Czy podpisy w ciemno i potulność wobec dyktatu grubasów to „wartości europejskie”?

Premier Beata Szydło podpisała Deklarację Rzymską bo jest ona dla Polski korzystna, także dlatego, że zostały w niej uwzględnione zapisy zaproponowane przez polski rząd. Zaznaczyła też mocno, że „to nie koniec dyskusji, ale początek refleksji nad odbudową i odnową Unii Europejskiej”.

To znaczy: wszyscy widzimy, że Unia jest w poważnym kryzysie, ale nikt, żadne z państw nie ma monopolu na diagnozę jego przyczyn i konieczną kurację. Istniejące rozbieżności w rozumieniu tego czym jest i jaka ma być Unia Europejska musimy sobie wyjaśnić i wspólnie podjąć demokratyczną decyzję. Nie akceptować nieformalnych układów i kuluarowych presji jednych wobec drugich. Grubszych wobec szczuplejszych, grubiańskich wobec lepiej wychowanych, panów wobec niewolników. Bo w UE nie ma panów i niewolników, jest Unia niepodległych państw i wolnych narodów. To właśnie są „wartości europejskie”, których dziś w Europie najskuteczniej broni polski rząd. Zatem dzisiejszy Marsz dla Europy i inne manifestacje „w obronie wartości europejskich” są – jak rozumiem – wiecami poparcia wobec polityki prowadzonej przez polski rząd. Bo chyba nie są wiecami poparcia dla dyktatu ekonomicznych grubasów (jak Niemcy) oraz działających w ich służbie alkoholowo upojonych arogantów, jak obecny szef Komisji Europejskiej?

Od kilkudziesięciu godzin wiemy pewno, że ewentualny premier ewentualnego rządu Rzeczpospolitej Grzegorz Schetyna podpisze wszystko. Nie będzie się niczego domagał, bo – jego zdaniem – to jest „w Europie” źle widziane. Wydobyte przez dziennikarkę Trójki Beatę Michniewicz oświadczenie lidera opozycji, byłego polskiego wicepremiera i ministra spraw zagranicznych, a wcześniej marszałka Sejmu, że Polska powinna podpisać Deklarację Rzymską bez względu na jej treść, zostało szeroko i trafnie skomentowane, że to najcelniejsze, najbardziej bardziej skrótowe i najdobitniejsze podsumowanie rozumienia polityki przez Platformę Obywatelską. Pytanie czy sam Grzegorz Schetyna widzi swą auto-kompromitację, czy też wręcz przeciwnie – uważa, że powiedział coś absolutnie oczywistego dla wszystkich członków PO oraz wyborców tej partii? Co więcej – można sądzić, że jako świadomy polityk aspirujący do rządzenia Polską, Grzegorz Schetyna uważa, że taki punkt widzenia jest właściwy dla większości Polaków.

Chyba jeszcze nigdy nie stanęliśmy przed tak wyrazistym wyborem – zarówno w Europie, jak i w Polsce. Z jednej strony jest premier Szydło, która, mimo presji, nie waha się, by wyraźnie dopominać się o polskie interesy i oraz o Unię wolnych, równoprawnych narodów i państw, a naprzeciw kandydat na premiera, który podpisze wszystko, co mu w Berlinie i Brukseli podsuną. Byle go tylko bundeskanzlerin nagrodziła jakimś niemieckim medalem, a podpity Juncker jak konia poklepał po facjacie, co to ma w zwyczaju wobec premierów skulonych w potulności.

Lider opozycji Grzegorz Schetyna formułuje zatem dla Polaków bardzo wyrazistą ofertę: zaakceptujmy swą gorszość i słabość, uznajmy podległość i poddaństwo, nasze miejsce jest w przedpokoju, tam jest fajnie, ochłapy są smaczne. Premier Szydło mówi coś dokładnie odwrotnego: asertywność jest podstawą skutecznej polityki, dlatego właśnie Polska i inne kraje nieakceptujące dyktatu Berlina i brukselskiej biurokracji mogą uzdrowić i ocalić Unię Europejską.

Zapraszamy do Europy także „tępych i nieświadomych”, którzy nie ośmielają się wyobrazić sobie, że Polska może dostrzegać własną rację stanu i o nią stanowczo zabiegać, którzy sądzą, że jedynym sposobem istnienia jest dla Polaków niewolnictwo. Wolność istnienia wymaga wolności myślenia.

autor: Maciej Pawlicki

źródło: wpolityce.pl

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ