Kwiatkowski: Nie chcemy jako Osiedla wchodzić w wielką politykę ale reforma jest potrzebana

wds

Zbliżające się wielkimi krokami wybory do wrocławskich Rad Osiedli stały się okazją do rozpoczęcia medialnej dyskusji nad ich rolą, kompetencjami czy – wreszcie – przyszłością. W debacie o kondycji tych najbliższych mieszkańcom jednostek samorządowych biorą udział przedstawiciele naszego magistratu, dziennikarze, aktywiści, a przede wszystkim  radni osiedlowi

Swoją opinie wyraził Michał Kwiatkowski  radny oraz Przewodniczący Zarządu Osiedla

Wszyscy – jak jeden mąż – zgadzają się ze sobą, że obecny model funkcjonowania samorządów osiedlowych jest w dużej mierze niefunkcjonalny i wymaga znacznej reformy. Wbrew sporej części krytyków nie będę jednak potępiał aktualnego stanu rzeczy w sposób całkowity. Stwierdzę wręcz, że – co wielu wyda się zaskakujące – aktualne statuty Osiedli są zasadniczo dość dobre i dają nam solidne ramy do dobrej pracy dla naszych mieszkańców. Problem zaczyna się jednak w momencie, gdy widniejące na papierze uprawnienia mają znaleźć przełożenie w rzeczywistości. Tu, niestety, zaczynają się schody, gdyż do etapu realizacji kierowany jest przeciętnie jeden na dwadzieścia-trzydzieści wniosków płynących z Osiedli. Czasem odmowa stara się przybierać formę logicznego wywodu, czasem meandruje w kierunku powiastki filozoficznej, najczęściej jednak zamyka się w dwóch prostych słowach, które po nocach śnią się każdemu radnemu osiedlowemu: „brak środków”. Nie zamierzam w tym miejscu wnikać, czy w danym przypadku to argument prawdziwy, czy jedynie wygodna wymówka. Faktem jest, że przy obecnym doborze priorytetów w wydatkach miasta kwoty, które mogłyby popłynąć na Osiedla są wyjątkowo skąpe. Jednak to właśnie ten brak możliwości uzyskania od miasta realizacji tych drobnych osiedlowych inwestycji (zadbanie o zapuszczony park, remont chodnika, wyznaczenie miejsc parkingowych) jest główną bolączką radnych i powodem niskiego prestiżu w oczach mieszkańców.

Praktycznie cały okres upływającej kadencji był czasem gorących dyskusji wewnątrz środowiska osiedlowego. Szczególnie wytężona praca w tym zakresie toczyła się w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Jej owocem jest przemyślany, przepracowany, sporządzony z rozwagą projekt uchwały mającej ustanowić Fundusz Rozwoju Osiedli . Oddaje on rzeczywiste potrzeby samorządów wrocławskich Osiedli. Jest to głos w pełni oddolny, wyrażający postulaty większości radnych. My wiemy czego potrzebujemy, aby dobrze służyć naszym mieszkańcom, a ten projekt jest tego wyrazem.

Projekt zakłada, że część budżetu miasta (proponujemy 1%, niewiele w porównaniu z potrzebami) powinna być dedykowana wyłącznie na prace inwestycyjne i remontowe wskazywane przez samorządy poszczególnych Osiedli. Należy podkreślić – odpowiadając jednocześnie na pierwszy z pojawiających się zarzutów – że środki te nie zwiększałyby budżetów poszczególnych Osiedli. My absolutnie nie chcemy pieniędzy „do ręki”. One nadal pozostaną w budżecie miasta. Co więcej – nie twierdzimy, ze jesteśmy alfą i omegą. Potrafimy przyznać, ze potrzebujemy pomocy w kosztorysowaniu, projektowaniu, kwestiach prawnych, przetargowych, odbiorowych. Te zadania nadal realizowane będą przez jednostki miejskie (przy ścisłej współpracy z Osiedlami). Po to w końcu my wszyscy tych urzędników zatrudniamy. Jednak podkreślić należy, że to ma być pomoc, nadzór, być może nawet do pewnego stopnia weryfikacja, ale w żadnym wypadku decyzyjność. Całkowicie musi tu zostać wyeliminowana urzędnicza uznaniowość, gdyż jeśli idzie o potrzeby naszych mieszkańców – my po prostu znamy je lepiej. W przypadku, gdy większość spraw, o które musimy się upominać są tak oczywistym obowiązkiem władz miejskich, że samo wnioskowanie o ich załatwienie uwłacza istocie istnienia gminy.

Kolejnym pojawiającym się w dyskusji zarzutem jest propozycja dzielenia kwoty po równo między wszystkie Osiedla. Należy zaznaczyć, że rozwiązanie to – w intencji tworzącego je środowiska – ma mieć charakter przejściowy. Po pierwszym roku funkcjonowania nowego systemu, gdy Osiedla w jakimś stopniu zapoznają się z możliwościami (zarówno własnymi, jak i Funduszu), planowano oddolne wypracowane względnie sprawiedliwych zasad podziału. Może to zabrzmieć jak truizm, ale każde Osiedle jest różne. I wcale nie jestem przekonany czy 30-tysieczne Osiedle śródmiejskie ma większe potrzeby niż pozbawione często podstawowej infrastruktury obrzeza. Nie jest więc tak, że można tu zastosować proste rozwiązania, bo tak naprawdę jakie kryterium będzie w pełni sprawiedliwie? Liczba mieszkańców? Powierzchnia? Poziom rozwoju/zapóźnienia infrastrukturalnego? Udział w poborze któregoś z podatków? Jednakże z pełnym przekonaniem mogę stwierdzić, iż argument „jak można dać tyle samo pieniędzy Osiedlom, na których mieszka 30 tysięcy i 500 mieszkańców”, świadczy o kompletnej nieznajomości realiów. Bo czy można bezsprzecznie stwierdzić, że Osiedle w centralnej części miasta, posiadające pełną infrastrukturę mieszkaniową, sanitarną czy komunikacyjną ma faktycznie większe potrzeby od przygranicznego, na którym brak jest chodników, kanalizacji, oświetlenia, a w zasadzie jedyną zmianą infrastrukturalną od połowy XIX wieku jest zmiana kostki brukowej na asfalt.

Reasumując – model działania po uchwaleniu Funduszu Rozwoju Osiedli miałby wyglądać następująco. Osiedle – reprezentując swoich mieszkańców- zgłasza ich potrzeby do jednostek miejskich, których podstawowym sensem istnienia jest tych potrzeb zaspokajanie. My nie mówimy o przesunięciu pieniędzy, wykonawstwa czy odpowiedzialności w ręce radnych osiedlowych. My mówimy – wróćmy do normalności, w której potrzeba mieszkańca jest dla „władzy” najwyższym nakazem. Tutaj chodzi o redefinicję pojęć. Mieszkaniec z petenta ma się stać podmiotem, a „władza” na powrót stać służbą. Nasi mieszkańcy przestaliby więc prosić się o najprostsze rzeczy, a zaczeliby je zlecać do wykonania.

Nie chcemy jako Osiedla wchodzić w wielką politykę. Dla dobra mieszkańców również polityka powinna być trzymana jak najdalej od samorządu osiedlowego. W naszej społecznej pracy nie mamy poglądów i sympatii politycznych. Jednocześnie nie posiadamy jednak inicjatywy uchwałodawczej na poziomie Rady Miejskiej. Musimy więc korzystać z uprzejmości któregoś z klubów, w tym przypadku jedynym w ogóle zainteresowanym naszą sprawą okazał się Klub Radnych PiS (a oddajmy honor – radni do współpracy podeszli bardzo profesjonalnie). Trzeba jednak pamiętać, że uchwałą ta jest de facto projektem społecznym, wywodzącym się ze środowiska działaczy osiedlowych. Najgorsze co mogłoby się stać, to sprowadzenie kwestii niniejszego projektu do poziomu partyjniackiego bagienka, gdzie treść i sens uchwały nie mają żadnego znaczenia, ważne są tylko partyjne barwy. Potrzeby mieszkańców i poprawa warunków ich życia winny być kwestią jednoczącą wszystkie ugrupowania na naszej scenie politycznej. Dlatego też wszystkim radnym Rady Miejskiej Wrocławia, którzy od pewnego czasu nie szczędzą obietnic wspomożenia Osiedli mówimy dziś: SPRAWDZAM. Chcemy przekonać się kto naprawdę nosi w sercu troski mieszkańców naszego miasta, a kto miał usta pełne frazesów. Decyzje poszczególnych radnych będą cenną wskazówką dla naszych mieszkańców przed wyborami samorządowymi. Liczymy jednak, że dobro lokalnej samorządności, instytucji społeczeństwa obywatelskiego i interesów mieszkańców pozwoli wybić się naszym radnym ponad krótkowzroczny interes partyjny.

Na koniec chciałbym poruszyć jeszcze kilka pojawiających się w dyskusji kwestii. Wielu przedstawicieli magistratu oraz sceny politycznej twierdzi, że wzmocnienie kompetencyjne Rad Osiedli musi być poprzedzone ich profesjonalizacją. Dla mnie to argument z gruntu rzeczy fałszywy. Po pierwsze prowadzi on do błędnego koła. Nie uda nam się przyciągnąć do Rad osób o wysokich kompetencjach, jeśli nie przyznamy im realnych narzędzi do działania. Ludzie ci nie będą bowiem poświęcali swojego cennego czasu na walki z wiatrakami, jakie obecnie zdarza nam się toczyć. Obecna polityka stanowi zatem kompletne pomieszanie pojęć: aby przyciągnąć bardziej kompetentnych ludzi, trzeba ich czymś skusić. Pytanie jednak, czy już teraz w samorządach osiedlowych nie mamy do czynienia z wysokim faktorem kompetencji? Z moich obserwacji wynika, że już dziś w wielu radach zasiadają ludzie co najmniej na tyle kompetentni, co nasi urzędnicy. Zresztą wystarczy uzmysłowić sobie, kto decyduje się kandydować do Rad, aby poświęcać swój czas i pieniądze, zaniedbywać rodzinę oraz prowadzić orkę na ugorze? To są ludzie, którzy społecznikowską „korbę” maja zapisana w genach: nauczyciele, urzędnicy, lekarze, prawnicy itp. Moim zdaniem jest to kadra wystarczająco profesjonalna.

To samo dotyczy się tak chętnie wyciąganej nam niskiej frekwencji wyborczej. Ludziom nie chce się iść do urn, aby wybierać przysłowiowych „bezradnych radnych”. Model funkcjonowania Rad – dobry na lata 90 – współcześnie zupełnie rozmija się z potrzebami rzeczywistości. Jeśli Osiedla będą miały instrumenty umożliwiające załatwienie zgłaszanych im problemów, wówczas mieszkańcy będą się do nich garnąć. Zyskają oni także przekonanie, że udział w wyborach faktycznie może wpłynąć na ich otoczenie. W okolicznościach powyżej opisanych nie mogę się także zgodzić z zarzutem, iż radni osiedlowi nie dysponują mandatem społecznym. Roztrząsanie tej kwestii w oparciu o subiektywną ocenę frekwencji przeczy samej idei demokracji przedstawicielskiej. W ramach ciekawostki powiem tylko, że jedna z naszych radnych miejskich, startując w ostatnich wyborach do swej Rady Osiedla, zdobyła… 32 głosy. Jakoś nie słyszałem, aby koledzy z Rady Miejskiej podważali jej mandat społeczny…

Pojawiają się również głosy za zmniejszeniem liczby jednostek pomocniczych miasta, a wręcz ustanowienie dzielnic. Nie jestem zwolennikiem tego typu rozwiązań. Nie wyobrażam sobie radnego dzielnicowego znającego wszystkie wymagające odnowienia malowania przejścia dla pieszych (teraz tacy występują), gdyby jego rewir obejmował np. 1/4 miasta. Zwiększenie jednostek odsunie radnych od codziennych spraw mieszkańców. Co więcej – takie wielkie byty (z własną administracją i wielkimi budżetami) staną się nowym celem dla polityków, którzy chętnie obsadzą wszelkie nowe stanowiska. Nie są to słowa rzucane na wiatr -sytuacja taka ma przecież miejsce w Warszawie czy też w Krakowie. Byłaby to śmierć idei samorządności osiedlowej.

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ