Magdalena Ogórek o ataku napastnika i fali hejtu: „Czy rzeczywiście dobrnęliśmy już do takiej ściany nienawiści?”

Ogorek.jpg

Musimy pamiętać, że eskalowanie emocji, histerii, o której tak często mówię, fermentu, który próbuje wzniecać opozycja i język agresji, którego używa w ciągu ostatniego roku, mogą skutkować fatalnymi konsekwencjami

— mówi w rozmowie z portalem wPolityce.pl Magdalena Ogórek.

wPolityce.pl: Proszę przyjąć ubolewanie z powodu tego przykrego incydentu, który się wydarzył. Ze smutkiem obserwujemy kolejny przykład nienawiści, gdy atakuje się nie tylko polityka ale i dziennikarza… Przekroczono kolejną granicę?

Magdalena Ogórek: To, co pan powiedział to prawda, tym bardziej, że akurat w moim przypadku sytuacja jest szczególna, ponieważ część osób oczywiście kojarzy mnie obecnie z dziennikarstwem, ale musimy wziąć pod uwagę, że spora grupa społeczeństwa pamięta mnie z działalności politycznej. Tutaj obszary te zazębiają się. To pierwsza rzecz.

Druga sprawa, to zdarzenie miało miejsce tydzień temu w niedzielę, ja w żaden sposób nie podzieliłam się z nikim informacją o nim, oczywiście poza zgłoszeniem do dyrekcji TVP. Sytuacja ujrzała światło dzienne wczoraj, bo wypłynęła do mediów. I pierwsze reakcje na Twitterze, oprócz mnóstwa życzeń, ciepłych słów i wsparcia, to wpisy typu: „zasłużyła sobie”. Pytanie, czym? Czy wypowiadanie odmiennych poglądów od innych, jest powodem do fizycznego ataku? Czy rzeczywiście w 2017 roku dobrnęliśmy już do takiej ściany nienawiści? Zresztą są to nie tylko takie komentarze, jest wiele innych, pt: „to teraz lans na to, że została zaatakowana?”. W jaki sposób, skoro z nikim nie podzieliłam się tą informacją? Było to dla nas przykre przeżycie, więc wiadomo, że każdy w takich sytuacjach chce jak najszybciej o tym zapomnieć.

Skala emocji wylanych na Twitterze, komentarzy na forach społecznościowych, ociekających nienawiścią i agresją jest ogromna, a podłoże jest jedno – polityka. Rodzi się więc pytanie otwarte, zwłaszcza, że na dniach zbliża się rocznica katastrofy smoleńskiej: jak daleko my, jako społeczeństwo, zabrnęliśmy, czy ta nienawiść może pójść jeszcze dalej?

Wczoraj w Sejmie szef PSL Władysław Kosiniak-Kamysz diagnozował w PiS-ie chorobę nienawiści. Wydaje się, że zdiagnozował nie tego pacjenta.

Przewodniczącego Kosiniak-Kamysza bardzo szanuję, ale tutaj akurat dokonał złej diagnozy… Wie Pan, ten podwójny incydent, z którym miałam do czynienia jest wyjątkowo smutny, ponieważ dwa metry od osoby atakującej było 40 dzieci, które stały pod ołtarzem, ponieważ trwała właśnie homilia w czasie mszy dziecięcej. Spotkałam się też z takimi komentarzami na Twitterze: dlaczego nikt w kościele nie ruszył na pomoc? Było to bardzo trudne, wielu mężczyzn wstało i chciało pomóc, ale jednak niełatwo jest reagować, kiedy w zasięgu ręki jakiegoś szaleńca stoją dzieci. Więc jednak apelowałabym o wstrzemięźliwość wielu komentatorów.

Refleksja idzie jeszcze dalej – w moim przypadku były to dwa przykre incydenty. Ale nie wyobrażam sobie kompletnie sytuacji, z którą musi się mierzyć Jarosław Kaczyński, który chce udać się na grób brata i spotyka się z falą nienawiści, z ludźmi, którzy po pierwsze, blokują mu dostęp do grobu brata, a po drugie, trzymają transparenty z nienawistnymi, obraźliwymi hasłami, które nie mieszczą się nikomu normalnemu w głowie.

A do tego dochodzą próby zarzucenia Jarosławowi Kaczyńskiemu, że to on doprowadza do konfliktu, upolityczniając Wawel.

Przy tych manifestacjach jest bardzo często profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, Jan Hartman, który także wpisuje się w ten język agresji. Proszę więc zobaczyć, jak daleko w tym wszystkim jesteśmy, bo musimy tutaj mówić także o zaangażowaniu politycznym uczelni – Jan Hartman jest profesorem UJ. Przypomnę tutaj, iż zgodnie z ustawą o szkolnictwie wyższym wizerunek profesora uczelni musi być nienaganny. Ta granica została już wielokrotnie złamana. Zapanowała znieczulica. Kwestia swobodnego odwiedzenia grobu swoich najbliższych,dostęp do grobu, obojętnie czy ktoś popiera Jarosława Kaczyńskiego, czy też kompletnie nie zgadza się z jego wizją Polski – jest sprawą ponad wszelką dyskusją.

Czyli wizja przyszłości z nienawiścią polityczną w tle jest niestety czarna?

Wydaje mi się, że od sytuacji z Ryszardem Cybą, ta granica została bardzo mocno przekroczona i wszyscy zdają sobie z tego sprawę, ale wygodniej jest pewnie myśleć o tym, jako o incydencie. Natomiast musimy pamiętać, że eskalowanie emocji, histerii o której tak często mówię, fermentu, który próbuje wzniecać opozycja i język agresji, który używa w ciągu ostatniego roku, mogą skutkować fatalnymi konsekwencjami.

Przechodząc na grunt już stricte polityczny. Wczorajsze starcie PiS i PO podczas debaty nad wnioskiem o wotum nieufności przywołało mocny spór i narrację „antypisowską”?

Wie Pan, żebyśmy mówili o starciu, to naprzeciwko siebie musi stanąć dwóch godnych siebie przeciwników. Natomiast ja widziałam bardzo spokojną i merytoryczną panią premier, a po drugiej stronie wyraz kompletnej niemocy i bezradności na twarzy pana Neumanna czy innych polityków PO. Zostawmy może starcie na czas, kiedy opozycja przygotuje sobie naprawdę alternatywną wizję Polski, którą będzie chciała merytorycznie zderzyć z planem PiS, bo do tej pory, poza piosenkami i robieniem selfie, nie była w stanie wygenerować niczego konstruktywnego.

A czy przemówił do Pani ze swoim wystąpieniem Paweł Kukiz? Ciekawe było jego zwrócenie się do młodzieży obecnej na galerii sejmowej.

Na pewno wystąpienie Pawła Kukiza było emocjonalne. Z pewnością chciał przypomnieć, do jakiego elektoratu kierował swój przekaz, startując w kampanii prezydenckiej, a który to elektorat zapewnił mu zresztą świetny wynik wyborczy, bo 21 proc. Wydaje się więc, że po pewnym takim niedookreśleniu, bo mam wrażenie, że jednak w ciągu ostatniego roku jest nam bardzo trudno zdefiniować jaką rolę pełni i chciałby pełnić w polityce Paweł Kukiz i jego obóz, to wczoraj zaznaczył kierunek, w jakim chce podążać. Zobaczymy, czy to będzie wektor stały.

Czyli widziała Pani wczoraj w Sejmie wyraźne zwycięstwo Prawa i Sprawiedliwości, obozu rządzącego?

To zabawne, że opozycja liczy na amnezję społeczeństwa – rząd POPSL sądzi, że Polacy nie pamiętają, że nie zrealizowano niczego, co PO obiecywała podczas kampanii wyborczych. Myślę, że opozycja zrobiła nawet pewien prezent rządowi, bo doskonale zdajemy sobie sprawę, że wolta w postaci wotum nieufności nie miała żadnych szans powodzenia, natomiast dała świetny pretekst ekipie rządzącej do tego, aby przypomniała swoje sukcesy i pani premier zrobiła to z właściwą sobie finezją i wyjątkowo zręcznie.

Rozmawiał Adam Kacprzak

źródło: wpolityce.pl

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ