach pojawienia się na niebie UFO.

Carl Gustaw Jung, słynny psychiatra i psychoanalityk, najwybitniejszy uczeń Zygmunta Freuda, napisał o tym książkę: „Flying Saucers. A Modern Myth of Things Seen in the Skies” (Latające spodki. Nowoczesny mit o rzeczach widywanych na niebie). Według Junga wiara w UFO to rodzaj zbiorowej halucynacji przetworzonej przez kulturę masową. Jego zdaniem nie jest przypadkiem, że zjawisko to pojawiło się w czasie zimnej wojny, ogniskując egzystencjalne lęki człowieka. Skądinąd wiadomo, że wykorzeniony środowiskowo człowiek, a zwłaszcza pozbawiony tradycji i religii, jest w stanie uwierzyć we wszystko. Nauka zastępująca religię, teologię i filozofię ma mu w tym pomóc. Należy tylko zredukować naukę do ideologii i kultury masowej

Zjawisko wykorzystywania nauki do dekonstrukcji religii i zastępowania jej rodzajem współczesnej gnozy w stylu „Gazety Wyborczej” ma sporą tradycję. Współczesny model powstania Wszechświata, tzw. model Friedmana-Lemaître’a (Lemaître był fizykiem, ale też belgijskim księdzem katolickim) zakłada powstanie i ekspansję Wszechświata z jednego punktu (tzw. osobliwości), w którym pierwotnie była zgromadzona cała materia obecnego Wszechświata.

Model ten dobrze potwierdzają obserwacje, np. zjawisko ucieczki galaktyk, promieniowanie reliktowe, zgodny jest też z prawem zachowania energii. Energia pola grawitacyjnego w tym modelu jest ujemna i dokładnie równoważy dodatnią energię masy.

Po drugiej wojnie światowej model ten był zwalczany przez część astrofizyków o lewicowych poglądach. Jeden z nich, Fred Hoyle, brytyjski fizyk i popularyzator nauki w BBC, był autorem ironicznego określenia modelu Friedmana-Lemaître’a Big Bang (Wielki Wybuch), który jednak przyjął się w nauce i dziś właściwie obowiązuje.

Sam Hoyle był zwolennikiem stacjonarnego modelu Wszechświata, który miał istnieć zawsze, jest nieskończony i dlatego „sam się wyjaśnia”. W tym sensie, że pytania o jego przyczyny i początki uznawane są za nienaukowe. Żaden stwórca nie jest tu potrzebny. Zaś model Friedmana-Lemaître’a za bardzo przypominał mu creatio ex nihilo (stworzenie z niczego) i tworzył jakoby trudności metodologiczne, bo nie wiadomo, czy i co było przed Big Bangiem, co wymyka się nauce.

Jak ironicznie zauważył duński historyk nauki, Helge Kragh: „Prawdopodobnie każdy zajmujący się kosmologią wierzyłby w stworzenie wszechświata, gdyby nie to, że niefortunnie Biblia powiedziała na ten temat wiele lat temu coś, co sprawiło, że takie przekonania wydają się przestarzałe”. Paradoks polegał i na tym, że sam Fred Hoyle (którego książki notabene chętnie wydawano w PRL), by dostosować swój model do powszechnie przyjętej relatywistycznej fizyki Einsteina, zakładającej wymóg zachowania energii, wprowadził do niego ustawiczne powstawanie materii z niczego

Dziś o stacjonarnym modelu Wszechświata Freda Hoyla niewielu pamięta, to naukowa ramota, ale sam pomysł nie umarł i nadal jest przydatny. W lewicowej kulturze masowej w charakterze gwiazdy od dawna występuje fizyk Stephen Hawking, niekryjący swego agnostycyzmu, jego pierwsza żona twierdziła, że właściwie to ateizmu.

Hawking jest autorem spekulatywnego modelu łączącego fizykę relatywistyczną z teorią kwantową, dzięki czemu teoretycznie można wyliczyć prawdopodobieństwo wyłonienia się wszechświata „z niczego”, a konkretniej z kwantowej fluktuacji energii próżni. Nie jest to kosmologiczne zastosowanie teorii kwantowej grawitacji, lecz przyjęcie doraźnego modelu przy całkowicie spekulatywnych założeniach. Hawking twierdzi, że w jego modelu Wszechświat powstaje „z niczego” i jest „bez brzegów” (nieskończony w czasie i przestrzeni), co z kolei ma zakładać znaną już „samowyjaśnialność”.

Kwantowe stworzenie świata, prawdę mówiąc, nie odbyłoby się „z nicości” i „z niczego”, bowiem należy założyć wcześniejsze istnienie praw fizyki oraz energii próżni. Bez odpowiedzi, skąd się one wzięły, owa „nicość” byłaby pozorna. Niemniej są to szczegóły tylko dla dociekliwych.

Natomiast w oczach lewicy Hawking uchodzi za człowieka, który może uwolnić świat od ciężaru Stwórcy. Wielu fizyków twierdzi jednak, że jego teoria jest jedynie serią pomysłowych matematycznych sztuczek z użyciem w równaniach liczb urojonych.

Przed Hawkingiem czy po Hawkingu i tak najważniejsze będzie pytanie rzucone dawno temu, jakby od niechcenia, przez Wilhelma Leibniza: „Dlaczego istnieje raczej coś, niż nic? Przecież nic jest łatwiejsze”.

autor: Waldemar Maszenda

źródło: gazeta Obywatelska

PODZIEL SIĘ

1 KOMENTARZ

  1. Artykuł jest przedrukiem (?) , ale skomentuję:
    1. ” Takie informacje jak o układzie Trappist-1 co jakiś czas elektryzują ludzi, a w szczególny sposób ateistów, dziwnie zapatrzonych w niebo, (…) ”
    Nie , nie do końca ! Połączenie ateizm = wiara w kosmitów jest oczywiście bzdurą ! Istnieją ateiści którzy nie wierzą w życie pozaziemskie ( choćby zwolennicy hipotezy „rzadkiej Ziemi ” ) , są też ludzie religijni którzy uznają możliwość istnienia obcych .
    2. ” Kosmici wszystkich galaktyk, łączcie się zdaje się mówić lewica, poszukując znaków życia na niebie ― „54 planety do zamieszkania” krzyczy kolejny tytuł w „Gazecie Wyborczej”. ”
    Sensacyjne tony takich artykułów ( nie tylko w GW ) są spowodowane zwykłą walką o uwagę internauty co przekłada się na pieniądze dla portalu .
    Doszukiwanie się tam jakiegoś lewicowego spisku zakrawa na paranoię !
    3. ” Według Junga wiara w UFO to rodzaj zbiorowej halucynacji przetworzonej przez kulturę masową. ”
    Nieprawda – Jung zajmował się UFO jako fenomenem psychospołecznym bo na tym się najlepiej znał .
    Uważał jednak że stoi za tym jakieś prawdziwe zjawisko fizyczne które należy badać .
    4. ” Po drugiej wojnie światowej model ten był zwalczany przez część astrofizyków o lewicowych poglądach. ”
    I dalej jest przez niektórych podważany 🙂 I dobrze , bo tak działa prawdziwa nauka . Nieustanne testowanie różnych teorii , szukanie dziury w całym , próby stworzenia lepszych modeli niż BB jest istotą naukowości . Nauka to nie religia , nie ma tam dogmatów . Ustanowienie teorii BB „jedynie słuszną ” bo ta podoba się teologom jest szczerą bzdurą !
    5. ” Chodziło o planetę o masie siedmiokrotnie większej niż Ziemia, zatem autor tytułu ważyłby na jej powierzchni ok. pół tony, gdyby zdecydował się tam zamieszkać. ”
    No i co z tego ? Autor artykułu na owej planecie nie mieszka , jest przecież Ziemianinem przystosowanym do życia na Ziemi , a nie tam 🙂
    6. ” Hawking jest autorem spekulatywnego modelu łączącego fizykę relatywistyczną z teorią kwantową ( … ) ”
    Takie pomysły pojawiają się co jakiś czas , ale nie należy traktować ich poważnie 😉 Nie mają one żadnej możliwości weryfikacji więc nie spełniają kryterium teorii naukowej .
    7. ” Hawking uchodzi za człowieka, który może uwolnić świat od ciężaru Stwórcy ”
    Ja bym raczej obstawiał Dawkinsa , ale jak pan chce 🙂
    8. ” Przykładów, że ideologia wkroczyła do nauki lub próbuje ją zaanektować na swe potrzeby, jest wiele. ”
    Tak , tak zgadzam się z tym w zupełności ! Ten artykuł jest egzemplifikacją tej tezy w 100 %

ZOSTAW ODPOWIEDŹ