Sutowicz: Problem relacji polsko-rosyjskich

rosja.jpg

Problem relacji polsko-rosyjskich bez wątpienia od kilkuset lat jest jedną z zasadniczych kwestii politycznych zajmujących znakomitą część dyskusji na temat naszej myśli politycznej. Czy z odpowiednią wzajemnością, trudno jednoznacznie powiedzieć, choć na pewno w rosyjskim dyskursie publicznym problem relacji do Polski i Polaków swoje miejsce ma.

Jest oczywistym, że kwestie miejsca Rosji w relacji z Polską i Polski w państwowej myśli rosyjskiej muszą być ważne przez kilkaset lat trudnego sąsiedztwa. Zdarzyło się wiele rzeczy, które oba państwa i narody dzielą. Pomijając to, społeczeństwo rosyjskie i polskie ukształtowane są na odmienną modłę i na pewno łatwo tu o zadrażnienia. Kwestia różnic cywilizacyjnych pomiędzy naszym łacińskim sposobem patrzenia na świat a bizantyńską bądź turańską metodą ustroju życia zbiorowego na pewno sprawia, że granica wpływów polskich jest jednocześnie jakby końcem Zachodu i nie jest to obelga. Rosja raczej nie chce być inna. Przynajmniej ta, którą widać najwyraźniej. Od zawsze były w niej, co prawda, trendy okcydentalistyczne, lecz na tyle nikłe, że nie wpływały istotnie ani na kulturę, ani na politykę tego imperium. Choć w kulturze były tu rzeczy i zjawiska, o których warto mówić, być może bowiem tradycje takie w przyszłości mogą pomóc społeczeństwu rosyjskiemu zbliżyć się do naszego patrzenia na świat.

Kwestia rosyjska nie daje się zamknąć jedynie w prostej dychotomii starcia się dwóch potęg: Jagiellońskiej Rzeczypospolitej i Trzeciego Rzymu, którym widzieli Moskwę carowie i elity kształtującego się rosyjskiego imperium. Gdyby tak było, wszystko, co dzieje się w relacjach pomiędzy oboma krajami i społeczeństwami, byłoby tylko niejako wtórnymi wstrząsami sejsmicznymi, a na pewno tak nie jest. Konflikt Polski i Rosji nie wygląda na dogasający i na pewno nie chodzi w nim o rakiety rozmieszczone w Obwodzie Kaliningradzkim, czy tym bardziej o nasze roszczenia względem np. Smoleńska.

Generalnie jest tak, że większość Polaków Rosji po prostu się boi. Dobrych momentów w historii, które mogłyby budzić ciepłe wspomnienia i patrzeć na rosyjską państwowość bez obaw było na tyle mało, że nie utrwaliły one pozytywnych wzorców współpracy, a wspominana odmienność cywilizacyjna nie wpływa na zbliżenie narodów. Przede wszystkim Rosja jako państwo dała się poznać ze swych zapędów ekspansjonistycznych w ciągu ostatnich, powiedzmy, 300 lat. Patrzono stamtąd na Polskę jak na problem wewnętrzny kraju. Rosyjskiej polityce bardzo trudno, zdaje się, zaakceptować fakt, że obszar między Odrą a Bugiem nie jest wewnętrzną prowincją. Mało tego, może należeć do bloków politycznych a nawet militarnych, które w określonych okolicznościach znajdują się z Rosją w konflikcie interesów. Obecność sił zbrojnych krajów znajdujących się w sojuszu z Polską nie może być rozpatrywana jako akt wrogi, lecz jak wewnętrzna kwestia polityczna w tym wypadku NATO. Jest oczywistym, że rozmieszczenie przez kogoś gdzieś wojska musi być przedmiotem analizy i być może jakichś działań refluksyjnych, ale nie powinno być analizowane jedynie językiem histerii. Takie stawianie sprawy potwierdza jedynie fakt, że suwerenność Polską traktuje się w Moskwie raczej jako teorię, być może wypadek przy pracy, czy też zjawisko niezwykle chwilowe, na pewno nie w kategoriach dłuższego historycznego trwania.

Jeszcze gorzej przedstawia się sprawa niepodległości krajów znajdujących się w przestrzeni, którą określić można mianem post-jagiellońskiej, położonych na wschód od Polski. W ich wypadku owa mentalna identyfikacja terytorium z przestrzenią rosyjską poszła znacznie dalej. Na pewno czynnikiem wzmacniającym przekonanie o rosyjskości tych terytoriów jest istnienie w tych krajach znacznych rosyjskojęzycznych mniejszości, a niekiedy ogromne problemy z ich tożsamością, która miałaby być jakoś znacznie inna niż rosyjska. Wystarczy wziąć pod uwagę kwestię np. alfabetu. O ile kraje bałtyckie i Mołdawia odcięły się od dziedzictwa post-rosyjskiego, czy to w wersji carskiej, czy komunistycznej poprzez przyjęcie łacińskiego alfabetu, o tyle Białoruś i Ukraina pozostały w tej kwestii na dotychczasowych stanowiskach. Na pewno można te fakty interpretować właśnie jako jeden z aspektów problemów tożsamości. Można sobie wyobrazić Białoruś piszącą łacińską czcionką. Tak dla Rosji, jak i Europy byłby to bardzo wyraźny sygnał o tym, gdzie kraj ten chce się znaleźć, jeśli chodzi o przynależność cywilizacyjną. Kolejnym problemem związanym z rosyjskością jest zagadnienie religijne. Większość mieszkańców Białorusi i Ukrainy wyznaje, bądź deklaruje przywiązanie do prawosławia jako jednego z ważniejszych elementów tożsamości. Na pewno zbliża je to do Moskwy, która kreuje się na politycznego obrońcę tej religii. Jedną z istotnych cech cywilizacji bizantyjskiej jest brak jednoznacznego odróżnienia sacrum i profanum. Polityka i religia nie rozdzieliły się i nie chodzi tu o adekwatne do naszego hasła „Polak-katolik” rosyjskie zawołanie „Rosjanin-prawosławny”, lecz pewną głębszą więź, która nie czyni z religii doświadczenia personalistycznego, lecz jedynie zbiorowe. Przy czym w bizantynizmie nie jest jak w starożytnym Izraelu, gdzie czynnik religijny stał wyżej niż świecki i każda próba supremacji władzy świeckiej kończyła się niepowodzeniem. Tutaj religia jest państwu podporządkowana, dlatego mimo większości prawosławnej władza komunistyczna mogła tak mocno zsowietyzować umysły Rosjan. W komunizmie, najnormalniej w świecie jedną religią zastąpiono inną, co prawda bez Boga i w zasadzie bez indywidualnej eschatologii, ale z takim samym imperializmem w tle, jak ten wcześniejszy.

Czy prawosławna Rosja może stać się przyjacielem katolickiej Polski? Dziś nic na to nie wskazuje. Chęć odtworzenia wielkiego imperium od Pacyfiku po… środek Europy, a być może nawet głębiej, zagnieździł się w myśli politycznej „przyjaciół Moskali” i trudno im się go pozbyć. Niemniej trzeba by postawić sprawę jasno. Imperializmy nie są czymś, co idzie w parze z interesem narodowym. Naród może chcieć pokoju i współpracy, a imperialiści chcą wojny i zniszczenia przeciwnika. Patrzenie kategoriami podporządkowywania sobie następnych rzesz ludzi, którzy, co prawda, nie będą dobrymi obywatelami, ale w sam raz nadadzą się na niewolników, nie służy udoskonalaniu świata ani nawet swego kraju. Jeżeli spojrzymy na to w dłuższej perspektywie, przecież kiedyś może przyjść dzień, że i niewolnicy się skończą, a wówczas to, co zostanie po imperium staje się nawozem pod następny podobny sobie twór historyczny i tak dalej.

Kiedyś przodkowie współczesnych Rosjan podejmowali dość udane próby tworzenia państw i społeczeństw skierowanych bardziej ku cywilizacji Zachodu. Przede wszystkim należy tu mieć na myśli Republikę Pskowa i Nowogrodu. Kraje oparte, co prawda, na prawosławiu jednoznacznie sprzeciwiały się ekspansji politycznej i kulturowej inflanckiego odłamu Zakonu Krzyżackiego z jednej strony a Mongołów z drugiej. Swego czasu republiki te patrzyły na tworzące się państwo jagiellońskie i jego ustrój jak na dobry wzorzec dla siebie. Niestety obie przegrały, ale być może tu tkwi odpowiedź na pytanie, jak z naszej perspektywy powinna wyglądać Rosja: mniej Moskwy, więcej Nowogrodu. Dopokąd tak nie będzie, w imię pokoju i spokoju winniśmy jednak starać się budować wzajemne relacje na zwykłym handlowym pragmatyzmie i strzec każdej grudki niezależności, tak swojej, jak i naszych sąsiadów, bowiem każda nieuwaga może nas sporo kosztować, chyba, że komuś życie we wschodnim imperium pasuje.

Alternatywą jest podkręcanie wzajemnej histerii i konflikt, który może się podobać jedynie mediom, chociaż biorąc pod uwagę uwarunkowania globalne, i to szybko stałoby się rzeczą wątpliwą.

Piotr Sutowicz

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ